Narodowy Jawor

Strona główna » Religia

Archiwum kategorii: Religia

Jak zginął ks. Jerzy Popiełuszko ?

jerzypopieuszko

ZAMIESZCZĘ TEN TEMAT I TUTAJ BO JEST TO TEMAT O WIELKIM CZŁOWIEKU WIELKIM POLAKU I WIELKIM KSIĘDZU !

Długie łapy SB o zacieraniu śladów zbrodni dokonanej na ks. Jerzym Popiełuszko i kolejnych skrytobójczych zbrodniach SB

http://fronda.pl/videoteka/pokaz/373

Twarz ks. Popiełuszki była tak zmasakrowana tak, że trudno było Go rozpoznać. Relacja ks. Grzegorza Kalwarczyka odtwarza przerażające szczegóły. Między innymi ks. Kalwarczyk przytacza fragment wypowiedzi lekarza: „Stwierdził, że w swojej praktyce lekarskiej nigdy nie dokonywał sekcji zwłok, które wewnętrznie byłyby tak uszkodzone, jak było to w przypadku wnętrza ciała Księdza Jerzego”
I jeszcze jeden nieujawniony w czasie zeznań lekarza przeprowadzającego autopsję fakt, że podczas tortur wyrwano Księdzu Jerzemu język.

http://video.google.com/v…251969562414121

Bardzo ciekawy film rzucający światło na role Chrostowskiego w zabójstwie Księdza Popiełuszki. Wszędzie znajdzie się Judasz ! Jeśli wam się nie chce czytać to przynajmniej obejrzyjcie ten film.

Od 22 lat w dziwnych okolicznościach giną ludzie, którzy próbują dociec prawdy o zamordowaniu księdza Jerzego Popiełuszki. Kto i dlaczego sabotuje śledztwo w sprawie „zbrodni stulecia”?

„Przestań gadać, albo skończysz w Wiśle jak twój brat” – te słowa wielokrotnie słyszał w słuchawce telefonu Józef Popiełuszko – brat księdza Jerzego. To właśnie on swoimi zeznaniami pomagał śledczym IPN-u w wyjaśnieniu prawdy o zbrodni na kapelanie „Solidarności”. Szantażyści domagali się od niego i jego najbliższych, aby nie rozmawiali z prokuratorami, niczego nie pamiętali i nie mówili na temat księdza. Kilkakrotnie grozili im śmiercią.


Józef Popiełuszko był nieustraszony w dążeniu do ustalenia prawdy o śmierci brata. Za swoją wytrwałość zapłacił wielką tragedią. W 1996 r. w białostockim szpitalu zmarła jego żona – Jadwiga Popiełuszko. W akcie zgonu, jako przyczynę śmierci wpisano lakoniczną formułę: „Zatrucie alkoholem metylowym” . To zdumiewająca przyczyna, bowiem pani Popiełuszko znana była jako osoba niepijąca. Zadziwia również zawartość alkoholu w jej krwi, przekraczająca o wiele dawkę śmiertelną. Mimo próśb rodziny, nie udało się wykonać sekcji zwłok, która wskazałaby prawdziwą przyczynę zgonu. Na jej rękach zauważyłem malutkie ślady po igłach, w okolicach żył. Wskazywały one, że ktoś wstrzyknął tej pani do żył truciznę w formie stężonego alkoholu – opowiada „Polskiemu Radiu” pragnący zachować anonimowość lekarz z białostockiego szpitala, który jako jeden z pierwszych oglądał ciało zmarłej. – Potem przełożony naciskał mnie, abym nikomu o tym nie wspominał i jak najszybciej zapomniał o sprawie.

Zastraszanie Józefa Popiełuszki i tajemnicza śmierć jego małżonki to zaledwie jeden z wielu tragicznych epizodów brutalnej gry służb specjalnych PRL-u. Jej celem od początku jest zamknięcie ust wszystkim osobom, które mogłyby podważyć oficjalną wersję zbrodni na księdzu Jerzym Popiełuszce. Gra zaczęła się w kilka dni po męczeńskiej śmierci „kapelana Solidarności” i nieprzerwanie trwa do dziś. „Polskie Radio” odtworzyło kulisy jednej z największych mistyfikacji ostatnich lat.


Jako ministrant w rodzinnej parafii Suchowola

Sekrety płetwonurka

Oficjalna wersja śledztwa dotycząca odnalezienia zmasakrowanych zwłok księdza jest kłamstwem. To Krzysztof Mańko – płetwonurek z Wrocławia – już 26 października 1984 roku, w godzinach popołudniowych, jako pierwszy odnalazł w Wiśle i wyłowił ciało księdza Popiełuszki. To, co działo się kilka godzin później, wiadomo dzięki zeznaniom osób obecnych w tym dniu na tamie. Zwłoki zostały ponownie wyłowione przez płetwonurków, a następnie zaczepione do pontonu i holowane w ten sposób do brzegu. Tam, gdzie znajdowała się chwilowa baza płetwonurków i ekipy poszukiwawczej, podjechał samochód marki „Nysa” i do niego zostały załadowane zwłoki – czytamy w protokole przesłuchania Andrzeja Czerwińskiego – włocławskiego płetwonurka. Dzięki m.in. tym zeznaniom, prokuratorzy IPN ustalili, że człowiekiem, który pierwszy wydobył zwłoki księdza był Krzysztof Mańko.

Krewni płetwonurka, do których dotarliśmy, opowiadają, że po tym wydarzeniu Mańko czegoś panicznie się bał. Nie chciał z nikim rozmawiać, zamknął się w sobie, a w końcu wyszedł z domu i więcej nie wrócił. Otrzymał paszport i 1 listopada 1984 roku wyjechał z Polski. Dziś mieszka i pracuje w Grecji. Po 2000 roku udało mu się skutecznie uniknąć spotkania ze śledczymi Instytutu Pamięci Narodowej. Ten człowiek posiada wiedzę, która może się okazać kluczowa do odtworzenia przebiegu zbrodni – mówią prokuratorzy którzy prowadzili śledztwo w sprawie zamordowania kapłana. – Tylko ten płetwonurek mógłby pomóc w ustaleniu co działo się z ciałem księdza przed jego ostatecznym wydobyciem z Wisły w dniu 30 października. Sam Mańko do dziś milczy i nie chce wracać do Polski.

Dzięki zeznaniom pracowników włocławskiej tamy, śledczy IPN-u odkryli, że po 26 października przeprowadzona została pierwsza sekcja zwłok kapłana. Tymczasem z zeznań włocławskich prokuratorów, którzy w 1984 r. prowadzili sprawę, wynika, że sekcję tą wykonał anatomopatolog ze Szpitala Wojewódzkiego w Bydgoszczy. Żadna przesłuchiwana osoba nie była jednak w stanie przypomnieć sobie jego nazwiska. W szpitalnym archiwum nie zachował się protokół tej sekcji (choć prawo nakazuje trzymać takie dokumenty przez 20 lat)

Równie tajemnicze są okoliczności śmierci Tadeusza Kowalskiego*. Kowalski – rybak z włocławskiej spółdzielni „Certa” – miał zwyczaj wieczorami kłusować po Wiśle. Towarzyszyli mu w tym kolega i szwagier. 25 października 1984 r., ok. godz. 22.00, Kowalski i jego dwaj towarzysze widzieli jak tajemniczy mężczyźni wrzucają do zalewu ciało księdza Popiełuszki. Byli tak blisko, że zwłoki kapłana omal nie wpadły do ich łódki. Trzej mężczyźni obiecali sobie milczenie. Bali się o swoje życie. To, co widzieli, powtórzyli dopiero prokuratorom IPN.

Kilka tygodni po złożeniu zeznań, Kowalski trafił do szpitala, gdzie po kilku dniach umarł. W akcie zgonu, jako przyczynę wpisano „zatrucie alkoholem metylowym”. To zdumiewające, bo tak samo określono powód śmierci Jadwigi Popiełuszkowej. Biorąc pod uwagę datę śmierci, rodzaj choroby i okres pobytu w szpitalu, należałoby przyjąć, że Kowalski zatruł się alkoholem podczas hospitalizacji. Znajomi pamiętają go jako człowieka cieszącego się udanym życiem rodzinnym, szczęśliwego, zdrowego. Czy to możliwe, aby szczęśliwy mężczyzna po 50tce popełnił samobójstwo, upijając się zatrutym alkoholem? Wyjaśnienie tej sprawy może być bardzo trudne, bo sekcji zwłok Kowalskiego nie przeprowadzono, choć jego rodzina starała się o to.

Cień KGB

Cień szansy na wyjaśnienie prawdy o zbrodni miał Andrzej Grabiński – w okresie PRL-u znany obrońca opozycjonistów, podczas „procesu toruńskiego” oskarżyciel posiłkowy reprezentujący rodzinę Popiełuszków. Grabiński – świetnie wykształcony prawnik – od początku dostrzegał rażące błędy w postępowaniu sądowym, które nie doprowadziło do wyjaśnienia prawdy. Mecenas – niezadowolony z tego, że sąd nie wykrył prawdziwych inicjatorów zbrodni – zapowiedział apelację. Gdyby do tego doszło, sąd wyższej instancji musiałby ponownie przeprowadzić cały proces. To zaś mogło zniweczyć cały plan wielkiej mistyfikacji.

Kilka dni przed upływem terminu złożenia apelacji, w domu na Saskiej Kępie należącym do rodziny Grabińskich wybuchła bomba, w wyniku czego zginęła 25-letnia Małgorzata Grabińska. W trakcie śledztwa okazało się, że właściciel domu nie był słynnym mecenasem, a zbieżność ich nazwisk była przypadkowa. Do dziś nie ustalono czy była to próba zastraszenia czy zamordowania adwokata. Szanse na wyjaśnienie tej sprawy są znikome, bo po 1989 r. zaginęły materiały z tego śledztwa.

30 listopada 1984 roku w Białobrzegach – niewielkiej miejscowości przy trasie Kraków – Warszawa wydarzył się tajemniczy wypadek drogowy. Ok. godz. 20. w jadącego od strony Krakowa fiata uderzył rozpędzony Jelcz. Na miejscu zginęli dwaj pasażerowie fiata i ich kierowca.

Milicjanci ograniczyli się tylko do tego, by wpisać w protokole, że podróżujący fiatem nie mieli żadnych szans, a kierowca ciężarówki uciekł z miejsca wypadku. Nie wszczęto żadnego dochodzenia, by wyjaśnić okoliczności wypadku, nie podjęto również jakiejkolwiek próby odnalezienia ciężarówki, ani zidentyfikowania jej kierowcy. Nie przesłuchano żadnych świadków zderzenia, choć tragiczne zderzenie dobrze widziało kilku okolicznych mieszkańców.

„O tym wypadku dowiedziałem się dzień wcześniej, wieczorem, jeszcze zanim się wydarzył” – opowiada Stefan Bratkowski – pisarz i dawny działacz opozycji. „Byłem tylko ciekaw jaką przyczynę wymyślą. Kiedy prasa podała, że był to wypadek samochodowy, nie miałem żadnych wątpliwości, że było to sfingowane morderstwo”. O mającym wydarzyć się wypadku, Bratkowskiego poinformował jego przyjaciel – nieżyjący już warszawski prawnik Bogumił Studziński. Szef ochrony gen. Jaruzelskiego – płk Artur Gotówko mówił w 1991 r.: „Tam, w Białobrzegach, ofiarom nie dano żadnych szans. Wiem jak to się robi.” Prokuratorzy IPN, którzy podjęli ten wątek, szybko odkryli, że ciężarówka staranowała fiata dokładnie według metod uczonych na specjalnych kursach NKWD, a potem KGB i GRU.

W wypadku w Białobrzegach zginęli dwaj oficerowie MSW – płk Stanisław Trafalski i major Wiesław Piątek. Wracali z południa Polski, gdzie przez kilka poprzednich tygodni badali wcześniejszą działalność i powiązania Grzegorza Piotrowskiego, Leszka Pękali i Waldemara Chmielewskiego. Ze wszystkich czynności sporządzali szczegółowe raporty i notatki, które wieźli w bagażniku fiata. Dokumentacji tej nigdy nie odnaleziono. Nie ma o nich również żadnej wzmianki w protokołach powypadkowych. Zachowały się natomiast niektóre ich notatki sporządzane podczas pracy w Krakowie i Tarnowie i pozostawione w tamtejszych aktach operacyjnych. Przez przypadek nie zostały zniszczone w latach 1989-1990, dzięki czemu potem przejął je IPN. Notatki te dotyczą działalności Grzegorza Piotrowskiego wymierzonej w Kościół i księży. Pozwalają poznać istotne szczegóły z życia głównego mordercy kapelana „Solidarności”.

Wakacje z agentem

Kim naprawdę był Grzegorz Piotrowski? Aby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba cofnąć się do pamiętnego lata 1982 r., kiedy kapitan SB wyjechał na wakacje do Bułgarii. Jak wynika z zachowanych w IPN notatek (sporządzonych przez Trafalskiego i Piątka na podstawie relacji świadków i SB-ków znających Piotrowskiego), na granicy rumuńsko – bułgarskiej spotkał się na krótko z oficerem KGB, który przedstawił się pseudonimem Stanisław i nawiązał z nim współpracę. W trakcie „procesu toruńskiego” opowiadał o tym Adam Pietruszka, lecz sąd nie uwierzył w jego zeznania.

W IPN zachował się dokument „Wyjazdy i przyjazdy za lata 1971 – 1989 pracowników IV Departamentu”. Wynika z nich, że urzędnicy IV Departamentu MSW regularnie wyjeżdżali na spotkania z przedstawicielami V Zarządu Głównego KGB (zarząd ten odpowiedzialny był za zwalczanie dywersji i walkę ideologiczną). Spotkania te odbywały się w Moskwie i Czechosłowacji. Udział w nich brał m.in. Piotrowski. Potwierdzają to szczegółowe raporty z przebiegu tych spotkań. Co istotne – nie zachowały się żadne notatki Piotrowskiego z innych jego spotkań z KGB – nawet z feralnego spotkania w 1982 r. Jeśli ustalenia Trafalskiego i Piątka są prawdziwe – oznacza to, że Piotrowski kontaktował się z KGB bez wiedzy swoich zwierzchników, co z kolei znaczy, że rosyjskie służby specjalne miały swojego tajnego agenta w najbliższym otoczeniu gen. Kiszczaka. W tej sytuacji Kiszczak, który zdecydował, że zabójcy księdza trafią na długie lata do więzienia, wyznaczając do realizacji zbrodni Piotrowskiego, eliminował w swoim otoczeniu wtyczkę obcego wywiadu.


Ks. Jerzy Popiełuszko przy sutannie znaczek orła w koronie.

Haki na Kiszczaka

Jak wynika z archiwalnych dokumentów MSW zgromadzonych podczas śledztwa lubelskiego IPN, jeszcze w 1984 r. podjęte zostały 3 operacje „Teresa”, „Trawa” i „Robot”. Ich celem była inwigilacja skazanych i ich rodzin oraz uniemożliwienie im ujawnienia nawet rąbka prawdy o zbrodni. Osobą nadzorującą tą zakrojoną na szeroką skalę inwigilację był Stanisław Ciosek – wówczas minister ds. związków zawodowych, po transformacji ambasador RP w Moskwie, do listopada 2005 r. główny doradca ds. zagranicznych Aleksandra Kwaśniewskiego. W IPN zachowały się raporty Cioska dla najważniejszych przywódców PRL-u, w których minister szczegółowo informuje o zachowaniu skazanych w celach.

Z ustaleń śledztwa IPN-u wynika, że Chmielewskiego, Pękalę i Piotrowskiego odwiedzał w więzieniach zastępca Kiszczaka – gen. Zbigniew Pudysz. To właśnie on na przemian groził i obiecywał esbekom, że resort o nich nie zapomni, a za odegranie do końca trudnej roli w zbrodni, każdy z nich otrzyma nagrodę. Tak się też stało. Trzej esbecy zostali objęci wszystkimi amnestiami dla więźniów politycznych pod koniec lat 80. Dzięki temu każdy z nich odsiedział mniej niż jedną trzecią kary (Chmielewski 4 lata z 14, Pękala 4,5 roku z 15 lat). Dodatkowo wszyscy bardzo często wychodzili na przepustki. Natomiast okres pobytu w więzieniu, wszystkim czterem esbekom skazanym w Toruniu zaliczono do stażu pracy, dzięki czemu dziś mogą za ten okres pobierać resortowe emerytury. To zdumiewająca koincydencja, bowiem nigdy wcześniej, ani później nie zdarzyło się, aby komukolwiek pobyt w więzieniu zaliczono do stażu pracy. Decyzję o tym aprobował osobiście w 1990 r. gen. Czesław Kiszczak. Wszystkie te szokujące informacje odkryli prokuratorzy IPN.


Ks. Jerzy Popiełuszko (drugi z prawej) w jednostce wojskowej w Bartoszycach

Spośród wszystkich skazanych, największa nagroda miała przypaść Grzegorzowi Piotrowskiemu. Zachowanie Piotrowskiego wskazuje, że początkowo także on wierzył w resortowe obietnice. Złudzenia stracił dopiero w 1989 r. po kolejnej rozmowie z Pudyszem, kiedy zorientował się, że jego wiedza staje się niebezpieczna dla niego samego. Podczas kolejnej przepustki napisał gruby na kilkadziesiąt stron raport z działań SB przeciwko księdzu Popiełuszce. Za pośrednictwem żony – Janiny Pietrzak – kilka kopii tego raportu zdeponował u najbliższych znajomych. „Najprawdopodobniej wyjaśnienie kpt. G. Piotrowskiego zawierało rzeczywistą wersję zdarzeń związanych z osobą księdza Jerzego” – czytamy w notatce IPN z lutego 2004 r. Jak ustalili śledczy IPN-u, za pośrednictwem Pudysza, Piotrowski miał w 1989 r. przekazać Kiszczakowi wiadomość, że jeśli zginie – raport ujrzy światło dzienne. Jedna z kopii tego raportu dotarła również do mieszkania Pietruszków. To znikło – powiedziała Róża Pietruszka do syna. Dialog ten zarejestrowały urządzenia podsłuchowe założone w ich mieszkaniu w ramach operacji „Teresa”. Taśmy z nagraniami przejęli prokuratorzy IPN.

Zadusić śledztwo

W czerwcu 1990 roku śledztwo w sprawie „zbrodni stulecia” podjął lubelski prokurator Andrzej Witkowski – wówczas i dziś jeden z najlepszych w kraju prokuratorów od spraw zabójstw. W rok później, po żmudnym śledztwie, zamierzał postawić zarzuty gen. Czesławowi Kiszczakowi. Nie zdążył gdyż sprawę odebrał mu minister sprawiedliwości Wiesław Chrzanowski. Chrzanowski – w latach 70. tajny współpracownik SB o pseudonimie „Zuwak”, w roku 1986 przewerbowany przez Departament I MSW (wywiad zagraniczny) – do dziś nie chce się wypowiadać na temat tej decyzji i osób, które go do niej skłoniły. Prokuratorzy IPN ustalili, że na ministra naciskał w tej sprawie Mieczysław Wachowski – sekretarz stanu w kancelarii Lecha Wałęsy oraz generałowie Kiszczak i Jaruzelski. Próbowaliśmy porozmawiać o tym z Mieczysławem Wachowskim, jednak nie wyraził zgody na spotkanie.

W wyjaśnieniu prawdy nie pomogła również powołana w 1990 r. sejmowa komisja do spraw zbadania zbrodni MSW. Komisji przewodniczył Jan Maria Rokita – dziś jeden z liderów Platformy Obywatelskiej. To właśnie do niego zgłosiła się Róża Pietruszka z dokumentami na temat sprawy księdza Jerzego. Rokita w sposób wulgarny zbył żonę pułkownika, a dokumentów nie przyjął.

Nieznana prawda o śmierci ks. Jerzego Popiełuszki

Wiele wskazuje na to, że przed morderstwem kapłana przez pięć dni więziono i torturowano na terenie bazy wojsk sowieckich koło Kazunia. W latach 90. oraz 2003-2004 śledztwo prowadził prokurator z Lublina Andrzej Witkowski. Dwukrotnie odsuwano go od sprawy, zazwyczaj wtedy, gdy udawało mu się zebrać nowy materiał dowodowy. Obecnie śledztwo jest nadal prowadzone przez prokuratorów IPN.

Jednak to Witkowskiemu udało się ustalić wiele nowych faktów, dotyczących przebiegu zdarzeń, w wyniku których doszło do śmierci księdza. W sposób fundamentalny podważają one całą dotychczasową wiedzę na temat zamordowania ks. Jerzego. Oficjalna wersja jego śmierci była wersją skonstruowaną przez aparat władzy w PRL, a ściślej jego zbrojne ramię, czyli Ministerstwo Spraw Wewnętrznych.

Elektryzował tłumy

Na scenie politycznej PRL ks. Jerzy Popiełuszko pojawił się w latach 1981-1982 jako duszpasterz aktywnie wspierający strajkujących robotników Solidarności. Jego kazania podczas mszy za ojczyznę elektryzowały tłumy. W krótkim czasie kościół św. Stanisława na Żoliborzu stał się mekką patriotyzmu. Na celowniku SB ks. Popiełuszko znalazł się we wrześniu 1982 r., gdy Wydział IV Stołecznego Urzędu Spraw Wewnętrznych (SUSW) w Warszawie zaczął prowadzić sprawę o krypt. „Popiel”. Początkowe efekty działań SB okazały się mizerne, bo nie udawało się zdobyć żadnych ważnych informacji. Tymczasem kazania ks. Jerzego coraz mocniej ukazywały obłudę i zakłamanie komunistycznego systemu.

W lipcu 1983 r. jedno z nich zrelacjonowano Wojciechowi Jaruzelskiemu. Zazwyczaj opanowany generał wpadł w furię. Natychmiast wezwał do siebie szefa MSW gen. Czesława Kiszczaka i oznajmił mu wprost: „Zrób coś z nim, niech przestanie szczekać” (te słowa są udokumentowane w aktach sprawy „Trawa”, znajdujących się obecnie w zasobach IPN). Kiszczak potraktował wypowiedź przełożonego jako polecenie służbowe. Na naradzie w MSW z udziałem m.in. generałów Zenona Płatka i Władysława Ciastonia poinformowany o małej efektywności dotychczasowych działań w sprawie „Popiel” polecił opracowanie planu operacyjnego „dotarcia” do otoczenia ks. Jerzego. Zebrani uznali także, że istnieje konieczność podjęcia wobec księdza wspomagających działań dezintegracyjnych, licząc na jego ewentualne nerwowe załamanie. Od tego momentu wszelkie operacje dotyczące osoby Popiełuszki znalazły się pod bezpośrednim nadzorem gen. Kiszczaka.

Zwerbować i wysłać do Watykanu

Wedle dokumentów archiwalnych z zasobów IPN, które odnalazł zespół kierowany przez prokuratora Witkowskiego, formalnie sprawę działań wobec księdza przejęła od SUSW w Warszawie grupa kpt. Grzegorza Piotrowskiego z Wydziału VI Departamentu IV MSW, odpowiadającego za dezinformację i dezintegrację w Kościele. Poza nękaniem księdza przez podrzucenie mu nielegalnej literatury i amunicji do prywatnego mieszkania znacznie ważniejsze było ulokowanie informatora w bezpośrednim otoczeniu kapłana. W lutym 1984 r. funkcjonariuszom SB udało się zarejestrować jako „Desperata” osobistego kierowcę Popiełuszki – Waldemara Chrostowskiego. „Desperat” mógł dostarczać SB świeżych informacji o działalności księdza oraz pomóc w realizacji strategicznego planu, jakim był werbunek kapłana. Pomysł zwerbowania ks. Popiełuszki – jako informatora SB – pojawił się wiosną 1984 r. Gen. Kiszczak, w przeszłości szef wywiadu wojskowego, był przekonany, że zwerbowanie księdza zneutralizuje go, a być może uda się też jego osobę wykorzystać w rozgrywkach z opozycją. Latem 1984 r. w trakcie spotkań z przedstawicielami Episkopatu Polski gen. Kiszczak uznał, że inną koncepcją rozwiązania problemu ks. Jerzego, która mogłaby zostać zaakceptowana zarówno przez stronę rządową, jak i przez episkopat, było wysłanie go za granicę. Przy czym Kiszczak sądził, że optymalnym rozwiązaniem byłoby połączenie werbunku z równoczesnym wysłaniem ks. Jerzego na studia do Rzymu.


Pogrzeb Księdza Jerzego Popiełuszki. Trumna przykryta biało-czerwoną polską flagą narodową.

Wysłanie zwerbowanego uprzednio księdza do Watykanu przyniosłoby gen. Kiszczakowi ogromny sukces. Służby specjalne PRL umieściłyby agenta w najważniejszym wówczas miejscu dla wszystkich komunistycznych wywiadów – w samym centrum Kościoła katolickiego. I nieważne byłyby jego rzeczywiste możliwości operacyjne w Rzymie i to, czy Popiełuszko miałby rzeczywisty dostęp do Jana Pawła II lub do jego najbliższego otoczenia. Ważne było przede wszystkim to, że taki sukces operacyjny na pewno wzmacniałby pozycje polskich służb w komunistycznym bloku. KGB pomimo podejmowania usilnych starań nie posiadało wartościowej agentury w Watykanie. Czesław Kiszczak mógłby więc się pochwalić swym sukcesem przed towarzyszami radzieckim, co niewątpliwie umacniałoby jego pozycję na Kremlu. Pamiętać trzeba, że szef MSW rywalizował z nadzorującym aparat bezpieki z ramienia Biura Politycznego KC PZPR gen. Jerzym Milewskim, którego pozycja na Kremlu nadal wydawała się mocna.

Początkowo nie było planu zabicia księdza

Te wszystkie aspekty były niesłychanie ważne dla Kiszczaka. Niezależnie od działań SB zmierzających do wypracowania „pozycji werbunkowej” szef MSW postanowił sam zainspirować możliwość wysłania księdza do Rzymu. W jednej z rozmów z arcybiskupem warszawskim Bronisławem Dąbrowskim Kiszczak wyszedł z „niezobowiązującym” pomysłem wysłania ks. Popiełuszki do Rzymu, przedstawiając to jako najlepsze rozwiązania problemu niepokornego kapłana. Zasugerował też, że taki ruch ze strony Kościoła na pewno polepszyłby atmosferę w relacjach rząd – episkopat. Abp Dąbrowski przedstawił pomysł prymasowi Józefowi Glempowi, który nie zaakceptował go, ale i nie odrzucił. Jednak z biegiem czasu prymas sam zaczął rozważać takie posunięcie. Efektem subtelnej inspiracji gen. Kiszczaka było to, że jesienią 1984 r. zarówno abp Dąbrowski, jak i prymas Glemp zaczęli skłaniać się ku decyzji o wysłaniu ks. Jerzego do Rzymu. Wyrażony przez Popiełuszkę opór w przeprowadzonych z nim przez hierarchów rozmowach na ten temat, a przede wszystkim złożona przez księdza deklaracja pozostania ze swoją „owczarnią”, w relacjach kościelnych mogły być jedynie potwierdzeniem, że rzeczywiście należy go wysłać za granicę. Polski Kościół zakładał raczej bierny opór niż otwarte demonstrowanie politycznego sprzeciwu wobec rządzącego w PRL reżimu.

Z powyższego biegu zdarzeń wynika, że polskie MSW nie przyjęło planu zabicia księdza. Zamierzało jedynie zwerbować go i wysłać do Rzymu. Oczywiście, kierownictwo MSW zdawało sobie sprawę z tego, że zwerbowanie Popiełuszki może być niezwykle trudne. Wiedział to gen. Kiszczak, stąd dopuszczał w planowanych działaniach werbunkowych sytuację, w której ksiądz zostanie doprowadzony do stanu „bliskości śmierci”, ale mimo wszystko zachowa życie. Fakt ten został potwierdzony w zeznaniach funkcjonariuszy byłego Departamentu IV już na początku lat 90., gdy po raz pierwszy podjęto śledztwo.

Sprawa priorytetowa

Zbliżał się październik 1984 r. Realizująca pierwszoplanowe zadania operacyjne grupa kpt. Grzegorza Piotrowskiego była coraz bardziej zdeterminowana. Hart ducha i odwaga ks. Jerzego zadziwiły esbeków. Nie potrafili zrozumieć źródła jego nadprzyrodzonej siły. Zbliżały się urodziny ministra Kiszczaka (19 października) i kpt. Piotrowski wiedział doskonale, że sfinalizowanie werbunku kapłana byłoby znakomitym prezentem dla szefa MSW. Jego przełożony gen. Płatek, zapisał wówczas w swoim służbowym kalendarzu (odnalezionym później przez prokuratora Witkowskiego): „nadchodzi 19, a oni chcą”. Sprawa ks. Popiełuszki była priorytetowa. Przy tym Piotrowski i jego ludzie nie zdawali sobie sprawy, że szef MSW nakazał już kilka tygodni wcześniej inwigilowanie całego zespołu przez grupy operacyjne Wojskowej Służby Wewnętrznej (WSW). Gen. Kiszczak już od dawna bowiem nie ufał kpt. Piotrowskiemu, podejrzewając go o konsultowanie działań operacyjnych z KGB. Piotrowski spotykał się z przedstawicielami KGB w Bułgarii i we Lwowie. Dla gen. Kiszczaka szczególnie podejrzane były kontakty kapitana z gen. Michajłowem, rezydentem KGB w Warszawie, odpowiedzialnym za sowieckie działania w Polsce. Piotrowski co prawda wiedział od swojego kolegi Kościuka z Biura Techniki MSW, że jest śledzony, jednak nie bardzo chciał dać wiarę tym informacjom (notabene Kościuka niebawem aresztowano i skazano za ujawnienie tajemnicy państwowej).


Ks. Popiełuszko od początku 1982 r. odprawiał Msze św. za Ojczyznę w kościele św. Stanisława Kostki w Warszawie

Ostatnia msza i porwanie

Kiedy nadszedł 19 października 1984 r., grupa kpt. Piotrowskiego wiedziała, że ksiądz zamierza pojechać do Torunia, gdzie odprawi mszę w intencji ojczyzny w kościele Braci Męczenników Polskich. W ostatniej chwili Jacka Lipińskiego, kierowcę Popiełuszki, zamienił „Desperat” (Waldemar Chrostowski), który bardzo chciał jechać razem z księdzem. Od momentu wyjazdu z Warszawy kpt. Piotrowski był informowany o miejscu znajdowania się księdza i na bieżąco kontaktował się z dyrektorem Departamentu IV gen. Zenonem Płatkiem, który z kolei o sytuacji informował ministra Kiszczaka. Gdy wieczorem ks. Jerzy odprawiał mszę w toruńskim kościele, kpt. Piotrowski z kompanami siedzieli w stojącym w pobliżu kościoła służbowym fiacie 125p, czekając na podróż powrotną kapłana do Warszawy. Decyzja o rozpoczęciu akcji została wydana Piotrowskiemu przez gen. Płatka. Kilkadziesiąt metrów od kościoła, w którym ks. Jerzy odprawiał swoją ostatnią mszę, znajdowały się samochody z ubranymi po cywilnemu żołnierzami WSW, prowadzącymi inwigilację grupy kpt. Piotrowskiego. Fakt ten na początku lat 90. potwierdził jeden z szefów WSI prokuratorowi Witkowskiemu, udostępniając dzienniki prowadzonych przez WSW inwigilacji. Gdy ks. Jerzy po zakończeniu mszy wsiadł do swojego volkswagena golfa, za którego kierownicą siedział „Desperat”, miał realną szansę uciec czyhającym na niego esbekom. Tak się jednak nie stało. Na trasie z Torunia do Warszawy, w okolicy Górska, volkswagen księdza mimo jego sprzeciwu zatrzymał się przed jadącym za nim fiatem 125p Piotrowskiego. Kapitan i jego koledzy wepchnęli ks. Jerzego do bagażnika swojego samochodu. Tymczasem „Desperat” z założonymi kajdankami wsiadł do środka, lokując się obok kierowcy. Po drodze podczas jazdy udało mu się, nie ponosząc żadnych obrażeń, rzekomo wyskoczyć z pędzącego auta. Jak później ustalił prok. Witkowski, kajdanki były spiłowane i umożliwiały wyzwolenie się z nich, zaś uszkodzona w trakcie skoku z samochodu poła marynarki została odcięta ostrym narzędziem. Sam skok z samochodu po przeprowadzeniu wizji lokalnej przez prokuratora Witkowskiego okazał się niewykonalny przy prędkości wskazanej na procesie toruńskim przez „Desperata”. Kaskader biorący udział w rekonstrukcji zdarzeń złamał rękę i odniósł poważne potłuczenia.

„Operacyjne” niepowodzenie

Tymczasem auto esbeków z szamocącym się w bagażniku księdzem jechało dalej. Pierwszy postój zaplanowano w ruinach zamku toruńskiego, gdzie w trakcie śledztwa odnaleziono różaniec kapłana. Jednak ten ważny dowód ukryto w śledztwie. W trakcie postoju oprawcy rozpoczęli „zmiękczanie” księdza za pomocą pałki. Następny dłuższy postój zaplanowano w jednym ze starych bunkrów wojskowych w rejonie Kazunia. Tutaj ludzie Piotrowskiego kontynuowali działania, jeszcze bardziej brutalnie. Nad ranem półprzytomnego księdza przejęła inna grupa operacyjna. Kpt. Piotrowski ze swoimi kompanami wracał do Warszawy wściekły z powodu „operacyjnego” niepowodzenia i pełen obaw co do dalszych losów przedsięwzięcia. Tymczasem ksiądz znalazł się w rękach innego zespołu. Czy była to jakaś grupa z kontrwywiadu lub wywiadu wojskowego, czy była to inna grupa operacyjna MSW? Poszlaki uzyskane w śledztwie wskazują na „wojskowych”, którzy na prośbę gen. Kiszczaka śledzili wszelkie działania grupy kpt. Piotrowskiego od momentu mszy w kościele toruńskim.
Grupa kpt. Grzegorza Piotrowskiego uprowadziła ks. Popiełuszkę wieczorem 19 października 1984 r. w okolicy Górska na trasie Toruń – Warszawa. Wepchnęli kapłana do bagażnika swojego fiata 125p i pojechali w kierunku Torunia.

Podczas dwóch postojów – w ruinach zamku toruńskiego i następnie w starym bunkrze wojskowym w okolicy Kazunia – rozpoczęli brutalne „zmiękczanie” księdza za pomocą pałki. Nad ranem skatowanego, półprzytomnego Popiełuszkę przejęła inna grupa. Poszlaki uzyskane w śledztwie wskazują na „wojskowych” (służby wywiadu lub kontrwywiadu), którzy na prośbę gen. Czesława Kiszczaka śledzili wszelkie działania grupy kpt. Piotrowskiego od momentu mszy w kościele toruńskim.


Kiedy ksiądz zakończył życie?

Jak wyglądały losy księdza w następnych dniach i kto dalej się nim „zajmował”? Na pewno kontynuowano brutalny proces werbunku, nie stroniąc od bicia i grożenia śmiercią. Poszlaki wskazują także, że w dniach 20-25 października ksiądz mógł przebywać na terenie jednej z sowieckich jednostek w rejonie Kazunia, gdzie znajdowała się m.in. ekspozytura KGB. W tym czasie kilkadziesiąt tysięcy ludzi resortu przeczesywało okoliczne tereny, mając do dyspozycji wszelkie środki, jakimi dysponowało wówczas Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. Trwały akcje poszukiwawcze o krypt. „Przeszukanie” i „Sutanna”. Komunikaty radiowe i telewizyjne informowały o zaginięciu księdza, tak jakby władza zupełnie nie wiedziała, co się stało. 20 października organy ścigania szukały sprawców porwania, gdy tymczasem poruszali się oni w gmachu MSW przy ul. Rakowieckiej. Był to pierwszy element kłamstwa ze strony MSW i gen. Kiszczaka.

Jak wyglądała styczność księdza z radzieckimi towarzyszami z KGB, tego nie wiemy i prawdopodobnie już się nie dowiemy. Odnalezione ciało księdza jednoznacznie wskazywało, że był on fizycznie maltretowany znacznie dłużej, niż mógłby to robić Grzegorz Piotrowski ze swoimi kompanami. Dotychczasowe ustalenia wskazują, że 25 października 1984 r. ks. jeszcze żył. W tym właśnie dniu u lekarza leczącego kapłana pojawiło się dwu osobników z MSW z zapytaniem, jakie leki brał ksiądz i jakie dawki, sugerując zarazem, że wszystko jest z nim w porządku. Przerażona pani doktor udzieliła niezbędnych informacji tajemniczym osobnikom.

Kiedy więc ksiądz zakończył życie? Wiele poszlak wskazuje, że miało to miejsce 25 października 1984 r. Wątpliwości mogą dotyczyć jedynie godziny zgonu. Prof. André Horve z jednego z uniwersytetów paryskich sugeruje również datę po 25 października 1984 r., opierając swój pogląd na podstawie oględzin zdjęć zwłok ks. Popiełuszki, jakie zdobył „Paris Match”. Prof. Horve wskazuje jednocześnie na wiele innych obrażeń księdza, których nie podano w oficjalnych komunikatach. Krótko mówiąc, jego opinia kwestionuje ustalenia prof. Marii Byrdy, która prowadziła oględziny medyczne zwłok księdza.

Gen. Kiszczak: „Dziś musi się znaleźć”

26 października ludzie gen. Kiszczaka lokalizują zwłoki w Wiśle po raz pierwszy. Fakt ten potwierdza zeznanie jednego z prokuratorów, któremu wydano polecenie wyjazdu i przeprowadzenia czynności na miejscu zdarzenia. Wówczas zwłoki księdza zostały wydobyte z wody i poddane oględzinom przez medyka, czego nie ujawniono na procesie toruńskim, następnie z powrotem wrzucone do Wisły. Szef Biura Śledczego MSW płk Zbigniew Pudysz konsultuje sprawę publicznego ujawnienia zwłok księdza i dalszych szczegółów związanych z kierunkiem śledztwa.

30 października gen. Kiszczak przylatuje helikopterem na tamę we Włocławku wraz ze swoim orszakiem i buńczucznie oznajmia zebranym ekipom poszukiwawczym: „Dziś musi się znaleźć”. Do akcji ruszają płetwonurkowie, którzy mają ujawnić i wydobyć zwłoki. Lokalizacja i wydobycie ciała księdza 30 października 1984 r. są również scenariuszem w detalach skonstruowanym przez MSW. Wystarczy wspomnieć, że inna ekipa nurków ujawniła zwłoki księdza w wodzie, a inna je wydobyła. Jeszcze przez wiele lat biorący udział w akcji płetwonurkowie będą poddawani naciskom ludzi gen. Kiszczaka. Nawet po 1989 r. wielu z nich będzie się bało złożyć zeznania przed prokuratorem prowadzącym śledztwo, obawiając się o swoje życie. Wersję odnalezienia zwłok księdza uzupełnia fakt, że ani Piotrowski, ani jego koledzy nie byli w stanie na procesie toruńskim precyzyjnie określić miejsca ich porzucenia.

Leszek Pietrzak

Zapytanie nr 2705 do ministra sprawiedliwości

w sprawie informacji dotyczących uprowadzenia i zabójstwa ks. Jerzego Popiełuszki przez Służbę Bezpieczeństwa w październiku 1984 r.

Szanowny Panie Ministrze! Mijają właśnie 24 lata od uprowadzenia i zamordowania przez Służbę Bezpieczeństwa ks. Jerzego Popiełuszki. Odbywający się w 1985 r. tzw. proces toruński, prowadzony pod czujnym nadzorem komunistycznych władz, nie dał ostatecznej odpowiedzi na temat okoliczności tej zbrodni. Po zmianach politycznych, jakie miały miejsce w Polsce w 1989 r. prowadzone były przez prokuraturę i IPN czynności śledcze zmierzające do wyjaśnienia tej sprawy. Niestety, z różnych powodów do dnia dzisiejszego nie zostały one zakończone w satysfakcjonujący sposób.

Opinia publiczna wiedzę na temat tej sprawy może dziś czerpać z publikacji prasowych pojawiających się okazjonalnie, zwykle w związku z kolejnymi rocznicami dokonania tej zbrodni, które z natury rzeczy mają bardziej sensacyjny niż faktograficzny charakter. Wiedza taka jest także dostępna w poważnych, książkowych publikacjach dziennikarskich, np. pracy Zbigniewa Branacha ˝Piętno księżobójcy. Operacja Popiełuszko. Rzecz o zbrodni czterdziestolecia˝ (Toruń 2004) czy książka Wojciecha Sumlińskiego ˝Kto naprawdę Go zabił?˝ (Warszawa 2005). Sprawą interesowali się i na jej temat publikowali naukowcy historycy, np. prof. Wojciech Polak w pracach: ˝Toruńskie wątki i echa sprawy księdza Popiełuszki˝, opublikowanej w ˝Biuletynie IPN˝, nr 10 (45), październik 2004 i ˝Nieznane dokumenty dotyczące poszukiwań zwłok księdza Jerzego Popiełuszki w dniach 24-29 X 1984 r.˝, zamieszczonej w ˝Roczniku Toruńskim, nr 32, Toruń 2005 czy dr Tomasz Chinciński w artykule: ˝Na tropach prowokacji˝, opublikowanym w ˝Biuletynie IPN˝ nr 10 (45), październik 2004.

Nie umniejszając roli i znaczenia zarówno prowadzonych w tej sprawie badań naukowych, jak i przeprowadzonych prac dziennikarskich, należy jednak dokonać także wysiłku, aby sprawę tę ostatecznie (o ile będzie to możliwe) wyjaśnić na gruncie prawnym przez prokuraturę. Postulat taki stawiany jest zresztą zarówno przez naukowców, jak i dziennikarzy zajmujących się tą sprawą.

Wątków wymagających wyjaśnienia w sprawie zabójstwa ks. Jerzego Popiełuszki jest wiele. Zgodnie z wersją oficjalną, która stała się podstawą tzw. procesu toruńskiego, ksiądz został uprowadzony i zamordowany 19 października 1984 r. przez trzech pracowników Służby Bezpieczeństwa: kpt. Grzegorza Piotrowskiego, por. Waldemara Chmielewskiego i por. Leszka Pękalę z inspiracji innego funkcjonariusza SB płk Adama Pietruszki. Mieli oni działać samodzielnie i kierować się swoim przekonaniem, że działalność księdza jest szkodliwa i trzeba się z nim rozprawić, aby w ten sposób umocnić struktury komunistyczne w Polsce.

Nikt, kto zna nawet powierzchownie mechanizmy działania Służby Bezpieczeństwa w PRL, nie uwierzy, że tego typu akcja mogła mięć charakter tzw. samowolki. Rodzi się więc pytanie: Kto tak naprawdę w strukturach państwa komunistycznego i Służby Bezpieczeństwa wydał polecenie porwania księdza, następnie sprawę tę nadzorował i uniemożliwił jej pełne wyjaśnienie już po dokonaniu zbrodni? Zakończony niepowodzeniem proces generałów Władysława Ciastonia i Zenona Płatka nie tylko nie odpowiedział na to pytanie, ale zrodził nowe wątpliwości, które należy zbadać, zwłaszcza że żyją jeszcze w większości uczestnicy tamtych wydarzeń.

Ogromne wątpliwości rodzi także ustalony na procesie toruńskim przebieg samej zbrodni. Wersja, że ks. Jerzy Popiełuszko został 19 października 1984 r. porwany w Górsku pod Toruniem, a następnie przewieziony (z krótkimi postojami na trasie podróży, podczas których ks. Popiełuszko był bity) na włocławską tamę i tam utopiony, również rodzi zasadnicze wątpliwości.

Wkrótce po zakończeniu procesu toruńskiego Jacek Lipiński, przyjaciel ks. Jerzego Popiełuszki, czterokrotnie na własną rękę przeprowadził rekonstrukcję wydarzeń (w ostatniej brał udział ks. Teofil Bogucki). Polegała ona na przejechaniu trasy, którą mieli podróżować oprawcy ks. Jerzego 19 października 1984 r., mierzeniu czasu i konfrontowaniu go z wersją przedstawioną na procesie. Próby te wykluczyły możliwość dokonania zbrodni w czasie i przy zastosowaniu środków, jakimi mieli dysponować skazani w procesie toruńskim. W ten sposób rodzi się pytanie: Czy rzeczywiście ks. Jerzy Popiełuszko od razu po porwaniu został zamordowany i utopiony, jak ˝ustalono˝ na procesie toruńskim?

Z informacji, jakie znajdują się w obiegu publicznym (m.in. w publikacjach przytaczanych wyżej) wynika, że są przesłanki do twierdzenia, że ciało ks. Jerzego Popiełuszki zostało wrzucone do Wisły na włocławskiej tamie dopiero 25 października 1984 r. Moment wrzucenia ciała księdza do rzeki został zauważony przez kłusujących w rejonie tamy rybaków. Rodzi to pytanie, co działo się z ks. Jerzym Popiełuszką między 19 a 25 października 1984 r. Czy i gdzie był w tym czasie przetrzymywany? Kto i w jakich okolicznościach go zamordował?


Ks. Jerzy Popiełuszko

Hipoteza jaka jest najbardziej rozpowszechniona zakłada, że ks. Popiełuszko nie został zamordowany zaraz po swoim porwaniu 19 października 1984 r., ale mógł zostać po uprowadzeniu przez Piotrowskiego, Pękalę i Chmielewskiego przekazany funkcjonariuszom działającym w ramach tzw. grupy D, która była zakonspirowaną strukturą w ramach SB, prowadzącą zbrodniczą działalność polegającą na napaściach, biciu, a niekiedy porywaniu i zastraszaniu działaczy opozycyjnych. Być może celem całej akcji miało być skłonienie przez grupę D ks. Jerzego Popiełuszki do współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa? Jako hipotetyczne miejsce kaźni księdza często wskazuje się Komendę Wojewódzką we Włocławku albo bunkier w Kazuniu. Brak zgody ks. Jerzego Popiełuszki na współpracę z SB miał spowodować śmierć w wyniku zbyt dotkliwego pobicia w czasie tortur albo celowe doprowadzenie go do śmierci wobec braku szans na werbunek. Mogłoby to wyjaśnić, dlaczego do wrzucenia zwłok do Wisły miało dojść dopiero 25 października 1984 r. Wobec niepowodzenia pierwotnego planu porwania i zwerbowania księdza do współpracy został on zamordowany, a jego zwłoki utopiono. Następnie przez kilka dni Służba Bezpieczeństwa przygotowała misterną manipulację, która miała zawęzić krąg oskarżonych do grupy, która dokonała porwania i zrobienia z nich jedynych winnych samodzielnej akcji wynikającej z opacznego rozumienia służby w organach bezpieczeństwa komunistycznego państwa. Czy rzeczywiście tak było i kto podejmował decyzje w tej sprawie oraz kto był ich wykonawcą, jest pytaniem, które powinno zostać rozwikłane w wyniku postępowanie prokuratury.

Wątpliwości na tym się nie kończą. Otwartą pozostanie sprawa faktycznego terminu wyłowienia zwłok i tego, kto tego wyłowienia dokonał.

Pojawiają się przesłanki, że zwłoki ks. Popiełuszki odnalezione, a być może także wyłowione po raz pierwszy zostały już 26 października. Został tego dnia o fakcie ich odnalezienie powiadomiony prokurator wojewódzki w Toruniu Marian Jęczmyk. Wyznaczony przez niego prokurator Merkel udał się niezwłocznie na tamę, gdzie oznajmiono mu, że ciała jednak nie odnaleziono.

Gdy już do faktu ostatecznego wyłowienia zwłok doszło, nastąpiła manipulacja związana ze składem ekipy nurków szukających księdza. Przed prokuratorem inna ekipa poznała się i potwierdziła wyłowienie zwłok niż miało to miejsce w rzeczywistości. Dziwną okolicznością rzucającą światło na tę sprawę jest fakt, że jeden z nurków pracujących przy poszukiwaniach, który składał tego typu zeznania dwa dni później otrzymał paszport (co w warunkach PRL już jest bardzo zastanawiające) i wyjechał na stałe do Grecji.

Wątpliwości nasuwa także przebieg procesu i okoliczności związane z osadzeniem oskarżonych. Prowadzący sprawę przez toruńskim sądem sędzia Artur Kujawa zachowywał się w sposób urągający normom procesowym. Bez pardonu przerywał wszelkie zeznania, jeśli te przybierały inny, niewygodny dla ustalonej wersji przebieg. Wyjaśnienia wymaga także rola płk Adama Pudysza, który z ramienia SB czuwał nad przebiegiem całego procesu i permanentnie spotykał się z przetrzymywanymi w toruńskim areszcie śledczym, tzw. ˝okrąglaku˝ oskarżonymi, za co został zaraz po procesie awansowany na stopień generalski.

Zbadać należy także, w jaki sposób (w ramach akcji ˝Teresa˝, ˝Trawa˝, ˝Robot˝) wywierano presję na rodziny oskarżonych (w celu utrzymania wersji wydarzeń niekorzystnej dla oskarżonych, ale korzystną dla władz komunistycznych).

Zaprezentowałem tylko najważniejsze wątpliwości i rodzące się hipotezy dotyczące sprawy uprowadzenia i morderstwa ks. Jerzego Popiełuszki. Wątków pobocznych w tej sprawie jest o wiele więcej. Dotyczą one zarówno samego uprowadzenia i morderstwa księdza, jak i mataczenia oraz dziwnych okoliczności, jakie miały miejsce później (w tym śmierć kilku osób związanych ze sprawą).

Waga tej niezwykle bulwersującej zbrodni, jak i fakt, że za rok minie ćwierć wieku od jej dokonania, nakazuje sporządzenie podsumowania dotychczasowych wyników toczonych śledztw.

Pragniemy w związku z tym zapytać Pana Ministra, jako prokuratora generalnego sprawującego nadzór nad wszystkimi czynnościami prokuratorskimi w tej sprawie (także prowadzonymi przez IPN), jakie są dotychczasowe wyniki tych postępowań. Kiedy opinia publiczna będzie się mogła zapoznać się z ich wynikami?

Czy Pan Minister planuje jako prokurator generalny podjęcie intensywniejszych niż obecnie prowadzone zabiegów, aby wyjaśnić do końca kulisty tej zbrodni? A jeśli tak, to na czym miałby one polegać?

Będziemy szczerze zobowiązani za zainteresowanie się Pana Ministra poruszoną sprawą i podjęciem działań, które pomogą ją wyjaśnić do końca.

Z wyrazami szacunku

Poseł Zbigniew Girzyński

oraz grupa posłów

Warszawa, dnia 19 października 2008 r.

KRZYŻ

Chrystus umiera na krzyżu za całą ludzkość, pokonuje śmierć i otwiera drogę do zmartwychwstania.

Dzięki śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa symbol hańby i poniżenia stał się symbolem odwagi, męstwa, pomocy i braterstwa. W znaku krzyża ujmujemy dziś to, co najbardziej piękne i wartościowe w człowieku. Przez krzyż idzie się do zmartwychwstania. Innej drogi nie ma.

Nie ma Kościoła bez krzyża, nie ma ofiary, uświęcenia i służby bez krzyża. Nie ma trwania i zwycięstwa bez krzyża. Każdy, kto w słusznej sprawie zwycięża, zwycięża przez krzyż i w krzyżu.

Sługa Boży ks. Jerzy Popiełuszko

W 2002 r. Andrzej Witkowski ponownie podjął śledztwo już jako prokurator IPN. Dwa lata później zamierzał oskarżyć gen. Kiszczaka i Waldemara Chrostowskiego. Przeszkodził mu w tym szef pionu śledczego IPN – prof. Witold Kulesza. W październiku 2004 r. kilka dni przed 21 rocznicą „zbrodni stulecia”, Kulesza odsunął od śledztwa Witkowskiego i zabronił mu kontaktów z prasą. Ten stan trwa do dziś. Wydaje się, że nawet szefom IPN-u nie zależy na wyjaśnieniu prawdy o zbrodni na kapelanie „Solidarności” i na pociągnięciu do odpowiedzialności jej sprawców. Zamykanie ust wszystkim tym, którzy mogą odsłonić choćby rąbka tajemnicy, trwa nieprzerwanie od 22 lat. Tajemnicze osoby, które zza kulis sabotują wszelkie próby dotarcia do prawdy, ciągle tryumfują. Jak długo jeszcze?

http://www.dziennik.pl/po…opieluszki.html

DOBRA STRONA
http://popieluszko.bloog.pl/?ticaid=69f3b

Ks. Jerzy Popiełuszko – 25 rocznica męczeńskiej śmierci.

O wolności

ks. J. Popiełuszko

19 października 2009 r. mija 25 lat od zamordowania ks. Jerzego Popiełuszki. Wciąż nie do końca wyjaśnione pozostają okoliczności jego śmierci.
Do końca zbliża się natomiast proces beatyfikacyjny kapelana „Solidarności”.

Do dziś nie znamy motywów zbrodni oraz tych, którzy zlecili zabicie księdza. Jednak bez wątpienia możemy powiedzieć, iż morderstwo to dotyczy niezwykłego człowieka. Człowieka, który był męczennikiem, który zginął za wiarę, za Ewangelię, który bronił Kościoła i godności człowieka. Nawoływał do miłości, do tłamszenia nienawiści. Pragnął, „aby zło dobrem zwyciężać”. Stał się duchowym przewodnikiem swojego pokolenia oraz symbolem wolności i odwagi.
Ksiądz Jerzy Popiełuszko niósł nadzieję cierpiącym i poniżanym, emanował niezwykłą siłą duchową połączoną z ciepłem i poczuciem humoru. W swoich kazaniach niejednokrotnie prosił Boga o wolność duchową, o wewnętrzną radość. Głosił, iż wolność zewnętrzna i polityczna mogą przyjść jako konsekwencja wolności ducha. Bez reszty oddany był robotnikom – ich sprawy „to było jego Westerplatte” – jak powiedział jeden z księży.
Poprzez swoją odwagę i determinację pokazywał, iż obca mu była wszelka desperacja i katastroficzne nastroje. Swój krzyż nieustannie łączył z krzyżem Chrystusa. Uważał, że tak jak zmartwychwstał Chrystus tak zmartwychwstanie Ojczyzna – wolna i sprawiedliwa.
Męczeńska śmierć księdza Jerzego dała namacalny dowód jak przesiąknięte złem są struktury komunistycznego państwa.
Ksiądz Jerzy przemawia nawet po śmierci.
Całe jego życie oraz brutalne zamordowanie stało się owocem, pokarmem dla wielu.
Biskup Wojciech Ziemba ujął to w prostym zdaniu: „Tak Pan Bóg przez śmierć Księdza Jerzego otwiera nasze oczy, oczy naszego serca, naszego umysłu, naszej wiary”.

„Kazanie o wolności” ks. Jerzego Popiełuszki
z 31 października 1982

(…)Aby pozostać człowiekiem wolnym duchowo, trzeba żyć w prawdzie. Życie w prawdzie to dawanie świadectwa na zewnątrz, to przyznawanie się do niej i upominanie się o nią w każdej sytuacji. Prawda jest niezmienna. Prawdy nie da się zniszczyć taką czy inną decyzją, taką czy inną ustawą. Nie tym polega w zasadzie nasza niewola, że poddajemy się panowaniu kłamstwa, że go nie demaskujemy i nie protestujemy przeciw niemu na co dzień. Nie prostujemy go, milczymy lub udajemy, że w nie wierzymy. Żyjemy wtedy w zakłamaniu. Odważne świadczenie prawdy jest drogą prowadzącą bezpośrednio do wolności. Człowiek, który daje świadectwo prawdzie, jest człowiekiem wolnym nawet w warunkach zewnętrznego zniewolenia, nawet w obozie czy więzieniu. Gdyby większość Polaków w obecnej sytuacji wkroczyła na drogę prawdy, gdyby ta większość nie zapominała, co było dla niej prawdą jeszcze przed niespełna rokiem, stalibyśmy się narodem wolnym duchowo już teraz. A wolność zewnętrzna czy polityczna musiałaby przyjść prędzej czy później jako konsekwencja tej wolności ducha i wierności prawdzie.
Zasadniczą sprawą przy wyzwoleniu człowieka i narodu jest przezwyciężenie lęku. Lęk rodzi się przecież z zagrożenia. Lękamy się, że grozi nam cierpienie, utrata jakiegoś dobra, utrata wolności, zdrowia czy stanowiska. I wtedy działamy wbrew sumieniu, które jest przecież miernikiem prawdy. Przezwyciężamy lęk, gdy godzimy się na cierpienie lub utratę czegoś w imię wyższych wartości. Jeżeli prawda będzie dla nas taką wartością, dla której warto cierpieć, warto ponosić ryzyko, to wtedy przezwyciężymy lęk, który jest bezpośrednią przyczyną naszego zniewolenia. Chrystus wielokrotnie przypominał swoim uczniom: „Nie bójcie się. Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, a nic więcej uczynić nie mogą.” (por. Łk 12,4)(…)

Prezydent nie zapomina o śmierci ks. Popiełuszki

Podczas uroczystości złożono wieńce pod tablicą upamiętniającą męczeństwo ks. Jerzego, a także przy ustawionym opodal krzyżu, który został wykonany z okazji wizyty Jana Pawła II we Włocławku i zdobił ołtarz w czasie odprawionej przez niego mszy. – Pragnę dziś przywołać, w pamięci i sercu, ofiarę złożoną przez ks. Jerzego, ofiarę, która była świadectwem wiary silniejszej od lęku i woli trwania przy prawdzie do samego końca. Z tej ofiary i odwagi ks. Jerzego wyrastają korzenie naszej polskiej wolności – napisał prezydent Lech Kaczyński w liście skierowanym do uczestników uroczystości we Włocławku.

Msze odprawiono w całej Polsce

W tym samym czasie odprawiona została także msza św. w bydgoskim kościele Świętych Polskich Braci Męczenników przez bp. Jana Tyrawę. W tej świątyni ks. Popiełuszko odprawił ostatnią w swym życiu mszę świętą. Rano, spod bydgoskiego kościoła wystartowało prawie 300 biegaczy z całej Polski w 17. biegu sztafetowym szlakiem męczeństwa księdza Jerzego Popiełuszki. Po pokonaniu 110 kilometrów na trasie Bydgoszcz – Górsk – Toruń – Włocławek sztafeta dotarła po południu do Włocławka.

Mordercy Księdza Jerzego ci znani jak ci co pozostają do dzisiaj w ukryciu mają się dobrze. Ci co byli sadzeni od bardzo dawna są na wolności i funkcjonują pod zmienionymi nazwiskami dalej szaklując Kościół.

Nowy wątek z licznych prób esbecji kompromitacji i oczerniania tego wielkiego Polaka i świętego męża, który znał znaczenie słów BÓG – HONOR – OJCZYZNA. I mimowolnie narzuca się natrętne pytanie – CZY KSIˇDZ JERZY O TAKIEJ MARZYŁ POLSCE JAK JEST TERAZ ?

„Ci esbecy podrzucili granaty ks. Popiełuszce”

CYTAT -„Pion śledczy IPN zarzucił kolejnym dwóm b. oficerom SB prowadzenie w latach 80. postępowania karnego przeciw ks. Jerzemu Popiełuszce o „czyny nie będące przestępstwem”. Pierwsze takie zarzuty IPN postawił innemu esbekowi w październiku br.

Chodzi o esbeków, którzy brali udział w śledztwie wobec kapelana podziemnej Solidarności o rzekome „nadużywanie wolności sumienia” oraz „posiadanie materiałów wybuchowych”.

O dwóch b. oficerach SB, którym pod koniec października postawiono zarzuty w wątku dotyczącym księdza Jerzego w śledztwie w sprawie funkcjonowania od 1956 r. do 1989 r. związku przestępczego w MSW, poinformował prok. Bogusław Czerwiński, naczelnik pionu śledczego warszawskiego IPN.

Tak jak przy pierwszych zarzutach, nie ujawniono żadnych szczegółów. Wiadomo tylko, że chodzi o dwóch funkcjonariuszy SB w Warszawie, którzy realizowali działania wobec księdza Popiełuszki „mające na celu jego eliminację jako duszpasterza środowisk związanych z opozycją demokratyczną w Polsce”.

Według IPN czyn ten stanowi zbrodnię komunistyczną w formie naruszania podstawowych praw człowieka, jakimi są: prawo do uczciwego procesu, a w szczególności prawo do obrony w postępowaniu karnym oraz prawo do wolności słowa i wyznania.

Za przekroczenie uprawnień i udział w „związku przestępczym” grozi do 5 lat więzienia.

Wobec jednego z podejrzanych prokurator zastosował środki zapobiegawcze w postaci poręczenia majątkowego oraz zakazu opuszczania kraju, a wobec kolejnego – poręczenie majątkowe.

– Śledztwo jest nadal prowadzone, ma charakter rozwojowy i w związku z tym nie można wykluczyć, że zarzuty będą przedstawione kolejnym osobom
Prokurator Bogusław CzerwińskiŚledztwo jest nadal prowadzone, ma charakter rozwojowy i w związku z tym nie można wykluczyć, że zarzuty będą przedstawione kolejnym osobom – dodał Czerwiński.

Chodzi m.in. o tzw. prowokację na ul. Chłodnej, gdy SB w 1983 r. podrzuciła do mieszkania księdza przedmioty mające go skompromitować i oskarżyć, m.in. materiały wybuchowe i podziemne wydawnictwa.

Ksiądz Jerzy, oskarżany przez władze PRL o „antypaństwową propagandę”, był w stanie wojennym obiektem działań operacyjnych SB o kryptonimie „Popiel”; wykorzystano w niej kilku tajnych współpracowników. W grudniu 1983 r. ksiądz stawił się na przesłuchaniu, a prokurator wszczął wobec niego śledztwo o to, że „przy wykonywaniu obrzędów religijnych (…), w wygłaszanych kazaniach nadużywał wolności sumienia i wyznania w ten sposób, że permanentnie oprócz treści religijnych zawierał w nich zniesławiające władze państwowe treści polityczne, a w szczególności pomawiał, że te władze posługują się fałszem, obłudą i kłamstwem, poprzez antydemokratyczne ustawodawstwo niszczą godność człowieka, a także pozbawiają społeczeństwo swobody myśli oraz działania, czym nadużywając funkcji kapłana, czynił z kościołów miejsce szkodliwej dla interesów PRL propagandy antypaństwowej”.

Po zakończeniu przesłuchania, w mieszkaniu księdza odbyła się rewizja, podczas której „ujawniono” m.in. granaty łzawiące, naboje, różne materiały wybuchowe, farby drukarskie – podrzucone wcześniej przez esbeków. Ostatecznie śledztwo wobec księdza umorzono.

Morderca księdza Grzegorz Piotrowski zeznawał w latach 90., że to gen. Zenon Płatek i jego zastępca Adam Pietruszka zlecili mu tworzenie fałszywych dowodów przeciw ks. Popiełuszce. Początkowo Piotrowski sporządził w 1983 r. dokument, w którym pisał o podrzuceniu do mieszkania księdza kompromitujących go przedmiotów, potem jednak zmodyfikował go, pisząc jedynie o informacjach, że u księdza mogą być takie przedmioty. Na tym dokumencie Kiszczak dopisał: „Dusza mi się śmieje, ale pielgrzymka papieża…”.

19 października 1984 r. ks. Popiełuszko, duszpasterz ludzi pracy i kapelan Solidarności, został zamordowany przez funkcjonariuszy IV Departamentu MSW. Wszyscy, którzy brali udział w zabójstwie, od dawna są już na wolności; ich przełożonych uniewinniono. B. szef SB gen. Władysław Ciastoń został uniewinniony przez sąd w 2002 r. – i z zarzutu kierowania zabójstwem ks. Popiełuszki, i pomocy przy „prowokacji na Chłodnej”.

Od kilku lat oddział warszawski IPN prowadzi śledztwo w sprawie działania w MSW związku przestępczego mającego na celu m.in. dokonywanie zabójstw działaczy opozycji demokratycznej i duchowieństwa. Śledztwo obejmuje w sumie 42 przypadki przestępstw z lat stanu wojennego, o których sprawstwo podejrzewa się SB, a zwłaszcza tzw. wydziały „D” w IV departamencie MSW. Badany jest m.in. wątek „sprawstwa kierowniczego” zabójstwa ks. Jerzego Popiełuszki w 1984 r.

Śledczy korzystają m.in. z dokumentacji zgromadzonej wcześniej przez tzw. komisję Rokity. Sejmowa komisja nadzwyczajna do zbadania działalności MSW, kierowana w latach 1989-1991 przez Jana Rokitę, ustaliła, że skutkiem działań funkcjonariuszy komunistycznego MSW od wprowadzenia stanu wojennego do 1989 r. było 91 udokumentowanych przypadków zgonów ludzi, przeważnie blisko związanych z opozycją. Wyjaśniono niewielką część tych przypadków.

Zarzuty w tym szeroko zakrojonym śledztwie IPN postawił już wcześniej m.in. oficerom SB – za próbę podania przez agenta SB jesienią 1981 r. Annie Walentynowicz środka farmakologicznego, co mogło ją narazić nawet na śmierć oraz za bezprawne „działania dezintegracyjne” wobec uczestników pielgrzymki do Częstochowy w 1978 r. IPN zapewnia, że śledztwo jest rozwojowe.”

http://wiadomosci.wp.pl/k…,wiadomosc.html

Czytałem że miał zmiażdżone genitalia i wyrwany język. Oczy prawdopodobnie mu wybito bo twarz miał zmasakrowaną jakby walec drogowy po nim przejechał. Chociaż jak ktoś wyrywa język i miażdży genitalia to nie cofnie przed świadomym wydłubaniem oczu. Jeden z tych morderców Morderca ks. Popiełuszki pisze pod pseudonimami dla „Faktów i Mitów” Romana Kotlińskiego. Zwalcza Kościół

Grzegorz Piotrowski, morderca ks. Jerzego Popiełuszki, jest jednym z głównych reporterów „Faktów i Mitów” – ustaliła „Rz” w dziennikarskim śledztwie. Współwłaścicielem tego tygodnika jest poseł Ruchu Palikota Roman Kotliński.

I teraz uwaga. Krzyż który wisi w sejmie jest podarowany przez Matkę księdza Jerzego Popiełuszki a ściągać go chce kolega Piotrowskiego mordeccy księdza z uchu paliknota.

Kumpel Piotrowskiego strąci krzyż Popiełuszki?

Jeśli wierzyć słowom posła odnotowanym w sejmowych stenogramach, wiszący w sali posiedzeń Sejmu krzyż, został podarowany przez matkę księdza Popiełuszki. Tak w każdym razie wynika z sejmowej wypowiedzi Piotra Krutula, który 10 lat temu, jako poseł, wygłosił emocjonalne oświadczenie z okazji 17-tej rocznicy śmierci księdza Jerzego.

Poseł Piotr Krutul: Życie ks. Jerzego naznaczone było krzyżem, chorobami, cierpieniem i zakończone męczeńską śmiercią. Ojciec Święty Jan Paweł II w homilii z 7 czerwca 1991 r. we Włocławku powiedział: ˝Tu, na tej ziemi kujawskiej, tu, w tym mieście męczenników, to musi być powiedziane głośno. Kulturę europejską tworzyli męczennicy. Tak, tworzył ją ksiądz Jerzy. On jest patronem naszej obecności w Europie za cenę ofiary życia – tak jak Chrystus. Tak jak Chrystus ma prawo obywatelstwa w świecie, ma prawo obywatelstwa w Europie, dlatego że dał swoje życie za nas wszystkich. Ma prawo obywatelstwa wśród nas i wśród wszystkich narodów tego kontynentu i całego świata przez swój krzyż˝. Słowa te wypowiedziane zostały przy krzyżu, który ustawiono później w miejscu śmierci ks. Jerzego przy tamie wiślanej we Włocławku. W roku 1997 z drzewa ołtarza ojczyzny na Jasnej Górze wykonano krzyż. Ten krzyż 4 lata temu, 19 października 1997 r., podczas Mszy Świętej w intencji ojczyzny leżał na grobie księdza Jerzego Popiełuszki na Żoliborzu. Po Mszy Świętej matka ks. Jerzego Marianna Popiełuszko przekazała krzyż parlamentarzystom. Ten krzyż wisi dziś w polskim Sejmie.

Żeby dopełnić ponurej symboliki, posłem partii, która za jedno z pierwszych swoich zadań wyznaczyła sobie usunięcie krzyża, jest niejaki Kotliński, zarejestrowany jako TW, były ksiądz, a w wolnej Polsce redaktor antyklerykalnego szmatławca „Fakty i Mity”, który chyba jako pierwszy wyciągnął Grzegorza Piotrowskiego stamtąd, gdzie ten powinien na zawsze pozostać – śmietnika historii.

Gazeta Wyborcza: Tygodnik „Fakty i Mity” ochoczo podejmuje sprawę rzekomej niewinności Piotrowskiego i jego ludzi, bo z mordercą księdza jest związany od momentu swojego powstania w 2000 r. Jego założyciel – były ksiądz – uznał, że osoba Piotrowskiego będzie świetnie promować wydawnictwo. Piotrowski, który był wtedy na przepustce z więzienia, wziął udział w konferencji prasowej na otwarcie „FiM”. Potem pisywał tam pod pseudonimem. Jeszcze zanim wyszedł z więzienia w 2001 r., w wywiadzie dla TVP Piotrowski komentował decyzję sądu o odmowie skrócenia mu kary. Sędziów nazwał klaunami, a sąd cyrkiem. Został za to skazany na osiem miesięcy więzienia i grzywnę. W 2003 r. zastępca redaktora naczelnego „FiM” Marek Szenborn, gdy Piotrowski wyjeżdżał do Hamburga, kpił w rozmowie z dziennikarzem „Gazecie Polskiej”: „Proszę się nie obawiać. Grzegorz żadnego księdza tam nie zabije”.

Fakty i Mity: Potrzebne sa zastępy świętych męczenników, Piotrowski wypełnił tę misję jak nikt inny! Trzeba mu tylko dać wolną rękę, a on już sam włoży w nią kij bejsbolowy. Dla sutannowych braci jest nie wysychającym źródłem ogromnej gotówki. Ile można zarobić na pięciu, dziesięciu, stu Popiełuszkach?! Wyposzczony przez 15 lat Piotrowski narobi ich Kościołowi na pęczki.

Wojna palikoterii z sejmowym krzyżem to już nie tylko walka grupy ateistów o świeckość sali sejmowej bo historia tego konkretnego krzyża, i życiorysy tych, którzy go chcą teraz strącić, sprawiają, że jest to symboliczny spór o coś dużo ważniejszego, nawet Kwaśniewski rozumie, że sejmowy krzyż – prezent od mamy księdza Popiełuszki – jest symbolem nie tylko, może nawet nie przede wszystkim, religijnym. Zuchwałość zbieraniny Palikota to ponura przestroga przed tym dokąd zmierzamy, wybierając sobie władzę spośród takich szumowin jak Kotliński – promotor Piotrowskiego i sojusznik Urbana. Bardzo szybko zapomnieliśmy i wybaczyliśmy to co w każdym szanującym się społeczeństwie obdarzonym minimum instynktu samozachowawczego powinno być niewybaczalne. Dzisiaj Kotliński triumfuje, Urban się cieszy, a Piotrowski spokojnie czeka na pełną rehabilitację. A wszystko stanie się za życia jednego pokolenia, które przeżyło śmierć Popiełuszki, i ma spore szanse przeżyć powrót jego mordercy na salony. Bo dlaczego właściwie nie?

Niektórzy ludzie Palikota

http://kataryna.blox.pl/2…opieluszki.html

LIBERALIZM NAJWIĘKSZYM WROGIEM KOŚCIOŁA

AGAGAGAGA

 

Liberalizm największym wrogiem Kościoła – ks. Karol Stehlin

BARDZO DOBRY WYKŁAD ks. K. Stehlina o zagrożeniach liberalizmu dla kościoła , dla czlowieka i narodów. Warto posłuchać.

http://pl.gloria.tv/?media=319739

http://www.youtube.com/watch?v=CNOJnUXZ1qk

W encyklice Pascendi Dominis Gregis papież Pius X napisał, iż „największa i najbliższą przyczyną modernizmu jest bez wątpienia pewnego rodzaju wypaczenie umysłu”. Zważywszy na to, jakie rezultaty modernizm wniósł do europejskiej kultury a przede wszystkim analizując przerażający absurd zawarty w jego teoriach i założeniach, trudno jest nie zgodzić się z taką definicją. W tej samej encyklice czytamy, że największym wrogiem modernizmu w czasie szczytu jego aktywności a wiec połowie wieku XIX –go. była filozofia scholastyczna, magisterium Kościoła Katolickiego oraz powaga Ojców Kościoła. Widać tutaj zatem charakter modernizmu jako nurtu całkowicie antykatolickiego. Działania modernistów w okresie diabolicznego zamętu zwanego kłamliwie Wiosną Ludów, w pełni oddały słowa papieża. Walka z Kościołem oraz jej naturalnym obrońcom – europejskim monarchom, doprowadziła do oderwania od jedynej wiary niezliczonych tłumów, powstania ateistycznych republik oraz zakorzenienia się na świecie nowego nurtu polityczno- filozoficznego, – liberalizmu. Istnieje wiele definicji liberalizmu. Arcybiskup Lefebvre powtarza za ojcem Rousselem, że liberalizm jest to „fanatyzm na rzecz niezależności, którą wychwala w każdej dziedzinie aż do granic absurdu. ”Liberalizm, powstał na założeniach oświeceniowych racjonalistów, bezwzględnego zawierzenia rozumowi oraz przyznania mu wyjątkowych możliwości odkrywczych i twórczych{antropocentryzm}. Wiąże się z tym postawienie człowieka na miejscu Boga, co pociąga za sobą potrzebę dokonywania nieustannych odkryć oraz udoskonalania świata. Liberałowie postanowili zaprzęgnąć rozum do pracy ponad jego możliwości by definiować każde zjawisko i każdy element życia, nawet te, które Bóg dla człowieka pozostawił na zawsze nieosiągalne. Wiąże się z tym nieskończony maraton paradoksów i absurdów, które pobieżnie przejrzymy.

Racjonalizm, czyli kompromitacja rozumu.

Już samo przyjęte przez francuskich zwyrodnialców jak Wolter czy Rousseau założenie, że 1,5 kg galarety ukryte pod czaszką jest w stanie tłumaczyć miejsce człowieka na Ziemi oraz znaczenie jego bytu bez odwoływania się do istoty, która jest tegoż bytu twórca, jest wyjątkowym absurdem. Moderniści w rozważaniach filozoficznych odwołali się, zatem do agnostycznej teorii, iż rozum pojmuje jedynie fenomeny, że rozpatruje jedynie rzeczy widoczne i namacalne. Kwestia istnienia Boga jest dla rozumu nieosiągalna. Jednakże w ślad za takim myśleniem pojawiła się rewelacja, że skoro rozum nie pojmuje istnienia Boga tzn., że Bóg istnieć nie może. Wchodzimy, zatem w pożałowania godną zawiłość: oto liberałowie przyznają, iż nie są w stanie stwierdzić czy Bóg istnieje czy nie a z drugiej strony NA PODSTAWIE TEJŻE WŁAŚNIE NIEWIEDZY zdecydowanie negują jego istnienie.

Ewolucja. Teoria obalona – teoria aktualna.

Teoria ewolucji nigdy nie wyzwoliła się z ram teorii. Na początku była teorią wzbudzającą szok, zainteresowanie, prowokująca głębsza analizę. Potem stała się jedyną teoria, którą można było przeciwstawić katolickiej doktrynie kreacjonizmu. Na skutek zabiegów wolnomyślicieli stała się więc powszechnie przyjętą spekulacją, wykładaną w szkołach i na uniwersytetach. Na zawsze pozostała jednak teorią, nikt nigdy nie poparł tej koncepcji rzetelnymi dowodami na jej prawdziwość. Głosy wzywające do odrzucenia tak głęboko spekulatywnej teorii zaczęły się nasilać od lat siedemdziesiątych. Ostatecznie zwołana w Chicago konferencja fizyków, chemików i biologów w roku 1996 uznała, że: 1}Nigdy nie znaleziono żadnych dowodów kopalnych na istnienie tzw. form przejściowych. 2}Na Ziemi nie zachodzą takie procesy fizyczne, chemiczne bądź biologiczne, które determinowałyby tak drastyczne przemiany organizmów, doskonaląc je{mutacja nie jest doskonaleniem, lecz zwyrodnieniem}.3} Teoria Ewolucji stoi w sprzeczności do trzeciej zasady termodynamiki{ wszechświat dąży do samozagłady a nie do nieskończonego rozwoju}. W ślad za opublikowaniem wyników konferencji, szereg uniwersytetów zakazał głoszenia teorii ewolucji jako obowiązującej, sprowadzając ją do rozmiaru ciekawostki naukowej. Jako pierwszy uczynił to uniwersytet w Belgradzie. Mimo to moderniści nie potrafią się pogodzić z utrata tak ważnego bastionu w walce z nauką katolicką. Uniwersytety postępowe, kurczowo trzymają się ewolucji, w ogóle nie wchodząc w jakąkolwiek dyskusje z kreacjonistami. Pochodzenie człowieka od australopiteka zostało nie tak dawno wręcz wyśmiane przez rosyjskich antropologów. Otóż wnikliwe badania wykazały, iż australopitek nie tylko był zupełnie odrębnym gatunkiem zwierzęcia, ale był również współczesny homo habilis{również odrębnego gatunku człekokształtnego} i prawdopodobnie został przez tego ostatniego wybity na przestrzeniach afrykańskich. Tak oto oddający kult rozumowi, za wszelką cenę chcą identyfikować się z włochatym, bezrozumnym bydlęciem wbrew samej nauce.

Wolność, czyli zwierzęca swoboda.

Wolność jest możliwością czynienia dobra. To jedyna, prawidłowa definicja wolności człowieka. Wolność została dana każdemu i każdy z niej korzysta wedle swojej wolnej woli i w zgodzie lub sprzeczności ze swym sumieniem. Wolność możemy odebrać sobie jedynie my sami. Na przykład wtedy, gdy umysł staje się niewolnikiem ciała. Kiedy ludzkie słabości dyktują metody postępowania. Moderniści głoszą potrzebę wyzwolenia się z zasad katolickiej etyki. Moja wolność jest ograniczona jedynie wolnością drugiego człowieka, oto definicja ludzi, którzy nie widza nad sobą ani Boga ani związanych honorem czy godnością zobowiązań. Dla nich wolność zostaje utracona jedynie w momencie, gdy ktoś inny uniemożliwi im spełnianie zachcianek i życie według schematu, jaki sami sobie wyznaczyli. Pozostając zatem człowiekiem wolnym szukamy coraz to nowszych uciech, bo miarą takiej wolności jest zakres osiągniętych i zaznanych przyjemności. Wolność jest wszak po to by z niej korzystać. Nie trudno zauważyć, że definicja ta jest drogą do nieszczęścia i ludzkiej rozpaczy. Albowiem taka wolność zostaje zazwyczaj ograniczona nie tylko przez innych ludzi, ale przez proste, codzienne czynniki życiowe jak choćby brak pieniędzy, utrata zdrowia, niepowodzenia miłosne, brak umiejętności czy niekompetencje w ważnych dla nas sprawach. Czy więc tak naprawdę istnieją na tym świecie ludzie wolni?

Równość – człowiek ma być nijaki.

Liberalizm wnosi do życia społecznego całkowite odrzucenie hierarchizacji. I to jest największa przepaść dzieląca go od cywilizacji łacińskiej. Według modernistów wszystko, co ma dwie ręce i nogi natychmiast po urodzeniu zostaje opatrzone tak zwanymi „prawami człowieka”. Rzecz ciekawa prawa te przyznali nam ludzie, mający na rękach krew tysięcy obrońców religii i króla we Francji. Prawa te, ujęte w tak zwanej Karcie Praw Człowieka stwierdzają jednoznacznie, że dziwka stojąca pod latarnią jest warta dokładnie tyle samo, co cnotliwa kobieta, dobra matka i żona. Oraz że obydwie posiadają dokładnie te same prawa. Leżący pod sklepem pijany menel, jest człowiekiem na poziomie wybitnego erudyty i naukowca światowej sławy itd….. Liberalizm zupełnie odrzucił pojęcia takie jak :pracowitość, poświęcenie, ofiarność, patriotyzm, zdolności, kompetencje. W tym systemie wszyscy jesteśmy sprowadzeni do jednej półki.

Demokracja – każdy menel jest potencjalnym prezydentem.

Liberalizm oraz jego uwielbienie człowieka, sprowadza nas wszystkich do tej samej roli. Obywateli – robotników. Wykształcił w ciągu dwu wieków trzy systemy polityczne, wszystkie oparte na uniformizacji społecznej oraz socjalistycznej gospodarce. Komunizm, faszyzm oraz demokracje. Pierwsze dwa okazały się na tyle brutalne i agresywne w swoich metodach walki z kościołem i cywilizacją, że na skutek wojen i wysiłków narodów upadły. Demokracja pozostała. Zakamuflowana w swojej nienawiści do wszystkiego, co wybija się ponad przeciętność tłumu jest jak wilk, który przebrany za skóre owczarka opiekuje się owcami. Demokracja europejska, jak z euforią chwalą się liberałowie, powstała na gruzach monarchii Burbonów w roku 1799. O tym, że naród francuski bronił się przed nią jak tylko mógł i był za to wyrzynany setkami tysięcy{ planowa eksterminacja Lyonu, Wandei, topienie ludzi tysiącami w Loarze, palenie kościołów, gwałcenie zakonnic, codzienne rozstrzeliwania i ścięcia}demokraci nie chcą już zbyt głośno wspominać. Największym wrogiem demokracji są jednostki wybitne i charyzmatyczne. Nie da się sterować bezmyślnym motłochem tam gdzie są ludzie, którzy potrafią porwać tłumy za sobą i co gorsza wcale nie są zafascynowani demokracją. Stad wziął się socjalistyczny model wychowania, polegający na ogłupianiu dzieci od małego i tłumienia w nich wyjątkowych zdolności. Jednakowe prawa służą przede wszystkim dostępowi do wysokich stanowisk ludzi, którzy z racji swoich predyspozycji nabytych lub wrodzonych nie są w stanie niczego zmienić. Są pionkami w rękach tych, którzy kontrolują finanse, media oraz określają, co jest dobre, poprawne i słuszne a co jest terroryzmem i antysemityzmem. W Polsce idealnym demokratycznym kandydatem na prezydenta był kiwający się nad grobami bohaterów, pijany Olek. Żaden z systemów liberalnych nie jest w stanie trwać w jednym miejscu. Tak jak komunizm i faszyzm szukały sobie nowego gniazda niosąc śmierć i pożogę tak i demokracja odziana w wypróbowane już przez bolszewików hasła i pieśni o wolności i pokoju, roznosi swoją zarazę po świecie. Metody zostały udoskonalone: groźby, sankcje, morderstwa polityczne, prowokacje, zamachy stanu, finansowanie rozruchów, wyprowadzanie na ulice ogłupiałych studentów, wreszcie bombardowania osiedli i szpitali, w ramach akcji humanitarnych. Być może już w wkrótce w ramach utrwalania pokoju i stabilizacji użyte zostaną głowice nuklearne w Iranie.

Niestety epatowanie się demokratów co do doskonałości i wyjątkowości ich systemu jest nieuzasadnione albowiem tzw. europejska demokracja została wymyślona już w siódmym wieku naszej ery na Bliskim Wschodzie. Reprezentował ją bardzo sympatyczny ruch o nazwie charidżiyya{ ar. ci którzy odchodzą}. Była to część wojsk kalifa Alego, która zdradziła go i porzuciła na polu bitwy pod Siffin w 657r. Charydżyci uważali, że dostęp do stanowiska kalifa powinien mieć absolutnie każdy muzułmanin. Jeszcze przed Kartezjuszem wymyślili i wprowadzili w życie zasadę egalitaryzmu. Ale to, co najbardziej łączyło ich z demokratami to fakt, iż każdego, kto sprzeciwiał się ich jedynie słusznej ideologii mordowali razem z całą rodziną. Terenem ich działań był { o ironio} południowy Irak, który na skutek pierwszych w historii akcji humanitarnych, został wybity i wyludniony. Arabowie bardzo szybko i prawidłowo zareagowali na próbę zainstalowania demokracji w kalifacie. Charydżyci zostali doszczętnie wytrzebieni za wyjątkiem sekty ibadytów, żyjącej do dziś w Omanie.

Tak więc liberalizm dla wnikliwego obserwatora dostarcza niemal tyle samo obawy i cierpienia co powodów do kpin i szyderstwa albowiem jak pisał papież Grzegorz XVII: „Opłakiwania godnym jest widok, gdy widzi się do czego dochodzą brednie rozumu ludzkiego, skoro ktoś ulegnie nowatorstwu, i pomimo przestróg Apostoła zapragnie wiedzieć więcej aniżeli nam jest dane, gdy ufając sobie nadmiernie mniema, że można znaleźć prawdę poza Kościołem Katolickim, w którym przecież znajduje się ona w całej swej niepokalanej czystości.”{enc. Singulari Nos}

Wiecej: http://www.eioba.pl/a/1zy…e#ixzz2HZU5q7Vz

 

Koniec epoki kremówkowej

Między Kościołem a światem liberalnym właśnie skończyła się wymiana uśmiechów. Skończyła się epoka fikcyjnego rozejmu, za którym krył się niemożliwy do rozwiązania konflikt

Czy papież powinien ustąpić? Za – 14 proc., przeciw – 57 proc., nie wiem – 29 proc. Póki co to jeszcze nie głosowanie w Parlamencie Europejskim, ale sonda internetowa. Jednak umieściła ją na swojej stronie nie oszalała anarchistyczna organizacja, ale całkiem poważna gazeta — wydawany przez Springera „Die Welt”. Inne szanowane niemieckie pismo, tygodnik Der Spegel, na okładce stwierdziło, że niemiecki papież kompromituje Kościół.

To nie koniec. Ze wszystkich stron, z prasy zachodnioeuropejskiej, od żydowskich autorytetów i francuskich intelektualistów i włoskich Watykanistów, od niemieckiej kanclerz i polskiego marszałka Senatu, posypały się ataki na Benedykta XVI, a nawet wezwania do ustąpienia po tym, gdy papież zniósł ekskomunikę wobec tradycjonalistycznego Bractwa Św. Piusa X. Ataki, jakich nie pamiętają najstarsi watykaniści.

Przed ostatnie kilkadziesiąt lat, a szczególnie w czasie pontyfikatu Jana Pawła II, stosunki między Kościołem, a coraz bardziej liberalnym światem były czymś w rodzaju zawieszenia broni. Oczywiście zdarzały się zbrojne incydenty. Kościół od czasu do czasu krytykował wiele spraw, które w owym świecie mu się nie podobały, ale nie zrywał układu pokojowego. Podobnie lewicowi i liberalni intelektualiści oraz politycy – czasem krzywili się na istnienie wielkiej ponadpaństwowej instytucji, która opiera się regułom liberalizmu i demokracji, ale nie wywoływali jej otwartej wojny.

Obie strony przymykały oczy na wiele niewygodnych dla siebie spraw, które mogłyby ten kruchy układ zburzyć. Kosciół, usatysfakcjonowany milionami młodych ludzi wsłuchanych w Jana Pawła II, gotów był nie zauważać, jak płytka jest ich wiara. Choć zauważali to niektórzy obserwatorzy. – Społeczeństwo włoskie i europejskie, którego znaczna część deklaruje katolicyzm, żyje w sytuacji obłudy. Co fascynowało Papaboys (młodzież towarzyszącą JP2 w czasie jego pielgrzymek- red.) w Janie Pawle II? Zapewne sylwetka, osobowość, osobista odwaga. Bo raczej nie jego nauczanie – to słowa które przed niespełna czterma laty powiedział wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” Camillo Brezzi, historyk Kościoła, wykładowca sieneńskiego uniwersytetu i gorący zwolennik liberalizacji Kościoła. Papaboys – jak mówił Brezzi – siedzą przed oknami Pałacu Apostolskiego i śpiewają umierającemu Janowi Pawłowi II piosenki, a równocześnie „współżyją przed ślubem i używają prezerwatyw”.

Hipokryzja? Camillo Brezzi wolał słowa „zakłamanie” i „podwójność”. Podkreślał, że to sytuacja bardzo niebezpieczna. I twierdził, że doprowadził do niej pontyfikat Jana Pawła II, a jego następca będzie musiał to zmienić.

Dziś ta zmiana następuje. Zawieszenie broni zostało zerwane. Już nigdy nie będzie tak, jak za czasów Jana Pawła II. Świat liberalny mógł znosić kazania i napomnienia Karola Wojtyły wołającego o szacunek dla wartości, dla życia ludzkiego, o zawierzenie Chrystusowi. Odmówił zaakceptowania Josepha Ratzingera, gdy okazało się, że będzie nie dobrotliwym staruszkiem bezsilnie wzywającym do zachowania zasad, ale pancernym papieżem, który w obronie swoich zasad jest gotów na podjęcie konkretnych działań.

Oczywiście kłamstwem byłoby stwierdzenie, że Jan Paweł II żył w pełnej harmonii ze współczesnym światem. „Der Spiegel” wielokrotnie publikował teksty, których autorzy wyczekiwali nowego, bardziej liberalnego papieża. „La Republicca” przy każdej okazji pisała, że Jan Paweł II „wtrąca się” w sprawy rodziny, że nie akceptuje związków homoseksualnych i upiera się, aby chronić życie od narodzenia do naturalnej śmierci.

Jan Paweł II skutecznie te wyrzekania neutralizował. Dziś użylibyśmy modnego piarowskiego słowa i powiedzielibyśmy, że polski papież „przykrywał” za pomocą innych deklaracji oraz osobistych opowieści swoje przesłanie moralne. Bardzo mocno – niektórzy twierdzą, że za mocno, ryzykując katolicką tożsamość – zaangażował się w ekumenizm i dialog międzyreligijny.

Spotkaniom z protestantami i wizytom w świątyniach innych wyznań nie było końca – dzięki czemu europejskie media aż piały z zachwytu i gotowe były szybko zapominać o moralnych napomnieniach głowy Kościoła. Francuski „Le Monde” w 2001 roku podczas wizyty Jana Pawła II w Damaszku był zachwycony, że papież, aby nie urazić uczyć muzułmanów stara się unikać „znaku krzyża, który mógłby wywołać szok”. A tygodnik „Time”, żegnając Ojca Świetego w 2005 roku, nazwał go „Mistrzem ekumenizmu” – podkreślając, że Jan Paweł II nazywał Żydów „starszymi braćmi” i chwaląc za spotkania z przywódcami innych wyznań w Asyżu. Nie zapomniano także o „nadzwyczajnych przeprosinach papieża za krucjaty i inkwizycję”.

Drugą bronią, którą Jan Paweł II rozbrajał swoich przeciwników była nadzwyczajna bezpośredniość. Polski papież budził sympatię. Był showmanem. Sypał żartami i anegdotami, które zachwycały zarówno uczestników papieskich mszy jak i dziennikarzy na całym świecie. Niestety – często skutkiem takiej taktyki (nieważne, czy zamierzonej) Jana Pawła II były relacje medialne skupiające się właśnie ta tych pobocznych wątkach. Wszyscy pamiętają setki razy odtwarzane przez telewizje wspomnienia o kremówkach podczas wizyty w Wadowicach (Jan Turnau w „Gazecie” dostrzegł w nich nawet przesłanie religijne i lansował kremówkowy „sakrament uśmiechu”), a w zapomnienie poszła wygłoszona chwilę wcześniej homilia o roli Najświętszej Marii Panny w tajemnicy odkupienia.

Jan Paweł II uwodził wiernych i media – ale uwodził nie swoimi wezwaniami do ochrony życia czy rodziny, nie religijnymi rozważaniami ale właśnie owymi didaskaliami – opowieściami o mazurskich szlakach kajakowych i o wędrówkach po Tatrach. To było piękne i wzruszające. Ale niestety niewiele więcej w zostało w pamięci wiernych.

Dość spojrzeć na poświęconą polskiemu papieżowi podstronę internetową „Gazety Wyborczej” i przeczytać choć parę umieszczonych tam linków: „Mały Lolek”, „Aktor i pisarz”, „Atleta kochający góry”, „Anegdoty o Karolu Wojtyle”, „Habemus papam”, „Ukochany papież młodych”, „Kremówki i łupież”. Trudno znaleźć informację o moralnym i religijnym nauczaniu Jana Pawła II – jej rolę pełni chyba link „Najważniejsze myśli”.

Ale warto też pamiętać, że niektórych kontrowersji wobec polskiego papieża nie poznaliśmy dlatego, że je przed nami ukryto. Przeciętny polski katolik pewnie nie ma pojęcia o walce jaką Jan Paweł II stoczył z teologią wyzwolenia – społeczno religijną koncepcją szczególnie popularną w Ameryce Południowej, zakładającą włączenie się duchownych w działalność tamtejszych rewolucyjnych ruchów marksistowskich. Papież mówił o tym w 1979 roku w Meksyku i w 1983 roku w Nikaragui, zachodnie media ostro go krytykowały – w komunistycznej Polsce jednak nikomu nie zależało na opisywaniu tego konfliktu. Podobnie później, przed wstąpieniem do Unii Europejskiej, media pomijały ostry spór aksjologiczny, jaki Jan Paweł II toczył z politykami wspólnoty – choć z obu stron padały mocne słowa, do polskich mediów się one nie przebijały.

Sporą część krytyki, która mogła spaść na Jana Pawła II, przejął zresztą jego bliski współpracownik kardynał Joseph Ratzinger. W ostatnich latach pontyfikatu polskiego papieża obaj hierarchowie stworzyli parę w type dobrego i złego policjanta. Najwyraźniej było to widać, gdy opublikowano deklarację „Dominus Iesus” (przypominającą tradycyjną naukę Kościoła, że istnieje „jeden Kościół Chrystusowy, który trwa w Kościele katolickim”). „Winą” za tę deklarację obarczono Josepha Ratizgera, choć zgodę na jej publikację wydał Jan Paweł II.

Trudno jednak przeciwstawiać Ratzingera Janowi Pawłowi, skoro przez 27 lat swojego pontyfikatu to polski papież powołując kolejnych purpuratów tak ukształtował kolegium kardynalskie, że wybrało ono „pancernego kardynała” na kolejnego papieża. Trudno przypuszczać, że Jan Paweł II nie miał świadomości iż jego jego następca poprowadzi Kościół nieco inaczej, niż on sam.

Benedykt zresztą zaczął swój pontyfikat od podkreślania kontynuacji. Zapewne chodziło zarówno o zapewnienie wyważonej reakcji mediów i opinii publicznej, jak i o uspokojenie Kurii Rzymskiej. Podczas papieskiej mszy w Kaplicy Sykstyńskiej była mowa o wielkości Jana Pawła II, który „zostawił Kościół mający więcej odwagi”. O wierności ideom Soboru Watykańskiego II i o kontynuacji dialogu ekumenicznego.

Dziś te gesty można już podsumować stwierdzeniem, że Benedykt XVI jako konserwatysta nie chciał rewolucji. Zamiast gwałtownie burzyć, to co go w janopawłowym Kościele niepokoiło, przyjął metodę powolnego demontażu niebezpiecznych konstrukcji. Niby wszystko było jak wcześniej – nowy papież pisał listy do rabinów, spotykał się z innowiercami, delikatnie się uśmiechał, nie wyklinał ich i nie potępiał.

Ale na tle beztroskiego entuzjazmu czasów Jana Pawła II widać było różnice. Już podczas Światowych Dni Młodzieży w Kolonii w sierpniu 2005 odrzucił braterstwo z protestantami, rozumiane jako – jak sam to określił – „nieokreślone mgliste sentymenty”. Zastrzegł, że prowadzenie dialogu z innymi wyznaniami nie może oznaczać „obojętności wobec prawdy”. Odmieniane w ostatnich latach przez wszystkie przypadki słowa „miłość” i „miłosierdzie” uzupełnił o „prawdę” i „sprawiedliwość”.

Potem było przyjęcie na prywatnej audiencji Oriany Fallaci, słynnej włoskiej pisarki i dziennikarki, która jeszcze za życia Jana Pawła II wzywała Stolicę Apostolską do postawienia tamy ekspansji islamu i spotkanie z bp. Bernardem Fellayem, generałem Bractwa św. Piusa X.

Już wtedy świat liberalny zaczął się niepokoić. W gazetach pojawiły się nieprzychylne komentarze. Protesty wywołało przywrócenie przez Benedykta XVI mszy trydenckiej jako pełnoprawnej liturgii w Kościele. Powoli jasne się stawało, że właśnie kwestia ożywienia katolickiej tradycji, po Vaticanum II w dużej części odrzuconej i zapomnianej będzie zapalnikiem, który wywoła wojnę Kościoła ze światem liberalnym.

I rzeczywiście – casus belli stało się niedawne cofnięcie ekskomuniki wobec lefebrystów. To – dla przeciwników papieża – było ostatecznym sygnałem, że Benedykt XVI nie poprzestanie na dobrotliwym upominaniu wiernych. W cytowanym powyżej wywiadzie włoski historyk Camillo Brezzi powiedział, że następca Jana Pawła II powinien zlikwidować podwójność i zakłamanie w Kościele. – Może zmienić społeczeństwo, albo nauczanie – mówił Brezzi.

Benedykt – papież Kościoła katolickiego – chyba nie miał wątpliwości, w którą stronę iść. Zmiana nauczania nie wchodziła w rachubę. Wręcz odwrotnie – papież uznał, że owo nauczanie musi być bardziej jednoznaczna. Że przez ostatnie kilkadziesiąt lat sól – którą był Kościół – straciła smak. Na ewangeliczne pytanie, czym posolić tę sól znalazł jednak odpowiedź.

Tu chyba tkwi sekret, dlaczego papież postanowił wyciągnąć rękę do lefebrystów. Prawdopodobnie Benedykt XVI dostrzega, że Bractwo Św. Piusa X jest nadmiernie „słone” – ale postrzega to jako zaletę, bo ma nadzieję, że po wrzuceniu lefebrystów do ogromnego kościelnego kotła, cała potrawa nie będzie już tak mdła jak obecnie. Wszak kapłani lefebrystyczni i związani z nimi wierni bez dyskusji akceptują prawdy od wieków głoszone przez Kościół.

Fala krytyki, która spadła na Watykan po pojednaniu z Bractwem Św. Piusa X teoretycznie związana jest z wypowiedziami lefebrystycznego biskupa Richarda Williamsona, który podał w wątpliwość przeznaczenie komór gazowych w obozach koncentracyjnych. Fakt, że słowa te padły w wywiadzie dla telewizji szwedzkiej udzielonym parę miesięcy temu, a zostały upublicznione dopiero teraz – dokładnie wtedy, gdy w świat poszła informacja o zdjęciu ekskomuniki z czterech biskupów Bractwa skłania jednak do podejrzeń, że oskarżenie o antysemityzm jest tylko wygodnym narzędziem, którym postanowiono „uderzyć” konserwatywnego papieża. Włoski dziennik „Il Giornale” w tym kontekście napisał nawet o spisku wymierzonym w Benedykta XVI.

Wyskok lefebrystycznego hierarchy został natychmiast jednoznacznie skrytykowany przez Watykan i samego papieża. Od poglądów Williamsona odcięło się oficjalnie Bractwo Św. Piusa X, a i sam biskup przeprosił za swoją wypowiedź. Wszystko to powinno wystarczyć, aby zamknąć sprawę, ale nie wystarczyło. Wręcz odwrotnie pojawiają się wciąż nowe wypowiedzi krytykujące… papieża. Tak jakby chciano samemu Benedyktowi przypiąć łatkę antysemity.

Tak naprawdę jednak nie o antysemityzm i nie o Żydów tu chodzi (choć oni sami łatwo dali się wykorzystać w tej nagonce), ale o zdezawuowanie papieża, który odważył się przywrócić trydencką mszę i przywrócić na łono Kościoła lefebrystów. W podtekście tych decyzji Benedykta jest obawa przed podważaniem wielu posoborowych zmian (sam Ojciec Święty mówił o konieczności odczytana Vaticanum II na nowo), przed mniej bezkrytycznym podejściem do ekumenizmu i powrót Kościoła na pozycję surowego recenzenta liberalnego świata.

Oskarżenie Benedykta o tolerancję dla antysemityzmu to najmocniejszy argument jego przeciwników, ale na pewno nie jedyny i nie ostatni. Teraz czeka nas seria kolejnych działań mających osłabić papieża, wprowadzić niepokój w Kościele. Już zaczęło się wyszukiwanie i nagłaśnianie wypowiedzi ludzi Kościoła, krytykujących decyzję Benedykta w sprawie lefebrystów.

Nie warto nawet wymieniać nazwisk polityków, działaczy społecznych oraz mniej i bardziej znanych teologów – ale trzeba zaznaczyć, że w antypapieskiej krucjacie wzięło już udział kilku niemieckich i austriackich hierarchów, m.in. kardynał Karl Lehmann („to katastrofa”), abp Werner Thissen („to zła decyzja”, „ucierpiał dialog ekumeniczny”), bp Gebhard Fuerst („Kościołowi grozi utrata wiarygodności”), abp Christoph Schoenborn (współpracownicy papieża nie ocenili całej tej sprawy z należytą uwagą”).

W ten sposób buduje się front wewnątrzkościelnych przeciwników papieża. Będzie on używany z jednej strony do nacisków na Benedykta, z drugiej do pokazywania, że w Kościele obok tego złego, są też dobrzy hierarchowie, księża, szeregowi katolicy.

Co czeka nas jeszcze w najbliższym czasie? Oczywiście przeciwstawianie Benedykta XVI jego poprzednikowi i oskarżanie obecnego papieża, że zaprzepaszcza dorobek Vaticanum II. Media w Niemczech zaczęły już rozważać, czy tamtejszy Kościół nie odłączy się od Rzymu. A i w Polsce w tekstach niektórych publicystów pojawiły się zawoalowane sugestie, że Kościół soborowy, wychowany na Janie Pawle II, odejdzie od Kościoła katolickiego, jeśli papież nie zmieni swojej konserwatywnej linii.

Jaki jest cel tych wszystkich działań? Oczywiście nikt nie liczy na to, że zbierze się konklawe i zdetronizuje Benedykta – bo jest to niemożliwe. Na razie chodzi raczej o zastraszenie, o zmuszenie papieża aby wycofał się z rehabilitacji Bractwa Św. Piusa X.

Czy Benedykt XVI ulegnie tym naciskom? Czy przestraszy się i wycofa? Odpowiedź dał sam papież. Zaledwie w parę dni, po tym, gdy podniósł się krzyk w sprawie zdjęcia ekskomuniki lefebrystów, papież powołał księdza Gerharda Marię Wagnera na nowego biskupa pomocniczego austriackiej diecezji Linz.

Wagner nie jest ulubieńcem mediów. Wręcz odwrotnie. Pamięta się mu i wypomina do dziś, że wyraził obawy, czy książki o Harrym Poterze nie mogą prowadzić młodych ludzi do satanizmu i, a po huraganie Katrina (który zniszczył m.in. pięć klinik aborcyjnych i nocne kluby w Nowym Orleanie) zadawał pytanie czy katastrofy naturalne nie bywają konsekwencją duchowego zniszczenia.

Jeśli Benedykt wciąż będzie równie konsekwentny, to o czasach „kremówkowych sakramentów” możemy zapomnieć. Między Kościołem, a światem liberalnym właśnie skończyła się wymiana uśmiechów. Skończyła się epoka fikcyjnego rozejmu, za którym krył się niemożliwy do rozwiązania konflikt. Czas już, aby obie strony spojrzały na siebie poważnie.

http://www.rp.pl/artykul/…wkowej.html?p=1

 

 

Nie modernizmowi i liberalizmowi w Świętym Kościele Katolickim

Kościół musi podnieść rękawicę
ks. Grzegorz Śniadoch 15-03-2013, ostatnia aktualizacja 15-03-2013 09:58

Nie możemy iść na kompromisy z liberalnym światem. Co innego dostosowywać środki 
do warunków: samochód papieża może być nowoczesny, Magisterium – nie

Przed nowym następcą św. Piotra stoją różne, mocno już nabrzmiałe, problemy. Pierwszym jest nieunikniona konfrontacja z wojującym ateizmem i de facto wspierającym go liberalnym chrześcijaństwem. Widać dziś wyraźnie, jak świat spycha nas i ustawia pod ścianą. Doszliśmy do momentu, gdy dalej już nie możemy się cofnąć bez zdrady katolickiego Magisterium.

Konfrontacja 
ze złem

I choć Kościół ze swej natury nie jest stroną atakującą (jest najwyżej ekspansywny poprzez ewangelizację), to gdy agresywny świat zaczyna z nami otwarcie walczyć, zmusza nas do konfrontacji. Nie mam pewności, jak będzie postępował nowy papież, ale mam nadzieję, że podniesie tę rzuconą rękawicę. Choć oczywiście trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że jeśli Kościół powróci do klarownego języka, przestanie owijać swoje przesłanie w bawełnę, to spotka się z furią liberalnego świata.

Jeśli jednak uda się zdyscyplinować kościelne szeregi, które się niestety mocno rozluźniły, to na czekający nas pontyfikat spojrzę z optymizmem. Pamiętajmy, że bez dyscypliny armią nie da się sprawnie dowodzić.

Kolejne wyzwania to zmierzenie się z doskonale zorganizowaną homoseksualną rewolucją, niszczącą resztki tradycyjnych społeczeństw, a także z agresywnym islamem i problemami demograficznymi. Benedykt XVI próbował się mierzyć z tymi kwestiami, ale nie był on typem wodza. A to takiego papieża dzisiejszy Kościół potrzebuje.

Nie przypadkiem używam takich pojęć jak konfrontacja, armia czy wódz. Sam Benedykt XVI przy okazji swoich 85. urodzin przypomniał pojęcie Ecclesia Militans, czyli Kościoła Wojującego, bo potrzeba walki z coraz lepiej zorganizowanym złem jest bardzo aktualna. Dlatego abdykację Benedykta XVI można rozumieć jako przekazanie władzy komuś, kto będzie miał siłę ująć ster łodzi Piotrowej zdecydowanie mocniej, kto lepiej skonsoliduje świat katolicki, porządniej go zorganizuje.

Św. Franciszek krzyżowiec

Laicki świat będzie oczekiwał, aby nowy papież poszedł za błędnym obrazem św. Franciszka z Asyżu i najlepiej sprzedał pałac watykański, a pieniądze rozdał biednym. „Dzisiejszy” święty Franciszek to bowiem patron ekologów, animalsów, pacyfistów, ekumenistów (tych w duchu Asyżu).

Tymczasem święty Franciszek jest najbardziej reprezentatywnym i ortodoksyjnym wytworem Kościoła czasu wypraw krzyżowych. Nie był prekursorem teologii wyzwolenia ani nie był heroldem chrześcijaństwa przesłodzonego, uproszczonego, ekologiczno-pacyfistycznego, ani kimś ciągle uśmiechniętym, wiejskim prostaczkiem rozmawiającym z ptakami i zawierającym przyjaźń z wilkami.

W rzeczywistości on poszedł z V wyprawą krzyżową nawracać muzułmanów swoim przykładem, słowem i bezkompromisowym oddaniem Chrystusowi. Takiej postawy oczekują prawowierni katolicy.

Niezmienna Prawda

Kościół nie może iść na kompromisy z liberalnym światem. Głos Kościoła to z natury głos Pana Boga, więc nie może dostosowywać się do świata. Co innego dostosowywać środki do warunków: samochód papieża może być nowoczesny, ale nie Magisterium. Ono jest niezmienne, tak jak i niezmienna jest natura człowieka.

Co prawda w czasach Soboru Watykańskiego II młody Joseph Ratzinger optymistycznie traktował zmiany w podejściu Kościoła do świata. Później jednak Benedykt XVI zbliżył się do myśli św. Jana Ewangelisty. A ta była teologią konfrontacji ze światem, bo my – Kościół – nie jesteśmy z tego świata, ale niesiemy w ten świat pochodnię prawdy.

Wspólnoty katolickiej nie konsolidowały idee liberalne, które są coraz bardziej rewolucyjne. Scala ją Prawda wyrażona w Tradycji i pewna konserwatywność formy, która jest środkiem do przekazywania treści. Jeżeli rewolucyjnie zmieniamy formę, zmienia się także treść. Traci na tym przekaz Prawdy. Widać to doskonale np. w liturgii, dlatego cieszę się, że Benedykt XVI, przywracając znaczenie – nigdy przecież nie zakazanemu – rytowi rzymskiemu, przypomniał zarazem całą teologię, którą on ze sobą niesie.

Chodzi o wiele kwestii: czym jest Kościół, kim są kapłani, a kim wierni, kim są poganie etc. Powrót liturgii rzymskiej poruszył szereg tych tematów, o których przez wiele lat nawet nie wspominano. Dlatego protestowali Żydzi i cały świat liberalny. Tak samo było po deklaracji „Dominus Iesus”, która podkreślała moc zbawczą jedynego Kościoła katolickiego.

To fakt, myśl soborowa była teologią optymizmu. 50 lat temu wydawało się, że po tak wielkiej rzezi, jaką była II wojna, świat dojrzał i podobne tragedie nigdy już się nie powtórzą.

Przywrócić 
dawny kształt

Dlatego Sobór Watykański II chciał odejść od konfrontacji. Ale świat w ogóle się nie zmienił, a „cywilizacja śmierci” rozwija się w najlepsze. Kościół zaś, dostosowując się do świata, stracił wyrazistość. Jeśli sól traci smak, to do czego i komu się przyda? Zostanie wyrzucona i podeptana przez ludzi. Dzisiaj to właśnie dzieje się z Kościołem – depczą nas i plują na nas, nie można dalej udawać i mówić, że deszcz pada.

Do św. Franciszka Pan powiedział: „Franciszku, odbuduj mój Kościół”. „Odbudować” to znaczy przywrócić mu dawny kształt. Nie chodzi więc o „wybudowanie” nowego liberalnego i kompromisowego chrześcijaństwa, ale „odbudowanie” dawnego bezkompromisowego, ofiarnego i wiernego Ewangelii Kościoła. Takie zadanie będzie stało przed nowym papieżem.

—not. puo

ks. Grzegorz Śniadoch jest kapłanem Instytutu Dobrego Pasterza, założonego przez pięciu byłych lefebrystów, którzy podporządkowali się Watykanowi

 

GROŹNA SEKTA HARE KRYSZNA

Hare Kryszna został uznany przez Parlament Europejski rezolucją z dn.2 kwietnia 1984 roku za szczególnie groźny i zakazany w wielu krajach z powodu działalności sprzecznej z prawem, a u nas w ponoć katolickim kraju ma się wyśmienicie ?

Hare Kryszna udowodniono wiele przestępstw, takich jak handel bronią, narkotykami, zabójstwa w łonie samej sekty, pranie brudnych pieniędzy, przemyt i wiele innych machlojek.

Niebezpieczną sektą jest egzotyczny Ruch Hare Kryszna. Założony w latach 60. przez Bhaktivedanta Swami Prabhupada w USA, ruch ma charakter synkretyczny, choć dominuje w nim jednoznacznie myśl hinduistyczna z charakterystycznym dla niej politeizmem. Członkowie Ruchu przestrzegają wielu reguł, wśród których cztery są podstawowe:

– zakaz wszelkiego rodzaju rozmów nie wiążących się z rozwijaniem świadomości Kryszny, jak również wszelkich rozrywek, a zwłaszcza gier hazardowych,

– bezwzględny zakaz konsumowania jakichkolwiek używek obejmujący prócz alkoholu, tytoniu i narkotyków również herbatę i kawę,

– zakaz odbywania nie zatwierdzonych przez przewodnika duchowego stosunków płciowych. Chętnym parom małżeńskim mistrz duchowy udziela zgody, określając jednocześnie część miesiąca, w której zbliżenie ma się odbyć. Sam akt winien być poprzedzony praktykami religijno-medytacyjnymi,

– wyznawcom zaleca się wegetarianizm. Dieta członków sekty składa się niemal wyłącznie ze zbóż, kasz, kiełków, orzechów, owoców oraz mleka i jego przetworów.

Na Zachodzie głośna była afera w Hare Kryszna, kiedy doszło do konfliktu między przywódcami tego ruchu. Chodziło o pieniądze. Potężne finansowe imperium, stworzone kosztem wyznawców było zbyt łakomym kąskiem, aby nie wzbudziło zazdrości podwładnych guru Kirtananda Swami Bhaktipady. Gdy do wewnętrznej kłótni przywódców ruchu włączyła się policja, na światło dzienne wyszły poważne przestępstwa. W głównej siedzibie ruchu New Vrindaban popełniono przynajmniej dwa morderstwa.

http://webcache.googleuse…l&ct=clnk&gl=pl

*********************************************************

List – świadectwo byłego wyznawcy Międzynarodowego Towarzystwa Świadomości Kryszny

9 października 2000 roku

Kilka lat temu przez dłuższy czas praktykowałem bhakti-yogę (ok. czterech lat). Stopniowo poznając filozofię i strukturę Ruchu Hare Kryszna, a także intensywnie praktykując medytacje z mantrą doszczętnie wypaliłem się, poczułem się zagubiony i sfrustrowany…

List ten piszę, ponieważ chciałbym Ciebie przestrzec przed ułudą i kłamstwem oraz brakiem logiki w „literaturze wedyjskiej” Bhaktivedanty Swamiego z jego komentarzami. Słowa Swamiego, zawarte w jego książkach, uczą jak gardzić ludźmi, obrażają osiągnięcia kultury i cywilizacji ludzkiej, wyszydzają postęp naukowy i w subtelny sposób podsycają nienawiść do wszystkich ludzi myślących inaczej, niż wynika to z jego „nauk”.

Pozwolę sobie przybliżyć prawdziwą historię Indii, nie sfałszowaną przez Prabhupadę, o której możesz nic nie wiedzieć. Czytając książkę INDIE1 z osłupieniem dowiedziałem się iż okres wedyjski, to okres Powstania hymnów Rygwedy datowany na 1500 – 900 p. n. e., a nie jak to opisał „wielki znawca” kultury wedyjskiej Prabhupada, który czasy spisania wed określa na 5000 lat temu2. „Całkowity brak w Rygwedzie jakichkolwiek wyrazów związanych z czynnością pisania – pomimo wielkich rozmiarów księgi i licznych kontekstów, w których można by się takich wyrazów spodziewać – jest niemal pewnym dowodem, że Ariowie nie znali pisma3”. Cytat ten opisuje nam, iż kultura Ariów była cywilizacją bardzo zacofaną nie znającą pisma4 i dziwi mnie fakt, że „wielki” nauczyciel Praubhada zafałszowywał dane na temat cywilizacji Ariów. Zacofani Ariowie „byli ludem wojowników i hodowców, zorganizowanym raczej w plemiona niż w królestwa”5 . (…)”W każdym razie jest niewątpliwe, że zarówno woły, jak i krowy zabijano na pożywienie” . (…) Rytualne zabójstwo zwierząt usprawiedliwiała doktryna głosząca, iż dusza ofiary szła prosto do nieba (…) Najchętniej wybierano na ofiary bawoły, kozy, owce i koguty. Praktykowano również ofiary z ludzi (…) Ostatni obrzęd sati [akt samobójstwa wdów – przyp. mój] był również, w pewnym sensie, ofiarą ludzką”. Przedstawiony we wspomnianej wyżej książce, napisanej przez wybitnego badacza – indologa, obraz kultury wedyjskiej, przeczy wyidealizowanemu i zakłamanemu wyobrażeniu cywilizacji wedyjskiej, propagowanemu przez ISKCON jako idealne społeczeństwo ekologiczne, oparte na wegetarianizmie i naukowych zasadach współżycia z przyrodą.

Dopiero znacznie później, w czasach braminizmu , pewna niewielka część społeczeństwa miała zakazane spożywanie mięsa, jaj i cebuli oraz czosnku. Tymi, którzy musieli tych zasad przestrzegać byli bramini (najwyższa kasta ). Wbrew głoszonym na zewnątrz opiniom, ruch Hare Kryszna nie odżegnuje się od systemu kastowe-go, a wręcz lansuje taki system kast – aśramów w ruchu.

Praktyki Ruchu Kryszny przeczą oryginalnym tekstom smriti mówiącym: ” Według kryteriów idealnych nauczyciel nie powinien żądać żadnej zapłaty; uczeń miał mu się odwdzięczyć wyrazami czci i gotowości do usług – dopiero u kresu studiów miał złożyć mu dar, którym zazwyczaj była krowa. Księga Manu jednak zupełnie wyraźnie daje nam do zrozumienia, że byli również nauczyciele sprzedajni, którzy nie wahali się uczyć Wed za pieniądze ” . Cytat ten przeczy nakazanemu przez ISKCON obowiązkowi (dotyczącemu nawet nieletnich) zbierania czy nawet żebrania datków dla mistrzów duchowych, którzy okazują się być wspomnianymi w Księdze Manu, ” nauczycielami sprzedajnymi „. Jako dowód przytaczam istotne fragmenty listu ze świątyni ISKCON-u w Gdańsku do pewnej nieletniej osoby XX (ze zrozumiałych względów nie wymieniam nawet jej inicjałów): ” Sam Suhotra Macharaja częstokroć krytykuje postawę ucznia zwaną „uczeń dandavad”, która polega na wyłącznym składaniu pokłonów przed obrazkiem, a gdy przychodzi do wykonania rzeczywistej służby dla Guru, uczeń taki bezradnie rozkłada ręce. Jaki jest pożytek z takiej osoby, która tylko je i składa pokłony? (…) Szczególnie osoby będące brahmacarinami (lub brahmacarinkami) zobowiązane są do zbierania (Śrimad Bha-gavatam mówi nawet o żebraniu) datków dla swojego mistrza duchowego.”

Niezwykle poniżające jest przedstawianie w ISKCON-ie osiągnięć ludzkości w nauce i technice. Nawet epokowe odkrycie wielkiego uczonego Mikołaja Kopernika uważane jest za błędne. Według nauk Prabhupady np. Ziemia jest płaska, a zaćmienie księżyca powodowane jest przez atak „demona Rahu” , a nie, jak to opisał już Kopernik , przez przesłonięcie Księżyca cieniem Ziemi. Prabhupada przekłamywał także oryginalne znaczenie wyrazów sanskryckich, przypisując im zupełnie odmienne znaczenie. Przykładowo oryginalny sanskrycki wyraz: kryszna znaczy: czarny, ciemny, zaś wg Prabhupady: wszechatrakcyjny.

Sama Bhagawadgita w interpretacji Prabhupady też pełna jest niedorzeczności. W Bhagavadgicie można znaleźć pełne usprawiedliwienie dla grzesznych działań wielbicieli Kryszny, którzy mimo tego mają być uważane za „osoby święte”. Np. tekst 9.30 Prabhupada komentuje następująco: „(…) znaczenie tego jest takie, że nawet jeśli zdarzy się, że osoba w pełni zaangażowana w służbę oddania dla Pana popełnia jakieś ohydne czyny, to czyny te należy uważać za podobne plamom na księżycu przypominającym ślad zająca. Takie plamy nie są prze-szkodą dla światła księżycowego (…).”

Uważam, że żadna rozsądna osoba nie zaakceptuje takich nauk. Ci natomiast, którzy takie nauki przyjęli, zaakceptowali zło. Owe ohydne czyny są udziałem nie tylko szeregowych wyznawców Kryszny, ale także mistrzów duchowych ruchu Hare Kryszna, czemu chciałbym poświęcić nieco więcej uwagi. Te czyny są zapisane w dokumentach sądowych i opracowaniach, o których w ruchu zachowuje się milczenie – jako temat tabu. Na-suwa mi się pytanie: Dlaczego ISKCON dla początkujących wyznawców i przed ogółem społeczeństwa, politykami, ludźmi nauki i kultury, fakty te ukrywa i zafałszowuje dane o ruchu? Jeszcze za życia Prabhupady zaczęły się mnożyć procesy przeciwko ośrodkom ruchu Hare Kryszna. Jedną z najbardziej komentowanych w USA stała się sprawa Susan Murphy, która w wieku 13 lat została wciągnięta do ruchu, a później za zgodą bostońskiego przywódcy świątyni uciekła z 19-letnim krysznaitą na Hawaje. Po powrocie Susan do domu, jej matka Mary Murphy w 1974 roku oskarżyła bostoński oddział ISKCON-u. o: bezprawne przetrzymywanie córki, przemoc seksualną i zmuszanie jej do pracy (wbrew obowiązującym przepisom zabraniającym zatrudniania nieletnich) . Susan zeznała, że wysyłający ją na kwestę, polecali jej aby mówiła, że zbiera na rehabilitację narkomanów, uniwersytet i inne cele, które nigdy nie były realizowane. W wieku 20 lat sama zasądziła ISKCON na sumę 1 miliona dolarów, potwierdzając wcześniejsze zarzuty, m.in. wykorzystywanie seksualne . W 1977 roku Marcia George i jej córka Robin wytoczyły nie mniej sławny proces ISKCON-owi w Kalifornii, zarzucając jego członkom skłonienie 14-letniej dziewczynki do ucieczki z domu i przetrzymywanie jej wbrew woli i bez zgody rodziców w różnych ośrodkach ruchu w Kanadzie i na terenie USA .

Wiele kontrowersyjnych spraw, w które był zamieszany ruch Hare Kryszna najprawdopodobniej nie wynikło z bezpośredniej inicjatywy Prabhupady. Jednak miały one miejsce za jego aprobatą. Już w 1973 roku kilku krysznaitów doniosło na policję o olbrzymich, międzynarodowych transakcjach przemytniczych, przeprowadzanych za zgodą Prabhupady. Dopiero 22 października 1977 roku, gdy kalifornijskiej policji w Orange County udało się zapobiec pewnej operacji przemytu narkotyków, doniesienia sprzed kilku lat nabrały większego znaczenia. Okazało się bowiem, że niejaki Alexander Kulik, złapany z azjatycką heroiną, wartą ponad 1 milion dolarów, był pomocnikiem Prabhupady i przez okres 7 lat – jego osobistym, często podróżującym po świecie, sponsorem. Kulik i sześciu innych krysznaitów zostali oskarżeni o współudział w morderstwie (zlecenie zabójstwa płatnym mordercom), rywalizującego z nimi, innego dealera narkotyków – Stevena Bovana oraz o przemyt heroiny. Kulik zeznał, że dostarczył Prabhupadzie ponad 2 miliony dolarów, które – jak ustalono podczas procesu – pochodziły z handlu heroiną i innym zabronionym towarem. Rzecznik ISKCON-u oświadczył, że wszyscy zamieszani w tą aferę są byłymi członkami ruchu „Hare Kryszna”, z którymi ruch obecnie nie ma nic wspólnego. Jednak podczas procesu wyszło na jaw, że oskarżeni na 9 miesięcy przed aresztowaniem, otrzymali list od Prabhupady, w którym guru gratulował im założenia „Prasadam Distributing” („Prasadam Distributing” – fabryka spożywcza ISKCON-u, została oskarżona przez agentów federalnych o „pranie brudnych pieniędzy”, pochodzących z handlu narkotykami ) oraz poradził: „Tam nie ma potrzeby angażować się w nic nieuczciwego. Kryszna otrzymał wystarczającą ilość pieniędzy – teraz zarabiajcie uczciwymi środkami” . Niestety Prabhupada nie mógł już zeznawać, ponieważ umarł przed rozpoczęciem procesu. Oskarżeni, ostatecznie przyznali się do stawianych im zarzutów i zostali skazani.

Kilka miesięcy później wybuchła następna afera narkotykowa, w której uczestniczyli członkowie ruchu „Hare Kryszna”. Siedmiu, spośród jedenastu zatrzymanych mężczyzn (uczestniczących w przemycie z Pakistanu haszyszu o wartości wielu milionów dolarów), było aktualnymi lub byłymi członkami ISKCON-u. Jednym z nich okazał się być były prezydent świątyni w Laguna Beach – Rsvadera Dasa Adhikary (Roy Christopher Richard). ISKCON tradycyjnie zaprzeczył jakimkolwiek swoim powiązaniom z zatrzymanymi, pomimo tego, że Rsvadera mieszkał w świątyni w trakcie składania zeznań podczas pierwszej fazy procesu.

W 1979 roku, na skutek doniesień na członków ruchu Kryszny, którzy podczas zbierania ulicznych datków, podawali się za reprezentantów Kościoła katolickiego, sędzia Robert L. Weil w Los Angeles zabronił organizacji jakiejkolwiek działalności na terenie międzynarodowego lotniska w jego mieście. Wzorując się na tej decyzji, administracje innych lotnisk w głównych miastach USA również podjęły próby wydalenia agresywnych członków ISKCON-u poza granice swoich obiektów.

Prabhupada zdawał sobie sprawę, że jego uczniowie uciekają się do nieuczciwych metod zdobywania pieniędzy – jednakże nie podjął żadnych kroków aby to zmienić. Zdobył się nawet na słowa uznania dla swoich wyznawców, o których wiedział, że zrealizowali jego plany posługując się środkami niezgodnymi z prawem.

Według relacji ISKCON-u, Prabhupada tuż przed swoją śmiercią, dokonawszy ostatecznego wyboru członków GBC, stwierdził: „Wybieramy najbardziej odpowiednich ludzi, tak aby nie trzeba było ich zmieniać” . Tymczasem już w 1991 roku, spośród jedenastu, wyznaczonych przez Prabhupadę, guru – ośmiu opuściło swoje „stanowiska”, w tym: sześciu (Bhaktipada, Hansadutta, Jayatirtha, Bhagavan,Vishnupad, Ramesvara) zostało z ruchu wykluczonych !

Bhaktipada (Kirtanananda) czyli Keit Ham, ulubiony uczeń Prabhupady, którego guru w wieku 29 lat uczynił pierwszym sannyasinem na Zachodzie, w 1991 roku został skazany na 90 lat pozbawienia wolności i ponad 76 milionów dolarów grzywny. Udowodniono mu 6 oszustw gospodarczych i współudział w dwóch morderstwach . Kirtanananda zaprzeczył postawionym mu zarzutom i skomentował fakt swojego uwięzienia jako wynik nietolerancji religijnej . Uzasadniony niepokój budzi fakt, że Bhaktipada został wydalony z ISKCON-u z powodu niestosowania się do religijnych zasad towarzystwa dopiero w 1987 roku – po nagłośnieniu całej sprawy – podczas gdy pierwsze morderstwo zostało popełnione w 1983 a następne w 1986 roku. Obawę przed uznaniem wiarygodności jakiegokolwiek guru z GBC dodatkowo uzasadnia relacja Lotty Danielson, byłej członkini Ruchu Świadomości Kryszny: „Wisznupada bardzo dobrze wyrażał się o Bhaktipadzie. W jakiś czas później Bhaktipada został wykluczony z ruchu. Bez wyjaśnienia. Wszyscy wiedzieli, że to jedna z tych spraw, o które nie wolno było pytać”.

W 1976 roku – czyli na rok przed śmiercią Prabhupady – policja w Zachodnich Niemczech aresztowała ówczesnego guru ISKCON-u na Europę – Hansaduttę (Hansa Kary’ego) i 13 innych wielbicieli Kryszny pod zarzutem m.in. nielegalnego posiadania pokaźnego zapasu broni (rewolwerów, karabinów i amunicji), uprowadzenia dziecka, uchylania się od płacenia podatków oraz fałszerstwa paszportów. W 1980 roku, Hansadutta, odpowiedzialny z ramienia ISKCON-u za Zachodnie Wybrzeże Pacyfiku i południowo-wschodnią Azję, został ponownie aresztowany, tym razem przez policję kalifornijską, w związku z użytkowaniem nielegalnie sprowadzonego mercedesa oraz posiadaniem, także nielegalnym, karabinów, broni maszynowej, dwu naładowanych pistoletów i amunicji . W 1984 roku Hansa Kary’ego jeszcze raz zatrzymała policja – za strzelanie na oślep do okien sklepowych na University Avenue w Berkeley. Potem znalazł się na oddziale dla narkomanów w Klinice Medycznej w Haight Ashbury. Hansaduttę, nie uwzględniając jednorocznego zawieszenia w prawach członka GBC za ekscesy seksualne w świątyni w Berkeley , wykluczono z ISKCON-u dopiero w 1985 roku !

Jayatirtha (James Immel), kierujący ISKCON-em w Wielkiej Brytanii, przez 3 lata zażywał LSD. Lotta Danielson poświadczyła, że „GBC wiedziało o tym, lecz dopiero wtedy, gdy było to wyraźnie widoczne, przestał być guru i został wykluczony z ruchu”.

Po śmierci Jayartirthy, guru europejskich wyznawców, kierującym zarazem uczniami na terenie Wielkiej Brytanii, został Bhagavan (William Ehrilchman). Używał wyłącznie złotych talerzy i kubków, mył się w łazience ze złotymi kurkami, obwożono go po całej Europie w specjalnie dla niego skonstruowanym mercedesie . W 1986 roku opuścił ISKCON zabierając z sobą wiele milionów dolarów .

Vishnupad (Charles Baces) – guru wielbicieli Kryszny w Australii został wykluczony za homoseksualizm oraz za sprawowanie obowiązków guru, pomimo zawieszenia w czynno-ściach mistrza duchowego .

Ramesvara (Robert Grant) z Los Angeles kierował korporacją wydawniczą „The Bhaktivedanta Book Trust” (BBT). Usunięto go z ISKCON-u nie tyle za wykorzystywanie 14-letniej dziewczynki co za złe traktowanie personelu i nieumiejętne zarządzanie firmą.

Kiedy dotarłem do tych wszystkich danych na temat ISKCON-u i porównałem z wieloma przestrogami z Biblii przed angażowaniem się w ruchy pseudoreligijne: np. Mat.7,15-20: „(…) Tak każde dobre drzewo wydaje dobre owoce, ale złe drzewo wydaje złe owoce. Nie może dobre drzewo rodzić złych owoców, ani złe drzewo rodzić dobrych owoców. (…) Tak więc po owocach poznacie ich”, ujrzałem prawdziwe oblicze Międzynarodowego Towarzystwa Świadomości Kryszny.

Na tym wypada mi zakończyć temat patologii w łonie społeczności ISKCON-u, ponieważ mógłbym go kontynuować na wielu jeszcze stronach mojego listu. Nie narzekając na brak zajęć nie podejmuję się zadania opisania wszystkich sprzeczności i dezinformacji w obrębie ruchu Hare Kryszna. Natomiast przestrzegam Ciebie przed zbył głębokim angażowaniem się w bhaki-yogę, gdyż uważam że fanatyzm jest gorszy od faszyzmu. A właśnie życie wyznawców ruchu Kryszny w całości jest przepełnione fanatyzmem.

Sam ISKCON przez tak krótki czas swojego istnienia (od 1966 r.) dopuścił się wielu przestępstw i wypaczeń, a także wielu porządnym ludziom zabrał sporo czasu na poświęcanie się zbędnym czynnościom i akceptowanie wiary w niedorzeczności. Proszę o ustosunkowanie się do tego listu.

Z pozdrowieniami

*********************************************************

Sekta Hare Kryszna
Posąg A.C. Bhaktivedanta Swami Prabhupada

Od 1989 roku notuje się w Polsce szybko wzrastającą liczbę sekt. W chwili obecnej mówi się wręcz o zalewie nowych ruchów religijnych, określając ich liczbę na około 300, a liczbę osób znajdujących się pod ich wpływem na około 50 tysięcy.

Ta fala sekt nie ominęła Białegostoku i naszego regionu. Oprócz świadków Jehowy, którzy już od dawna działają na naszym terenie, pojawiły się sekty o duchowości Dalekiego Wschodu. Należą do nich: ruch Hare Kryszna, sekta Sai Baby. Z innych ruchów wymienić należy Wiarę Bahai w Polsce i satanistów. Oprócz tego w Białymstoku i Suwałkach działają prawdopodobnie członkowie Towarzystwa Centrum Odnowy Ludzi i Ziemi Antrovis (patrz „Kurier Poranny” 1996 nr 16). Spróbujemy krótko scharakteryzować poszczególne sekty, by uświadomić ich szkodliwość i przestrzec przed wchodzeniem w kontakt z tymi grupami.

Dziś omówiony zostanie ruch Hare Kryszna. W naszym regionie istnieją dwa jego ośrodki: w Białymstoku i Augustowie. Hare Kryszna jest sektą, która bazując na hinduizmie stanowi w rezultacie przedłużenie ideologii New Age. Jej pełna nazwa brzmi: Międzynarodowe Towarzystwo Świadomości Kryszny. Zostało ono założone w 1965 roku przez Swami Prabhupada w celu szerzenia na Zachodzie Świadomości Kryszny. W Polsce sektę tę zalegalizowano 22 marca 1988 roku.

Czym jest „świadomość Kryszny”? Należy ją rozumieć jako nadświadomość utożsamianą z boską świadomością. Osiąga się ją przez medytację i powtarzanie mantr. Znaną mantrę „Hare Kryszna, Hare Rama…” należy powtórzyć w ciągu dnia 1728 razy. Tego typu praktyki prowadzą do niebezpiecznych zmian w świadomości. Dodać do tego należy silną indoktrynację, która w połączeniu z izolacją sprawia, iż adepci stają się ludźmi bardzo zmienionymi. Praktyki te stosowane przez dłuższy czas prowadzą do wewnętrznej pustki, depresji, a nawet licznych samobójstw. Zainteresowanych odsyłamy do niedawno wydanej książki-świadectwa Lotty Danielson „Droga do nikąd. (Hare Kriszna)”.

Adepci Hare Kryszna niewiele udzielają się społecznie poza rozdawaniem tanich wegetariańskich posiłków (wcześniej poświęconych Krysznie). Trzeba wiedzieć, że rozdawanie posiłków jest forma reklamy, metodą werbunkową i świadomym, choć ukrywanym, wprowadzeniem ludzi na przedpola inicjacji religijnej. Taka inicjacja dla chrześcijanina jest niedopuszczalna jako oddawanie czci bożkom i odstępstwo od zasad naszej wiary (por. I Kor 8).

Na zakończenie jeszcze jedna bardzo istotna uwaga. Ruch Hare Kryszna został uznany przez Parlament Europejski rezolucją z dn.2 kwietnia 1984 roku za szczególnie groźny i zakazany w wielu krajach z powodu działalności sprzecznej z prawem.

Udowodniono mu wiele przestępstw, takich jak handel bronią, narkotykami, zabójstwa w łonie samej sekty.

Joanna Jarzębińska
Sprostowanie

Szanowni Państwo,

W związku z ukazaniem się w majowym numerze Biuletynu artykułu autorstwa p. Joanny Jarzębińskiej pt. „Hare Kryszna – sekty w naszym regionie” proszę o opublikowanie niniejszego listu jako sprostowania.

Rażące jest konsekwentne użycie w tekście obraźliwego słowa „sekta” w odniesieniu do naszego związku wyznaniowego. Słowo to użyte jest tu w sprzeczności z podstawowym, słownikowym znaczeniem (sekta – grupa religijna, która odłączyła się od wyznania macierzystego). Ruch Hare Kryszna jest tak w Indiach jak i przez religioznawców na Zachodzie uznawany za autentycznego reprezentanta gaudija wisznuizmu, jednego z głównych monoteistycznych nurtów religii indyjskiej, zwanej jako hinduizm.

Wbrew temu, co pisze autorka, świadomość Kryszny nie oznacza „utożsamienia się z boską świadomością”, co sugerowałoby jakąś formę monizmu. Filozofia świadomości Kryszny, opierająca się na starożytnych pismach świętych Indii, konsekwentnie odrzuca ideę wtopienia się w bezosobowy blask Boga, na rzecz nawiązania z Nim osobowego związku. Związek ten wynika z miłości i zakłada wieczne istnienie zarówno Boga jak i Jego wielbiciela. W przeciwieństwie do monizmu Sankary, świadomość Kryszny rozumie wyzwolenie (zbawienie) jako przywrócenie utraconego związku z Bogiem. W związku z tym zachowana zostaje indywidualność i tożsamość wielbiciela.

W artykule wspomniany jest negatywny wpływ praktyk świadomości Kryszny na psychikę uczestników Ruchu. O ile autorka artykułu nie przedstawi naukowych opracowań potwierdzających tę opinię będziemy musieli potraktować ten fragment jako pomówienie. Tym bardziej, że wszystkie znane nam badania, prowadzone na całym świecie od prawie 30 lat, zaprzeczają temu twierdzeniu. Prosimy więc o udowodnienie tej opinii bądź przeproszenie czytelników Biuletynu za wprowadzenie ich w błąd.

Za obiektywne świadectwo w tej i innych kwestiach poruszonych w artykule nie można uznać książki Lotty Danielson, na którą powołuje się autorka. Książka ta bowiem, z założenia będąca atakiem na nasz związek wyznaniowy, nie przedstawia rzeczywistego obrazu Ruchu Hare Kryszna, raczej jego wypaczone odbicie widziane oczami młodej i sfrustrowanej eks-wyznawczyni. Podobne relacje mogą być udziałem byłych wyznawców różnych religii, także katolików, jeśli potraktują oni swoje życie duchowe płytko i mechanicznie, jak czyni to L. Danielson.

Nie możemy zgodzić się także z interpretacją, jaką autorka artykułu przypisuje działalności charytatywnej naszej religii. Faktycznie działalność ta, której najważniejszym przejawem jest program „Hare Kryszna – Pożywienie Serca”, wynika z tradycji krysznaizmu. Założyciel Ruchu Hare Kryszna, A.C. Bhaktivedanta Swami Prabhupada polecił swoim zwolennikom: „Nikt w promieniu 10 mil od naszej świątyni nie powinien być głodny”. Wprowadzenie tej zasady w życie zaowocowało wydaniem prawie 2 mln darmowych posiłków w ciągu ok. 4 lat działalności w Polsce.

Niezgodna z prawdą jest informacja o rzekomej rezolucji Parlamentu Europejskiego potępiającego działalność Ruchu Hare Kryszna. W związku z propagowaniem takich nieprawdziwych i szkalujących nasz związek wyznaniowy twierdzeń przez Stowarzyszenie Civitas Christiana wystąpiliśmy do sądu o rozpoczęcie sprawy o naruszenie dóbr osobistych.

Z poważaniem

Przemysław Jaźwiński (Pracarananda dasa)

Dyrektor Biura Informacyjnego Ruchu Hare Kryszna
Odpowiedź na sprostowanie

Odpowiadając na list Dyrektora Biura Informacyjnego Ruchu Hare Kryszna, pana Przemysława Jaźwińskiego, chciałabym ustosunkować się do sformułowanych w nim zarzutów. Dotyczą one spraw tak istotnych, iż każdemu można byłoby poświęcić osobny artykuł. Ponieważ więc nie sposób wyjaśnić tak poważnych problemów w kilku zdaniach, zdecydowałam się na omówienie trzech, moim zdaniem najcięższych, zarzutów.

Pierwszy z nich dotyczy słowa „sekta” użytego w kontekście ruchu Hare Kryszna.

Jedną z definicji terminu „sekta” jest, zgodnie z tym co pisze pan Przemysław Jaźwiński, sformułowanie: „grupa, która odłączyła się od wyznania macierzystego, mająca zazwyczaj silną świadomość swej odrębności.”1 Nie jest to jednak jedyne znaczenie. Słownik „Prekursorzy Nowej Ery”, którego autorem jest Cesar Vidal Manzanares, podaje następujące, bardzo obszerne wyjaśnienie pojęcia „sekta”: „grupa mająca wszystkie, bądź niektóre tylko z wymienionych poniżej cech:

a) hierarchiczna organizacja,

b) bezwarunkowe podporządkowanie się przywódcy czy ciału kierującemu,

c) brak krytyki wewnętrznej,

d) sprzęgnięcie celów politycznych i ekonomicznych z celami religijnymi, filozoficznymi czy duchowymi,

e) instrumentalne traktowanie adeptów,

f) brak jakiejkolwiek kontroli ze strony innej religijnej czy filozoficznej władzy o wyższym niż dana grupa autorytecie.”2

Jeśli porównamy zacytowaną definicję z charakterystyką ruchu Hare Kryszna podawaną w wielu pozycjach książkowych, zauważymy zbieżność niemalże we wszystkich punktach. Poza tym autor wymienionego wyżej słownika pod hasłem „Hare Kryszna” podaje, że sami Hindusi odrzucają interpretacje świętych ksiąg hinduskich (Bhagawadgity i innych) przedstawiane przez ten ruch, a sam ruch nazywają American Hinduism. Wydawana obecnie „Encyklopedia Katolicka” w VI tomie (Lublin 1993) zamieszcza informację, że ortodoksyjni Hindusi uważają Hare Kryszna za sektę, Potwierdza to siostra Michaela Pawlik w swojej książce „Złudne uroki duchowości Wschodu”, gdzie czytamy: „Mieszkaniec Indii bardzo często uważa, że ci „niby hinduiści” europejscy wykrzywiają ich doktrynę. Przykładowo: Ruch Hare Kriszna kierowany przez Prabhupadę – tam jest niejednokrotnie krytykowany przez autentycznych wyznawców Wisznu.”

Siostra Michaela zapytana, czy różnica między Hare Kryszna w Europie a oryginałem w Indiach jest tego rzędu, co pomiędzy Świadkami Jehowy a Kościołem katolickim, odpowiedziała: „może nawet głębsza.”3

Kolejnym poważnym zarzutem, do którego pragnę się ustosunkować, jest kwestionowanie negatywnego wpływu praktyk stosowanych w ruchu Hare Kryszna na psychikę wyznawców. Zacznę od opinii specjalisty, pani psycholog z 12-letnim stażem pracy, pełniącej dyżury w Punkcie Poradnictwa Rodzinnego. W czasie swojej praktyki zawodowej pani psycholog przyjęła kilka młodych osób z zaburzeniami psychicznymi, które to osoby miały ścisły kontakt z Hare Kryszna. Pacjenci ci wykazywali zaburzenia świadomości (przeważnie w charakterze ograniczonej percepcji, postrzegania), zaburzenia pamięciowe (typu przyspieszenia toku lub zatamowania pamięciowego), zaburzenia koncentracji uwagi oraz mieli kłopoty w nawiązywaniu prawidłowych kontaktów osobowych. W wielu wypadkach występował brak krytycyzmu wobec własnych dolegliwości. Można więc postawić pytanie, czy zaburzenia obserwowane u tych pacjentów są tylko zwykłym przypadkiem, czy też techniki medytacyjne odgrywają zasadniczą rolę w uwalnianiu czynników chorobotwórczych, zwłaszcza uwarunkowanych genetycznie. Na to pytanie daje odpowiedź Wanda von Baeyer-Katte w swoim artykule „Czy kulty destruktywne mogą szerzyć religijność” Autorka analizuje działalność nowych religii młodzieżowych, które określa mianem „kultów destruktywnych”, zaliczając do nich obok takich organizacji jak Dzieci Boga, Kościół Zjednoczenia, Kościół Scjentologiczny również Międzynarodowe Towarzystwo Świadomości Kryszny. W artykule przytoczone są doniesienia z uniwersyteckich klinik niemieckich, zajmujących się chorymi psychicznie, z których prawie wszyscy wywodzili się z hinduistycznie zorientowanych sekt, w tym również z Hare Kryszna. Lekarze zwrócili uwagę na fakt wpływu technik medytacyjnych, które wraz z towarzyszącymi im czynnikami (odmowa snu, pełne odizolowanie od realiów codzienności, posty) spowodowały u badanych zmiany w psychice. Zmiany dotyczyły zwłaszcza takich osób, które z racji uwarunkowań genetycznych, podatne były na choroby psychiczne. W studium przeprowadzonym przez naukowców z Uniwersyteckiej Kliniki Psychiatrycznej w Heidelbergu została dokładnie prześledzona droga, jaką przebyły jednostki chwiejne pod wpływem ćwiczeń medytacyjnych – aż po stany psychotyczne.4

Pragnę jeszcze nawiązać do doświadczeń i wypowiedzi ojca Jacques’a Verlinde5, który jednoznacznie opisuje zmiany, jakie zachodzą w naszym organizmie pod wpływem technik orientalnych, takich jak medytacje i recytowanie mantr. Jacques Verlinde określa mantrę jako technikę typu umysłowego, mającą na celu odblokowanie energii. Jest to rodzaj autohipnozy. Długotrwałe powtarzanie mantry sprawia, że umysł, maksymalnie skoncentrowany na tym ćwiczeniu, nie wytrzymuje napięcia i przestaje działać. Następuje utrata świadomości osobowej i doświadczenie czegoś w rodzaju pustki. Subiektywnie rzecz biorąc można byłoby uznać to zjawisko za pozytywne, gdyby nie fakt, iż całemu temu procesowi towarzyszą całkiem nienaturalne procesy fizjologiczne: obniżenie tętna, wstrzymanie oddechu, obniżenie metabolizmu. Po długotrwałym uprawianiu technik medytacyjnych, które, jak widać, wiążą się z wysiłkiem przeciwnym naturze, metabolizm komórkowy i przemiana materii ulegają ogromnym zaburzeniom, a częste stany utraty świadomości osobowej nie służą zdrowiu psychicznemu. W rezultacie następuje poważny rozstrój układu psychosomatycznego.6

Wyżej przedstawione fakty upoważniają do tego, aby ostrzegać zainteresowanych przed stosowaniem technik medytacyjnych pochodzenia hinduistycznego, które to techniki nie są obce ruchowi Hare Kryszna. Jeśli więc pewne źródła naukowe, a o takich wspomina pan Jaźwiński, nie potwierdzają niebezpiecznego wpływu praktyk medytacyjnych na psychikę ludzką, to niestety są i takie źródła, które ów wpływ potwierdzają.

Ostatnim problemem, jaki chciałabym tutaj poruszyć jest sprawa tzw. Raportu Cottrella, który uznał ruch Hare Kryszna za groźny. Otóż na posiedzeniach Komisji Młodzieży, Kultury, Wychowania, Informacji i Sportu Parlamentu Europejskiego w dniach 20 i 21 marca 1984 r. został przyjęty projekt rezolucji dotyczący działalności pewnych nowych ruchów religijnych na terenie państw Wspólnoty Europejskiej. Dokument ten od nazwiska sprawozdawcy został nazwany Raportem Cottrella. Analizując ten dokument Komisja kierowała się wskazówkami udzielonymi jej przez organizacje i pojedyńcze osoby zajmujące się problematyką nowych ruchów religijnych. Przedstawiając motywy rezolucji jej autorzy stwierdzili, iż nie zamierzają oceniać słuszności danego wierzenia, a jedynie zająć się konsekwencjami, jakie dla społeczeństwa pociąga za sobą przynależność jego członków do nowych ruchów religijnych. Zaliczając ruch Hare Kryszna do jednego z ruchów groźnych, autorzy piszą: „jego adepci porzucają swoje rodziny i poddawani są ‚technikom umysłowej zależności’, jak pozbawienie snu, bardzo surowa wegetariańska dieta, co ma prowadzić do dezorientacji jednostki i do sublimacji jej osobowości. Członkowie tego ruchu często z inicjatywy swoich rodzin byli porywani i poddawani technikom zdeprogramowania.”7 Tyle Raport Cottrella, który nie jest „rzekomym raportem”, jak pisze w swoim liście pan Przemysław Jaźwiński. Raport ten jest faktem i odzwierciedla pewną konkretną rzeczywistość. Chcę również nadmienić, iż informację o tym, że ruch Hare Kryszna został uznany przez Parlament Europejski za szczególnie groźny i zakazany w wielu krajach z powodu działalności sprzecznej z prawem, podaje też cytowany wyżej słownik „Prekursorzy Nowej Ery”.8 Natomiast sam Raport Cottrella jest omawiany w książce ks. Władysława Nowaka pt. „Sekty w Polsce a młodzież”.9 [

Na zakończenie, podsumowując, chciałabym podkreślić, że Kościół katolicki chętnie podejmuje dialog z wyznawcami różnych religii, również niechrześcijańskich, aby wspólnie działać dla dobra człowieka i dobra wspólnego. Są jednak ruchy religijne, które zostały uznane za szkodliwe społecznie i wychowawczo. Do takich właśnie zaliczany jest przez wiele autorytetów10 ruch Hare Kryszna. W tej sytuacji uzasadnione jest przyjęcie stanowiska ostrzegawczego, wyjaśniającego i obronnego.

Joanna Jarzębińska

Przypisy:

1ABC chrześcijanina. Mały słownik, Warszawa 1996, s.23

2Manzanares C.V., Prekursorzy Nowej Ery. Mały słownik, Warszawa 1994 s.111

3 Pawlik M., Złudne uroki duchowości Wschodu, Marki-Struga – Warszawa 1993, s. 24 – 25

4 Baeyer-Katte W., Czy kulty destruktywne mogą szerzyć religijność?, Communio 1988 nr 4, s.104 – 105

5Ojciec Jacques Verlinde (obecnie kapłan i zakonnik ze zgromadzenia św. Józefa z Nazaretu) jako młody naukowiec, zafascynowany Wschodem, poznał tajemnice medytacji, lewitacji, energii, przebywając cztery lata w Himalajach. Jak sam mówi, to Jezus zawrócił go nagle z tej drogi, przynosząc ocalenie i uzdrowienie. Ojciec Jacques jest również wykładowcą na Uniwersytecie w Lyonie, gdzie zorganizował grupę naukowców, zajmujących się badaniem wpływu wschodnich technik medytacyjnych, bioenergii, hipnozy na organizm człowieka.

6 Verlinde J., Bóg mnie ocalił, kaseta magnetofonowa

7 Raport Cottrella, Parlament Europejski. Dokument 1-47/84, 2 kwietnia 1984, w: Wspólnoty kościelne, niezależne grupy religijne, sekty, Warszawa 1995, s.257-258

********************************************************

Raport Cottrella

Raport Komisji Młodzieży, Kultury, Wychowania,
Informacji i Sportu
Parlamentu Europejskiego (1984)
A. Projekt rezolucji poświęconej
działalności pewnych ruchów religijnych na terenie państw Wspólnoty Europejskiej.
Parlament Europejski:

uznając zasadę sformułowaną w 9 artykule Konstytucji europejskiej, odnoszącym się do przestrzegania praw człowieka;
w powołaniu na Traktat Rzymski, szczególnie na artykuł 220;
mając na względzie Międzynarodowy Rok Młodzieży, który został przewidziany na rok 1985;
uwzględniając projekty rezolucji, dotyczących problemów związanych z działalnością Towarzystwa na Rzecz Zjednoczenia Światowego Chrześcijaństwa Sun Myung Moona oraz działalność Kościoła Zjednoczenia, kierowanego przez Sun Myung Moona;
uwzględniając Raport Komisji Młodzieży, Kultury, Wychowania, Informacji i Sporu oraz notę Komisji Prawnej:

biorąc pod uwagę niepokój, jaki wśród mieszkańców europejskich państw i ich rodzin wzbudza działalność organizacji, określanych jako nowe ruchy religijne, w tej mierze, w jakiej godzą one w prawa obywatela i prawa człowieka oraz wpływają na pogorszenie społecznej sytuacji tych, którzy ulegli ich wpływom;
potwierdzając zasadę całkowitej wolności słowa i religii, jaka obowiązuje w państwach członkowskich Wspólnoty Europejskiej, Wspólnota nie rości sobie żadnego prawa do oceny religijnych wierzeń w ogólności, a religijnej działalności w szczególności;
w przekonaniu, że w tej dziedzinie nie została zakwestionowana słuszność religijnych wierzeń, lecz legalność metod pozyskiwania nowych członków i ich traktowanie;
uwzględniając fakt, że problemy związane z pojawieniem się nowych ruchów religijnych są zjawiskiem międzynarodowym i dotyczą wszystkich państw członkowskich, choć w różnym stopniu, i że w wielu z nich przedsięwzięte już zostały odpowiednie środki przez władze rządowe;
biorąc pod uwagę, że przejawiany przez adeptów owych ruchów brak zainteresowania życiem, jakie dawniej prowadzili, wywołuje określone negatywne reperkusje społeczne w sferze ustawodawstwa pracy, dla całości społeczeństwa i jego organizacji:

1. Uznaje za konieczne, aby Rady kompetentnych ministrów – a mianowicie ministrów spraw wewnętrznych i ministrów sprawiedliwości, zbierających się w ramach współpracy polityków europejskich, jak i Rada ministrów pracy i opieki społecznej – w możliwie najkrótszym terminie zorganizowały wymianę informacji na temat problemów, związanych z działalnością niektórych nowych ruchów religijnych, i przeanalizowały szczegółowo następujące kwestie:

sposoby uzyskiwania przez te ruchy dochodów i zwolnienia podatkowe, z jakich korzystają;
przestrzeganie obowiązujących w różnych państwach członkowskich praw, jeśli chodzi o prawo pracy i opieki społecznej, na przykład:
konsekwencje braku poszanowania tych praw w społeczeństwie;
poszukiwanie osób zaginionych i możliwość współpracy w tym względzie z trzecimi krajami;
sposób, w jaki gwałcone jest prawo do osobistej wolności adeptów tych ruchów;
utworzenie organizacji, które osobom opuszczającym te ruchy ofiarują pomoc prawną, a także pomogą im włączyć się na nowo w życie społeczne i zawodowe;
istnienie pewnych luk prawnych, wynikających z legislacyjnych różnic między poszczególnymi państwami członkowskimi, że działalność zabroniona w jednym kraju jest legalna w innym.

2. Uznaje za konieczne, aby każdy sąd odnoszący się do nowych ruchów religijnych, opierał się na następujących kryteriach:

osoby, które nie osiągnęły dojrzałości, nie mogą być nakłaniane do składania ślubów, wpływających zasadniczo na ich przyszłość;
wszelkie zaangażowanie o charakterze finansowym czy osobistym powinien poprzedzać wystarczająco długi okres refleksji;
rodziny i przyjaciele osób przystępujących do ruchu powinni nadal móc utrzymywać z nimi kontakt;
od członków, którzy rozpoczęli cykl kształcenia, nikt nie może żądać jego ukończenia;
powinny być respektowane następujące prawa osobiste:

prawo do swobodnego porzucania ruchu;
prawo do nawiązywania kontaktu z rodziną czy przyjaciółmi: osobistego, listownego lub telefonicznego;
prawo do wyrażania niezależnej opinii (w sądzie i gdziekolwiek indziej);
prawo leczenia;

nikt nie może być nakłaniany do przekraczania prawa, szczególnie jeśli chodzi o zbieranie funduszy, na przykład żebrząc czy się prostytuując;
ruchy nie mogą żądać żadnych stałych zobowiązań od potencjalnych członków, na przykład studentów czy turystów, przebywających czasowo w danym kraju;
po pozyskaniu adepta natychmiast należy mu podać nazwę i zasady ruchu;
na żądanie kompetentnych władz ruchy powinny przekazywać wszelkie informacje, dotyczące miejsca zamieszkania czy pobytu swoich członków;
nowe ruchy religijne powinny czuwać, aby osoby zależne od nich i pracujące na ich rzecz miały zapewnioną odpowiednią opiekę społeczną w państwach członkowskich, w których pracują czy przebywają;
jeśli członek danego ruchu wyjeżdża na koszt ruchu za granicę, wszelkie konsekwencje takiego wyjazdu ponosi ruch, szczególnie w przypadku choroby adepta;
członkowie ruchu powinni być natychmiast powiadamiani o telefonach od rodzin i bezzwłocznie powinni otrzymywać całą korespondencję, która do nich przychodzi;
kierownictwo ruchu powinno czuwać, aby dzieci członków otrzymywały odpowiednie wychowanie i wykształcenie, i unikać wszystkiego, co mogłoby zagrozić pomyślności dziecka.

3. Wzywa Komisję:

do przedstawienia danych – ewentualnie w celu przesłania do banku danych – na temat międzynarodowych powiązań nowych ruchów religijnych z uwzględnieniem fałszywych nazw i organizacji – widm, a także ich działalności w państwach członkowskich; i szczególnie do wskazania środków, przedsięwziętych do chwili obecnej przez rządy, przede wszystkim przez służby policyjne i sądy, przeciwko owym ruchom w przypadku pogwałcenia prawa; oraz podania wniosków, do jakich doszły komisje rządowe, badające problem nowych ruchów religijnych;
do przedłożenia Radom kompetentnych ministrów projektów rezolucji, opracowanych przez Komisję w celu zapewnienia obywatelom państw Wspólnoty skutecznej ochrony.

4. Zobowiązuje rady kompetentnych ministrów do przeanalizowania – na bazie danych i projektów rezolucji – problemów związanych z działalnością tych ruchów. Państwa członkowskie – w powołaniu na artykuł 220 Traktatu Rzymskiego – powinny w ten sposób móc zapewnić obronę praw swoich obywateli.
5. Uważa za pożądane, aby prowadzić te prace równolegle na forum Rady Europy, i wzywa państwa członkowskie, aby od tej chwili przystąpiły do opracowywania konwencji gwarantujących jednostce skuteczną ochronę przed członkami tych ruchów oraz fizycznymi i moralnymi szkodami, jakie powodują.
6. Zobowiązanie przewodniczącego do przekazania niniejszej rezolucji Komisji i Radzie Wspólnot europejskich, rządom i parlamentom państw członkowskich, a także Radzie Europy.
B. Przedstawienie motywów

1.1. W ostatnim dziesięcioleciu nastąpił gwałtowny rozwój tzw. nowych ruchów religijnych. Naukowcy wolą mówić o nowych ruchach religijnych, niż o „sektach i kultach religijnych”. Przyznajemy, że zarówno jedno, jak i drugie sformułowanie jest nieadekwatne, ale porównując w trakcie badań setki organizacji, których źródła i motywy działania są bardzo różnorodne, zdecydowaliśmy się pozostać przy tym ogólnym, opisowym określeniu. Większość ruchów opiera swoje wezwanie do potencjalnych członków na filozofii, wedle której oficjalne czy tradycyjne religie nie spełniły swego zadania, tak więc społeczeństwo potrzebuje zmiany orientacji. Często mają one wschodnie czy egzotyczne zabarwienie, większość z nich stanowi „import” z Azji albo są to warianty – niektórzy mówią o mutacjach – wschodnich filozofii. Zasadniczym terenem ich działania są Stany Zjednoczone – szczególnie Kalifornia – skąd przywędrowały do Europy.
1.2. Natura i działalność tych organizacji wzbudza niepokój w miarę, jak się rozprzestrzeniają. Prawie wszystkie są w jakiś sposób kontrowersyjne. Chodzi o oskarżenia o przestępstwa podatkowe i inne oszustwa, czy też, na płaszczyźnie społecznej, o rozpacz, w jakiej pogrążają rodziny, i szkody, jakie powodują w psychice adeptów.
1.3. Ukazało się wiele obszernych prac, poświęconych zjawisku nowych ruchów religijnych; badania prowadzone np. w Anglii, Niemczech czy Danii w wielkim stopniu przyczyniły się do poznania tych ruchów i do sformułowania odpowiedzi, jakiej społeczeństwo powinno sobie udzielić wobec ich rozwoju. Tymczasem na wszystkie rządy państw członkowskich Wspólnoty, jak i na rządy państw graniczących ze Wspólnotą wywierany jest coraz silniejszy nacisk, aby znalazły one jakieś prawne rozwiązanie tego zagadnienia. Jest to zadanie niezwykle delikatne, zważywszy na fundamentalną konieczność zapewnienia współistnienia demokracji z wielością ideałów i najbardziej nawet nieprawdopodobnymi, dziwnymi czy ekscentrycznymi wierzeniami.
1.4. Niniejszy dokument nie zamierza oceniać słuszności podstawy danego wierzenia. Nie musimy też precyzować, że wierzenia o charakterze religijnym są sprawą osobistego wyboru i nie mogą być przedmiotem interwencji władz publicznych. Ani w niniejszym przedstawieniu motywów, ani w projekcie rezolucji nie zamierzaliśmy w żadnym razie domagać się kontroli wierzeń. Przedmiotem naszego zainteresowania są, mówiąc najogólniej, konsekwencje, jakie dla społeczeństwa pociąga za sobą przynależność jednego z jego członków do nowych ruchów religijnych.
1.5. Nasz niepokój budzi w tym momencie masowe samobójstwo, popełnione w Jonestown w Gujanie przez adeptów proroka, który sam się za takiego ogłosił. Widok trupów mężczyzn, kobiet, dzieci, a nawet zwierząt domowych wywołał wzburzenie na całym świecie. Członek Kongresu amerykańskiego, który udał się na miejsce, aby zbadać sprawę złego traktowania i więzienia adeptów, został także zamordowany. Ruch przeniósł się ze Stanów Zjednoczonych do Ameryki Południowej pod pretekstem prześladowań. Pretekst ten jest często wykorzystywany przez różne organizacje, kiedy zaczyna się badać motywy ich działania lub uczciwość.
1.6. Niniejszy raport został opracowany na podstawie krytycznych relacji na temat działalności Kościoła Zjednoczenia, czyli tzw. ruchu moonies (munistów), od imienia założyciela Kościoła, Koreańczyka Sun Myung Moona, które otrzymała Komisja Młodzieży, Kultury, Wychowania, Informacji i Sportu. Techniki pozyskiwania adeptów, znane jako love bombing, dosłownie bombardowanie przez miłość, były szeroko krytykowane i ostro zwalczane przez rodziców. Znamy przykłady rodziców, którzy – aby wyrwać swoje dzieci z Kościoła Zjednoczenia – uciekali się do pomocy zawodowych porywaczy i korzystali z usług specjalistów, stosujących techniki deprogramowania. Takie praktyki nie mogły być tolerowane. Tak czy owak fakt, że dotyczą one w większości Kościoła Zjednoczenia, nawet jeśli interwencje „porywaczy” i „deprogramatorów” nie ograniczają się tylko do adeptów tego Kościoła, jest bardzo symptomatyczny.
Ukazało się wiele, przede wszystkim krytycznych, prac na temat Kościoła Zjednoczenia. Raport Trasera, który relacjonuje badania Kongresu Stanów Zjednoczonych dotyczące stosunków między tym krajem a Koreą, trzecią część swoich obszernych wywodów poświęca – tak ją nazywa – „organizacji Moona”, przeprowadzając np. dogłębną analizę powiązań tego ruchu z tajnymi służbami koreańskimi oraz handlem bronią. W USA Moon został oskarżony o poważne przestępstwa podatkowe. W Anglii brytyjskie odgałęzienie Kościoła Zjednoczenia wytoczyło długi i kosztowny proces gazecie o zasięgu krajowym Daily Mail, która oskarżyła je o rozbijanie rodzin. Wygrała gazeta. W Besancon „porwanie” przez rodziców młodej dziewczyny, należącej do ruchu moonies, odbiło się echem w całej Francji. Byli oni zresztą zmuszeni skorzystać z porad specjalistów od deprogramowania. Córka próbowała wnieść przeciwko nim oskarżenie. Wracając znowu do Anglii, prokurator generalny nakazał odebrać status organizacji dobroczynnej dwóm ruchom związanym z Kościołem Zjednoczenia, jednak komisarze, odpowiedzialni za działalność dobroczynną uznali, że decyzja ta przekracza ich kompetencje. Przed ostatnimi wyborami do parlamentu prokurator generalny wniósł sprawę do Sądu Najwyższego. Byli członkowie Kościoła Zjednoczenia w swoich książkach mówią o tym, że stali się prawie automatami, przez wiele godzin wałęsającymi się po ulicach w poszukiwaniu funduszy dla ruchu. Eillen Baker z London School of Economics, która przeprowadziła dogłębne studia nad Kościołem Zjednoczenia, twierdzi, iż ruch ten pada najczęściej ofiarą sensacyjnych reportaży w popularnej prasie, które nie opisują szerzej jego filozofii. Podobne zastrzeżenia wysunęli też inni badacze. Jak już jednak powiedzieliśmy, przedmiotem zainteresowania Parlamentu Europejskiego nie jest prawdziwość czy słuszność wierzeń.
1.7. Trudno byłoby wyliczyć wszystkie ruchy, których działalność oceniana jest przez społeczeństwo negatywnie. Pozostaje jednak faktem, że kierowane pod ich adresem krytyki są podobne w tonie. Niektórzy rodzice skarżą się, że od wielu lat nie mają kontaktu ze swymi dziećmi; niektórzy młodzi przepadają bezpowrotnie. W innych przypadkach w trakcie rzadkich wizyt wydają się jacyś dziwni, obcy, nie wykazują bynajmniej chęci do powrotu. Niektóre ruchy poddają swoich adeptów technice „prania mózgu”, mającej ich przeobrazić w istoty całkowicie zależne od nowej wiary – polega to m.in. na kontrolowaniu ich diety żywieniowej, odsuwaniu od rodziny i przyjaciół, nakłanianiu do zerwania wszelkich kontaktów ze światem zewnetrznym, zakłócaniu ich snu (adepci budzeni są o różnych porach po to, by mogli się oddawać śpiewom i modlitwom). Według niektórych oskarżycieli mielibyśmy tu do czynienia ze zwykłym procesem indoktrynacji, który przez wpojenie adeptom woli posłuszeństwa prowadzi do całkowitego podporządkowania ich ruchowi i jego kierownictwu. I tak, adepci zapraszani są „na posiłek w międzynarodowym ośrodku przyjaźni” lub też słyszą pytanie: „Jesteś sam? Może chciałbyś spędzić popołudnie w gronie rówieśników?” Tylko rzadko na tym etapie pojawia się aluzja do rzeczywistych gospodarzy takiego spotkania, których osobowość odsłania się stopniowo, w trakcie procesu prezentacji. Potwierdza to otrzymany przez nas list: Nie wiedzieliśmy o niczym… Wydali się tacy mili i chcieli tylko jednego: aby nam pomóc. Dwaj Amerykanie opowiadali, iż poproszono ich, aby udali się na pewien czas na ranczo, by tam pracować wśród biednych i potrzebujących. Skoro wierność wobec ruchu z założenia ma być całkowita, adepci zdają sobie sprawę, iż muszą krążyć po ulicach w poszukiwaniu pieniędzy i nowych zwolenników (dla wielu tych ruchów jest to cel najważniejszy). Porzucają oni często uniwersyteckie studia, zarzucają projekty na przyszłość, a niekiedy – w przypadku ludzi nieco starszych – opuszczają także swoich małżonków i rodziny. Stawia to rodziny wobec zupełnie niezrozumiałych dla nich sytuacji i stwarza szczególny problem w przypadku małych dzieci, które nie rozumieją, co dzieje się z rodzicami, i nie potrafią na to zareagować.
2.1. Większość ruchów, powodowanych nieufnością, pragnie oderwać adeptów od rodzin, przyjaciół i każdej osoby, która mogłaby nakłonić ich do wystąpienia z ruchu. Wyrazem takiej nieufności jest ich stosunek do tradycyjnych metod leczenia: guru i prorocy, stojący na czele różnych ruchów, najczęściej uważają chorobę za karę dotykającą adepta za błąd w postępowaniu, a nawet za zdradę. Inną metodą pozyskiwania adeptów, stosowaną na szczęście – jak się zdaje – tylko przez jeden szczególnie niebezpieczny ruch, znany pod nazwą Dzieci Boga, jest prostytuowanie się młodych dziewcząt. Została ona opisana jako flirty fishing („łowienie za pomocą flirtu”) w zadziwiającym podręczniku, gdzie podaje się sposoby zachowania, szczególnie przy nawiązywaniu znajomości z dziećmi, co jest sprzeczne z obowiązującymi normami prawnymi we wszystkich państwach członkowskich Wspólnoty i we wszystkich cywilizowanych społeczeństwach.
2.2. Tego typu działalność może naturalnie prowadzić do degradacji osoby ludzkiej. Pouczający pod tym względem jest kolejny cytat, który zaczerpnęliśmy z listu młodej Angielki, byłej członkini organizacji Dzieci Boga. Dziewczyna ta spotkała chłopaka, zbierającego pieniądze w jednym z dużych szkockich miast, i poszła z nim do kawiarni. Powiedział mi, że Bóg pragnie, aby Jego uczniowie porzucili życie w społeczeństwie i przestali pracować dla pieniędzy… wynikało z tego, że będę musiała zrezygnować ze studiów na uniwersytecie… Za każdym razem, kiedy przejawiałam jakąś wątpliwość, on miał już gotową, ustaloną odpowiedź albo powołując się na Biblię, albo na pisma proroka Dzieci Boga, Mosesa Davida… Opuściłam rodziców i rodzinę, i odtąd uważałam ich jedynie za osoby związane ze mną więzami krwi, które próbują nakłonić mnie do powrotu do dawnego stylu życia… Żywiliśmy się tym, co nam dano w supermarketach, a co nie nadawało się do sprzedaży, i żebraliśmy po ulicach… Ta dziewczyna wystąpiła z ruchu po bardzo gorzkim doświadczeniu i z powrotem podjęła studia.
2.3. Opisany przez nas przypadek szokujących zachowań, propagowanych przez Dzieci Boga, stanowi na szczęście wyjątek wśród wszystkich organizacji, jakie przestudiowaliśmy. Obowiązujące w państwach członkowskich prawodawstwo wydaje się gwarantować odpowiednią kontrolę tego rodzaju ruchów. Jednakże obawiamy się, że władze poszczególnych państw nie dostrzegają prawdziwego niebezpieczeństwa, jakie niesie ze sobą wspomniany ruch. Chociaż liczna jego zwolenników jest nieduża, to szkoda, jaką może wyrządzić, przede wszystkim licznymi publikacjami swojego przywódcy, Mosesa Davida, nakłaniającymi do niezgodnych z prawem praktyk seksualnych i mającymi antysemicki wydźwięk, „kompensuje” owe mierne wyniki, o ile w ogóle da się to wyliczyć.
2.4. Inne ruchy organizują kursy, których celem jest rozwinięcie zdolności umysłu. Wiele z nich stosuje metody, które z grubsza można określić jako mistyczne, inne propagują niezwyczajne grupowe zachowania, mające „uwolnić” dużo głębszą zdolność rozumienia. Wiele osób w swoich listach pisało o tym, że te na ogół złożone programy dały im sporą satysfakcję i znacznie je wzbogaciły. Oczywiście wstępnym warunkiem jest opłata. Kościół Scjentologiczny, założony przez Amerykanina L. Rona Hubbarda, opierając się na wypracowanej przez niego samego filozofii, pobiera od 300 do 3000 funtów szterlingów za kursy na różnych poziomach. Kursy te odbywają się w wielu ośrodkach w państwach Wspólnoty Europejskiej, szczególnie w East Grinstead w Wielkiej Brytanii, i przyciągają chętnych z całego świata. Ruch założony przez Hubbarda był także przedmiotem krytyk. Jeden z naszych korespondentów pisze, że po przystąpieniu jego córki do Kościoła Scjentologicznego przekazał za pośrednictwem banku znaczne sumy jako „opłatę za kursy”; ostatecznie zdołał odzyskać te pieniądze. Co się jednak dzieje – kontynuuje – z osobami samotnymi, niedoinformowanymi lub słabymi, którym za oddanie majątku obiecuje się jedynie, iż staną się lepsze i bardziej aktywne? W przeszłości rząd brytyjski starał się ograniczać prawo wjazdu do Wielkiej Brytanii dla osób kierujących Kościołem Scjentologicznym. Restrykcje te zostały następnie zniesione, lecz trwa debata poświęcona scjentologii i dianetyce. W East Grinstead spotkaliśmy osoby zadowolone ze swojego scjentologicznego doświadczenia. Później dowiedzieliśmy się, że niektóre osoby były zaczepiane na londyńskiej ulicy i nakłaniane do poddania się testowi, uruchamiającemu mechanizm zwany „E meter”. Dopiero potem proponowano im kursy, których konieczność wykazywały testy. Tak więc jakiś młody człowiek, który usłyszał o dianetyce w Radiu Luksemburg, udawał się do Ośrodka Scjentologii w Birmingham, gdzie przekonywano go o konieczności poddania się „terapii” kosztującej 10 funtów szterlingów za godzinę. Zadłużył się na 240 funtów szterlingów i był obiektem – jak sam mówi – absolutnego „prania mózgu”.
2.5. Ostatnio byliśmy świadkami pewnych incydentów, które miały miejsce w łonie ruchu scjentologii w Ameryce. Syn zaginionego czy zmarłego L. Rona Hubbarda nie należał już oficjalnie do ruchu, ale w marcu 1982 roku chwycił ponownie za pióro, aby odpowiedzieć na zarzuty oszczerców. Wszechwładny Interpol, to narzędzie w rękach CIA – oznajmia – okazuje się siedliskiem wojennym kryminalistów, którzy uciekają przed prawem, a jeśli nawet prasa, posłuszna pewnego typu rozkazom, nic o tym nie pisze, to tylko dlatego, że sama jest głównym narzędziem w rękach wroga. Hubbarda zdaje się blisko zajmować problem wrogów, niewątpliwie wrogów Scjentologii: Jedyne, co musicie zrobić, to stwierdzać stan liczebny Kościołów. W ten sposób, mimo ich przechwałek, będziecie wiedzieć, że liczba wrogów się zmniejsza, a siła Kościoła Scjentologii rośnie.
2.6. Ruch Rajneesha (od imienia założyciela, Shree Bhagwan Rajneesha) jest jednym z głównych „ruchów medytacyjnych”. Posiada ważne ośrodki w całej Europie, przede wszystkim we Francji, Niemczech i w Wielkiej Brytanii. Adepci o wyższym stopniu wtajemniczenia zwani są sannjasinami. Po porzuceniu aśramu w Punie (Indie) Rajneesh przybył w 1982 roku do USA, gdzie założył pierwszą wspólnotę w stanie Oregon. Potem powstało ich około stu na obszarze całych Stanów Zjednoczonych i Kanady. Niejednokrotnie stawał przed sądami, ponieważ władze amerykańskie próbowały go wydalić. Ruch proponuje różne kursy medytacyjne o zróżnicowanych taryfach. Niektóre z nich budzą kontrowersje z uwagi na swój aspekt „tantryczny”, ponieważ większość czasu poświęcają całkowitemu wyzwoleniu seksualnemu. To zagadnienie należy już jednak do sfery prywatności i nie mieści się w ramach wyznaczonych przez niniejszy raport. Nasze zainteresowanie skupiliśmy bowiem na zamierzonych zmianach osobowości, obowiązku oddawania przez adeptów swoich dóbr oraz trudności, na jakie natrafiali ci, którzy udając się do aśramu w Punie chcieli w wypadku choroby uzyskać poradę lekarską. Oczywiście wiele świadectw wyraża się korzystnie o ruchu Rajneesha; trudno też podać w wątpliwość entuzjazm sannjasinów, z jakimi się zetknął przy opracowaniu tego raportu jego sprawozdawca.
2.7. Niewątpliwie najbardziej znanym ruchem z uwagi na swoją publiczną działalność jest Międzynarodowe Towarzystwo Świadomości Kryszny, zwane w skróce „Hare Kryszna”. W wielu europejskich miastach słowa te monotonnie wyśpiewują młodzi adepci z ogolonymi głowami, ubrani w pomarańczowe indyjskie dhoti. Są to na ogół młodzi ludzie, którzy poszukują wyzwolenia w czci oddawanej Krysznie w ścisłym wzajemnym kontakcie, wyrzekając się dóbr osobistych. Podstawowym celem ich działalności jest zbiórka funduszy, które uzyskują głównie z ulicznej sprzedaży książek i innych artykułów. Choć ruch „Hare Kryszna” opiera się na zupełnie innych założeniach, niż Kościół Zjednoczenia, jest przedmiotem takich samych krytyk – jego adepci także porzucają swoje rodziny i poddawani są „technikom umysłowej zależności”, jak pozbawienie snu, bardzo surowa wegetariańska dieta, co ma prowadzić do dezorientacji jednostki i do sublimacji jej osobowości. Członkowie tego ruchu często z inicjatywy swoich rodzin byli porywani i poddawani technikom deprogramowania.
2.8. Jedną z zasadniczych, charakterystycznych cech nowych ruchów religijnych jest gwałtowna reakcja na kierowane pod ich adresem krytyki, uznawane na ogół za zamach na religijną wolność czy po prostu na wolność wiary. Często uciekają się one do procesów. Komisja powołana w Stanach Zjednoczonych do zbadania organizacji Moona twierdziła, że wiele osób mogących udzielić informacji na temat Kościoła Zjednoczenia obawiało się zeznawać przed Komisją ze strachu przed procesami. Strach ten częściowo opierał się na przeświadczeniu o nieograniczonych środkach finansowych, jakie ruch może przeznaczyć na procesy przeciwko każdej osobie czy organizacji, jaka jej zagraża, niezależnie od wagi sprawy.
2.9. Znaczna część poważnych badań stara się rozstrzygnąć sprzeczność między uznaniem całkowicie słusznego prawa do wiary i równie słusznego prawa do budzenia obaw wobec pewnych wierzeń. Najważniejsze tego rodzaju studium zostało opracowane na zlecenie rządu kanadyjskiego w lipcu 1980 roku. Daniel Hill pisze: Nie ulega naszym zdaniem żadnej wątpliwości, że zbiorowe szaleństwo i grupowa paranoja ma miejsce za każdym razem, kiedy występują łącznie pewne czynniki, a szczególnie charyzma przywódcy, zgoda na udzielenie finansowego poparcia dla sprawy, rzeczywiste czy urojone zagrożenie ze strony świata zewnętrznego. Jest też rzeczą oczywistą, że kiedy tego rodzaju grupy liczą wielu adeptów lub wywierają polityczny czy społeczny wpływ, wiąże się to z pewnym ryzykiem dla społeczeństwa.
W konkluzji, zauważając, że w wolnym społeczeństwie wolność zrzeszania się pociąga za sobą ryzyko, iż może być źle użyta przez same te stowarzyszenia, Hill wypowiada tę ważną myśl: Państwo powinno powstrzymać się od dyktowania reguł, których realizacja i szerokie możliwości zastosowania stwarzają niebezpieczeństwa, których z kolei nie możemy tolerować jako jednostki żyjące w wolnym społeczeństwie.
WNIOSKI
3.1. W konsekwencji należy zadać sobie pytanie, czy istniejące gwarancje są wystarczające, czy też należy zaproponować nowe środki. Patrząc globalnie, uważamy, że istniejąc w każdym państwie członkowskim prawne rozwiązania są wystarczające. Brakuje natomiast atmosfery, którą można by określić jako gotowość do współżycia. Kiedy jakiś ruch okazuje się dla społeczeństwa szkodliwy czy groźny, jak to jest bezsprzecznie w przypadku Dzieci Boga, władze powinny i muszą natychmiast reagować, odwołując się do środków prawnych, jakimi dysponują. Sprecyzujmy, aby rozwiać niepokój, że w żadnym razie nie jest naszym zamiarem zakazywanie czy kontrolowanie wierzeń religijnych, ani ograniczanie wolności sumienia. Jedyne, co nas interesuje, to przestrzeganie praw człowieka. Czy społeczeństwo może nie interesować się jednostką, która w wyniku zaangażowania się w jeden z tych ruchów doznała szkody moralnej lub społecznej? Czy możemy pozostać obojętni wobec osób oddzielonych od swoich dzieci, rodziców, przyjaciół? Czy nie jest możliwa jakaś stosowna reakcja, nawet wtedy, gdy tracą one swoje dobra, ponieważ zostały źle poinformowane czy też poczyniono im fałszywe obietnice?
3.2. W naszym projekcie rezolucji wskazujemy na rozwiązanie, które pozwoli uniknąć niedopuszczalnego w każdym przypadku restryktywnego prawdopodobieństwa. Niewątpliwie projekt zmierzający do ujednolicenia reguł dotyczących zwolnień podatkowych i nadawania statusu organizacji dobroczynnych we wszystkich państwach Wspólnoty pociągnie za sobą nowe rozwiązania prawne, ale nie odnosi się tylko do nowych ruchów religijnych, lecz także – mówiąc ogólnie – do wszystkich organizacji wyznaniowych. Działalność dobroczynna obejmuje dużo szersze pole i będzie się opierała na statucie, jednolitym z prawnego punktu widzenia dla państw członkowskich Wspólnoty. Nie może być przeto mowy o jakichś posunięciach restryktywnych.
3.3. Najważniejszy fragment niniejszej rezolucji dotyczy ewentualnego wprowadzenia systemu „dobrowolnych orientacji”. Z naszego punktu widzenia nie ulega wątpliwości, iż wspomniane nowe ruchy religijne i ich odmiany, nawet jeżeli stanowią marginesowe zjawisko, będą trwałym elementem naszego społecznego pejzażu. Chodziłoby więc ostatecznie o rozstrzygnięcie kwestii współżycia na równych podstawach. Zasadnicza idea, jaka przyświecała niniejszemu przedstawieniu motywów i projektowi rezolucji, zawiera się całkowicie w postulacie integracji tych nowych ruchów w łonie społeczeństwa i słusznego użytku, jakie zrobią one z przyznanych im przez nas wolności; w obronie praw człowieka, będących trwałą zdobyczą na innych poziomach życia społecznego i w pozostałych sferach działalności publicznej, a także w konieczności unikania za wszelką cenę rozstrzygnięć, których – jak pisze Daniel Hill – nie możemy tolerować jako jednostki żyjące w wolnym społeczeństwie.KRYSZNA 054

Urszula Ledóchowska

Duchowość optymizmu i radości w pismach św. U. Ledóchowskiej

„Trzeba umieć pokazać ludziom, że pobożność nie czyni nas mrukami.” Matka Urszula Ledóchowska

Czy jest stosowne mówienie o radości w czas tak dramatyczny i posępny, gdzie we współczesnej myśli roi się od śmierci i absurdu, a historia tchnie nastrojami apokalipsy? Czyż aby nie jest to szydzenie z trudu życia człowieka umęczonego i zadręczanego, torturowanego pospolitością i miernotą?Po drugie, czy można przywoływać radość, gdy pretenduje ona do kanonów odsuwania w niepamięć dokuczliwej codzienności i wiąże się raczej z upajaniem względnością rzeczy. Jednym z neurotycznych wysiłków współczesności jest nie tylko poszukiwanie zapomnienia, ale i kwestionowanie tego, co oficjalne, poważne, religijne. Optymizm i radość może być posądzona o lekceważenie powagi rzeczywistości, co nieraz dawano do zrozumienia w koncepcjach świętości jako surowego, oddalonego i oderwanego od wszystkiego, zwłaszcza co ma posmak przyjemności i radości. Zdradza to dwuznaczność optymizmu i radości, a zatem i potrzebę rozróżnień. Przybliżmy najpierw te dwie wartości.

Miejsce radości w życiu duchowym

Optymizm (od łac. optimus – najlepszy z możliwych) wiążemy z postawą czy dyspozycją ducha wyrażającą się skłonnością do pozytywnej oceny rzeczywistości, dostrzegania dodatnich stron życia, przekonanie o osiągnięciu w nim szczęścia czy doskonałości, przewidywania pomyślnego zakończenia wydarzeń[1]. Przynależy do sfery intelektualnej, jest sposobem ujmowania i interpretacji rzeczywistości, wiernością dobru. Czy można mówić o Bożym optymizmie? Jeżeli wynika on z wierności dobrej, a nie złej nowinie, a zatem w najgłębszej warstwie logice zbawienia, a nie potępienia, gdy otwiera się na dobro, zwłaszcza na dobro najwyższe – Boga i wspomaga życie w tej konsekwentnie dobrej i życzliwej dla człowieka konwencji, może być uznany za postawę religijną i to bardzo wymagającą. O ile optymizm pojawia się jako element osądu czy światopoglądu, związany ze sferą intelektualną, tak bardziej z sercem i sferą uczuciowości związana jest radość. Uczucia to skłonność do przyjmowania, odczuwania i wyrażają stosunek do otoczenia. Należy je odróżnić od instynktów, które są skłonnością do działania[2], jak i od spostrzeżeń czy wrażeń, które odzwierciedlają w świadomości przedmioty istniejące w otoczeniu człowieka[3].Radość możemy za mistrzem analiz sfery uczuciowości, Maxem Schelerem, podzielić na radość zmysłową (peryferyjną, cielesną, niezależną od woli czy uwagi); witalną (doznania związane z pracą organizmu); duchową (wyrażającą podmiotowy stan ducha wobec świata, wobec ducha) oraz radość najgłębszą, rodząca się w zatraceniu świadomości odrębności, w szczęściu, w zachwycie[4]. Radość posiada oprócz wymiaru głębi, poziomu na którym się rozwija, również wymiar dynamiczny. Wynika ona zasadniczo, jak św. uważa Tomasz, z osiągania celu zakładanego przez naturę[5], lub też spodziewanej realizacji. Radość powstaje w konsekwencji idei lub sytuacji, wypływa ze stanu intelektualnego i jest reakcją na to, co napotykane. Istnieje jednak radość, która reaguje na nadchodzące stany intelektualne, związane z wyobrażeniem pełni, wyobrażeń do końca nie ukształtowanych, powiązana mocno z nadzieją. Taka radość pozostaje pobudzeniem duszy, a więc trwałym i głębokim stanem, który wypływa nie tyle z osiągania pewnych celów, co nadziei teleologalnej. W takim znaczeniu jest to uczucie polegające zasadniczo na afirmacji życia, zwłaszcza wiecznego. Aby uchwycić teologiczną doniosłość radości należy ją odczytywać w kluczu: nadzieja-pokój. Po tych wstępnych wyjaśnieniach przejdźmy do zasadniczych wypowiedzi Matki Urszuli Ledóchowskiej, które pozwolą nam dostrzec w niej geniusz chrześcijańskiej radości. Wiąże się on z połączenia dwóch wymiarów teologicznego, będącego źródłem radości, oraz doczesnego, ukierunkowanego na bliźniego i formułowanego jako apostolstwo uśmiechu.

Teologiczne aspekty radości

Radość jest czymś banalnym tylko wtedy, gdy traktujemy ją jako sytuacyjne, jako towarzyszące uczucie, rodzaj tryskania nadmiarem energii, co czasem nie licuje z powagą teologii czy konsekracji. W tradycji monastycznej nie cieszyła się ona wielkim poważaniem. W tradycji benedyktyńskiej składano ślub powagi monastycznej, a św. Bernard z Clairvaux zaliczał tzw. wesołość do trzeciego stopnia pychy. A na gruncie filozofii Max Scheler, zdając sobie sprawę z faktu, że radość ma złą markę, pozostawia rozważania Zdrada radości[6]. Dla odkrycia powagi problemu radości należałoby przywołać pierwszoplanową sytuację, w której pragnie odnajdywać siebie Kościół. Istnieją powszechnie znane słowa-klucze, którymi została sformułowana konstytutywnie postawa Kościoła wobec czasów nam bliskich i znajomych. Przywołajmy je:Radość i nadzieja, smutek i trwoga ludzi współczesnych, zwłaszcza ubogich i wszystkich cierpiących, są też radością i nadzieją, smutkiem i trwogą uczniów Chrystusowych (GS 1).To zarazem określenie ducha towarzyszącego światu, Europie, naszemu wnętrzu. Zatem poprzez poruszenie tematu radości trafiamy w tygiel najbardziej zasadniczych kwestii a antropologicznych i eklezjalnych: gaudium et spes.Radość staje się tematem najpoważniejszym, gdy uświadamiamy sobie, że dorastamy do wieczności, która w pełni radości, w szczęściu upatruje cel ludzkiej egzystencji. Jeżeli ta radość wypływa z Boga, to mamy do czynienia z radością teologalną.W warstwie językowej gaudium, co oznacza radość, uciechę, taniec, śmiech, albo też w formie czasownikowej gaudeo – cieszyć się, chętnie widzieć, lubić, odnajduje w warstwie semantycznej sąsiedztwo kilku innych wyrażeń typowych dla świata biblijnego: exultatio – radość, wesele, uniesienie; laetitia – radość, wesele, uradować, ale też wesołość, piękno, wdzięk. Dla zrozumienia tematu należałoby przywołać również: delectare – cieszyć się, uradować się, dać pociechę, laetificare – rozweselać, weselić się; consolare – pocieszać, być obroną; exhilare – weselić, rozpogadzać, które nakierowane są zarówno na Boga, jak i na bliźniego oraz dzielenie się radością. Do pełni obrazu należy zwrócić uwagę, że Pismo św. używa dla określenia radości greckich słów: chara, chairo, a zatem podobnej konstrukcji, co charis – łas­ka. Skojarzenie to bardzo wymownie pozwala otworzyć się na przestrzeń Boskiej łaskawości. Co więcej pozwala nam szukać źródeł radości nadprzyrodzonej. Głęboka biblijna radość jest darem nieba. Pojawia się w wolnym, wyswobodzonym z grzechu i zadufania w sobie, sercu. Każdy smutek, poza tym, który prowadzi do nawrócenia, rzuca cień na życie człowieka i wprowadza na drogę wątpienia, następnie grzechu. Radość chrześcijańska jest darem Ducha Świętego, Ducha w swej zasadniczej funkcji pocieszenia. Wypływa ona z czterech powodów:

· z ogarnięcia dziejów Boską opatrznością;

· z darmowej miłości ofiarowanej przez Ojca;

· z udzielenia Ducha Świętego;

· z oczekiwania błogosławionej nadziei. Charakterystyka radości

Radość wynika z jedności; nie tylko z połączenia, bliskości Boga, ale jest świętowaniem jedności. Komunia osób, komunia Kościoła, komunia z Bogiem jest nosicielem radości bliskiego i pełnego spotkania. W swej najwyższej formie, która spełnia się w historii jest radością połączenia tego, co ludzkie i boskie, radością hipostazy, wypływającą z wnętrza bytowania Chrystusa. Tajemnica Wcielenia zostaje przedłużona w tajemnicy zmartwychwstania, gdzie radość wypływa ze zwycięstwa nad dokuczliwością i upokorzeniem śmierci. Jest wtedy ona tchnieniem niebios, odnowieniem życia niepowstrzymanego, boskiego. Radość wynikająca z połączenia nieba i ziemi, rzuca snop światła na codzienność i przemienia życie w taniec stworzenia. Można by radość opisać jako muzykę bytu. Jest to o tyle ważne, że podkreśla muzyczną pasję Matki Ledóchowskiej. Muzyka bytu objawia wewnętrzną harmonię i piękno nadprzyrodzonego ładu i odnajduje w tonacjach pokoju swe wypełnienie. Radość wydobywa się z serca na zewnątrz w postaci uśmiechu miłującej twarzy. Ten wymiar radości jest tak istotny, że św. Urszula mówi o apostolacie uśmiechu. Wreszcie posiada ona charakterystykę eschatologiczną. Na zakończenie przypowieści o sługach i talentach czytamy: Byłeś wierny w rzeczach niewielu, nad wieloma cię postawię: wejdź do radości twego pana! (Mt 25,21). Radość Pana obwieszcza zbawcze skąpanie w szczęściu.Te wszystkie wątki znajdują odzwierciedlenie w pismach pozostawionych przez Matkę Ledóchowską, postarajmy się je przywołać. Brat Roger z Taize stwierdza: Dobroć serca to umiejętność okazania za pomocą wyrazu twarzy, tonu głosu, że każda istota ludzka potrzebuje miłości[7].

Natura boskiej radości

Pragnąc budować prawdziwy obraz radości, należałoby mówić o Boskiej radości. Przy okazji refleksji nad treścią teologiczną Litanii Loretańskiej, a konkretnie wezwania Przyczyno naszej radości, święta Urszula kreśli dzieli się intuicją: Potrzeba nam świę­tej radości, wesela Bożego. Dusza bez radości to du­sza bez siły, bez odwagi, bez energii. Radość jest nam tak potrzebna, jak kwiatu promienie słoneczne. Bez niej nie ma właściwej pracy nad sobą. Ciągniemy na­sze jarzmo stękając, bez polotu, bez ochoty do walki. Ale czasem trudności, troski, kłopoty życia tak nas przygnębiają, że święta radość ucieka od nas i podda­jemy się niezdrowemu, szkodliwemu dla życia duszy smutkowi[8] Radość ufundowana na Bogu odwołuje się do dwóch sytuacji:Radości z nawrócenia jednego grzesznika niż ze sprawiedliwych (Łk 15,7), a więc z tego, że brat… umarły, znów ożył, zaginął a odnalazł się (Łk 15,32) Ufność. Uśmiech na twarzy pogodnej mówi o szczęściu wewnętrznym duszy złączonej z Bogiem, mówi o pokoju czystego sumienia, mówi o beztroskim oddaniu się w ręce Ojca niebieskiego, który nie zapomina o tych, co Mu bez granic ufają[9].Radość kojarzy się zasadniczo z postawą otwarcia na rzeczywistość, podstawową wolnością i miłością. Umiłowanie stworzenia – Bożego dzieła, umiłowanie człowieka, wreszcie zamiłowanie do Bożych dróg wplecionych w wielką i prozaiczną historię ludzi i narodów wyznacza jej miarę i wagę.

Pedagogia radości

Ledóchowska nie tylko wyznacza miarę ideału, ale i konkretne środki. Wskazuje na swoistą pedagogię wznoszenia, jako metodę pozbywania się smutku. Wiąże się to z zasadniczym nurtem duchowości – Sercem Chrystusa. Pisze w Rozmyślaniach o Maryi, która wyprowadza ze smutku poprzez:

– wskazanie otwartego Serca

– oderwanie się od ziemi płaczu;

– otwarcie oczu duszy na świat Boży, świat miłości i szczęścia[10].

Serce Chrystusa w tajemnicy przebicia włócznią pozostaje zawsze otwarte, jest ono miejscem ucieczki, rajem na ziemi. Jest to miejsce, gdzie urszulanka zamyka się, by żyć tylko Jezusem i rozpala swą twarz radością pochodzącą z głębi tej miłości. Pyta: Czym są troski, bie­dy i bóle ziemskie wobec tego szczęścia, w zachwy­cie miłości, u stóp Jezusa i Maryi?

Chrystologia uśmiechu

Dzieci najdroższe, Przenajświętszy Sakrament to słońce życia naszego, to nasz skarb, nasze szczęście, nasze wszystko na ziemi. (…) Kochajcie Go [Jezusa] w Sakramencie Miłości! Niech On będzie źródłem Waszej radości, Waszego pokoju…[11] Szukaj gdzie chcesz, nigdy nie znajdziesz więcej szczęścia, jak w tym błogim zachwycie duszy pogrążonej w cichej modlitwie u stóp Tabernaku­lum. Tam najpewniej znajdziesz siłę w słabości, pociechę w zmartwieniu, radę w wątpliwościach, szczęście w krzyżu – bylebyś z wiarą i miłością oczy swe ku Jezusowi podnieść umiała.[12] O Panie, niech będę jak promyk słoneczny, Co wszędzie pociechę i szczęście roznosi, Co wszędzie Twą chwałę i dobroć Twą głosi, Co jakby Twój uśmiech, o Panie przedwieczny[13]. Przy Nim, z Nim nie odczujesz boleśnie braku dóbr ziemskich, bo mając Jezusa czuć się będziesz bogatą. Przy Nim nie odczujesz ciężaru pracy, bo pracować z Jezusem i dla Jezusa to dla duszy kochającej zaszczyt i radość[14]

Paschalny wymiar radości (serca konającego)

Jedną z najbardziej dojrzałych form radości jest radość paschalna, gdyż wywodzi się z największych tajemnic chrześcijaństwa. Matka Urszula wiąże prawdę krzyża z prawdą o radości i szczęściu: Szczęście zakonne rodzi się w miłości Bożej. Im więcej miłości, tym więcej szczęścia. A że chętne dźwiganie krzyża rodzi miłość, a miłość szczęście, więc dusza zakonna raduje się w tych krzyżykach, bo wie, że są dla niej źródłem miłości, a tym samym źródłem szczęścia[15]. Zdarza się czasem, że człowiek opatrznie rozumie wezwanie paschalne Mistrza do noszenia krzyża i otacza się urojonymi krzyżami, skupia się na swoim świecie i czyni z życia pasmo udręczenia. Taki stan może owocować jedynie smutkiem, zniechęceniem czy przygnębieniem. Dopiero wtedy, gdy pojawia się świadomość, że życie zakonne podejmuje się z miłości ku Chrystusowi Ukrzyżowanemu, trudności, zmęczenie, cierpienie czy przykre okoliczności codziennego życia przybierają jak to nazywa św. Bonawentura formę pocałunku Zbawiciela i wyzwalają radość służenia[16]. W jednym z artykułów w Dzwonku św. Olafa pisze:w miarę jak dusza wnika w tajemnicę krzyża, im głę­biej zrozumie, że krzyż to ostatnie słowo miłości, im lepiej nauczy się ko­chać krzyż dla Ukrzyżowanego, tym szczęśliwsza będzie na tym padole, i już nie ona krzyż, ale krzyż ją dźwigać będzie coraz wyżej, coraz wyżej w jasne regiony przedwiecznej miłości[17]Matka Urszula pointuje: Ten krzyż bierz co dzień z radością na siebie, a wykonasz to, czego Pan Jezus sobie życzy, gdy mówi do ciebie: Jeśli chcesz iść za Mną…[18]Radosny stosunek do trudu codziennego jest postawą wywodzącą się w tradycji urszulańskiej z kontemplacji krzyża. To, co u progu trzeciego tysiąclecia rozbrzmiało najmocniejszym akordem – kontemplacja oblicza Chrystusa (por. NMI), towarzyszyło św. Urszuli w tajemnicy modlitwy, jak i posłudze słowa pisanego. Swoim córkom duchowym radzi:Wpatruj się w te oczy gasnące, wyraz niewypowiedzianego cierpienia, w rany pokrywające całe ciało. Wsłuchuj się w słowa bólu: „Boże mój, Boże, czemuś mnie opuścił!” a serce Twe rozpali się miłością do Jezusa Twego, zrozumiesz, że krzyż nawet może być źródłem szczęścia, nauczysz się powoli do krzyży życia swego wyciągać ręce i jak św. Andrzej wołać: Witaj Krzyżu św., jedyna moja nadziejo![19]W tradycji tej istnieje szczególnie uprzywilejowana sytuacja, z której św. Urszula uczyniła klucz do życia duchowego: Najsłodsze Serce Jezusa Konającego[20]. Ojciec ofiarował Serce Syna jako drogocennym największy skarb w życiu doczesnym – naszą pociechę, naszą radość, naszą miłość[21]. Jedną z praktyk jest pocieszanie Boskiego Serca. Jeżeli człowiek ma pocieszać, to sam nie może być pogrążony w smutku czy rozżaleniu. Wewnętrzna mobilizacja do radości posiada ogromną siłę przemieniającą serce. W sensie antropologicznym, psychologicznym jest drogą od odrywania się, dystansowania od własnych stanów uczuciowych, by w miejsce tych negatywnych, osadzać pokój i miłość. W Dyrektorium znajdujemy płomienne słowa, niemal wołanie z miłości:Serce Konające Jezusa, jakże Ciebie nie kochać za wszystko, coś dla nas uczyniło! Tyś konało, by stać się dla mnie źródłem słodyczy, świętej radości, nadziei i pokoju – i ja bym nie chciała ofiarować Ci mego życia jako ofiary całopalnej zadośćuczynienia?[22]Użyte w przytoczonym tekście wyrażenie święta radość, pojawia się w powiązaniu z ideą Serca Konającego, a zatem czymś kluczowym dla charyzmatu urszulańskiego. Radości, o której mowa Święta nadaje charakter ekspiacyjny. Można by zatem munus gaudiae nadać znaczenie chrystologiczne. Obowiązek pocieszenia Chrystusa rodzi się ze świadomości daru. Adorowanie konania powinno wyzwolić świadomość ogromu miłości Jezusa ku nam i uczyć płacić miłością za miłość, ofiarą za ofiarę, krwią za krew[23]. Urszula szuka dla swych sióstr rozwiązań głęboko teologalnych. Tak formuje ich wyobraźnię religijną, by Chrystus był dla nich i prawdziwym oparciem. Pisze w rozdziale O nabożeństwie do Serca Jezusa Konającego:Gdy ci ciężko, tak jak święty Jan wspieraj głowę na Boskim Sercu, które ciebie tak bardzo kocha – i przeminie smutek, bo w miłości Boskiego Serca znajdziesz radość i pocie­chę[24]. Odwaga pocieszenia, zamieszkania w bliskości Miłującego Serca Zbawiciela staje się podstawą wzajemności radowania. Możemy przeczytać następujące wyjaśnienie: Jednego pragnę, bym mogła liczyć na was w chwilach trudnych, by byle przykrość was zaraz nie zniechęcała. Nie, dzieci moje, droga krzyżowa jest najbezpieczniejsza i chętnie po niej chciejmy kroczyć. Gdy się chętnie krzyż przyjmuje to daje on – mimo bólu, jaki sprawia – dziwną radość[25] Najbardziej dojrzała chrześcijańska radość oscyluje w kierunku tych wydarzeń, które stały się dowodem największej miłości i mocy: tajemnicy męki naszego Pana. Tu duchowość radości i optymizmu znajduje swe najbardziej uzasadnione źródło. W tajemnicy konającego Boga największa miłość tryska na ludzką historię i nadaje jej nowy odkupieńczy sens. Zatrzymanie się u wrót tego dramatu otwiera na Kościół, który jest zrodzony z tego konania. Agonia Chrystusa, picie kielicha cierpienia domaga się zdaniem Urszuli dwóch odpowiedzi: uczenia się miłowania Chrystusa za ogrom miłości, jakim ukochał[26] oraz rozumienia krzyża codziennego jako radości: Krzyżyki naszego życia to nasza pokuta na ziemi, to nasza radość, to miłość, miłość ku naszemu Bogu[27]. Konanie Chrystusa dowodzi niezbicie, że miłość jest mocniejsza niż śmierć.

Ascetyczny wymiar pogody ducha

Wywodząc radość z teologii konania, docieramy w sposób oczywisty do powagi i wymagań tego uzasadnienia. Przywołujemy zatem ascetyczny wymiar promienności serca. Św. Urszula pisząc swój testament, formułuje go w 18 próśb–zaleceń, pomiędzy którymi znajdujemy pogodę ducha. Ledóchowska poucza swe siostry:Zaparcie się siebie, umartwienie nieustanne swej natury, choćby w najdrobniejszych rzeczach, oto twój krzyż zakonny, który dobrowolnie wzięłaś na siebie, i dlatego radośnie, z miłością powinnaś go dźwigać – z miłości ku swemu Panu, który z miłości ku tobie skonał na krzyżu hańby i boleści[28]. Jednak pokuta Matki Ledóchowskiej przybiera niespodziewany kształt. Wyznaje: prosić chcę Jezusa, bym rozumiała obowiązek pokuty, pokuty czystej miłości, jasnej, pogodnej… zrodzonej z miłości i do miłości prowadzącej. Z tego wynika uzasadnienie radosnego zwyciężania niedyspozycji czy negatywnych stanów uczuciowych. Nasza święta pisze:stała pogoda duszy jest największą pokutą, prawda to, bo niemało po­trzeba siły woli, przezwyciężania się, umartwienia, by stale – mimo trudności, przykrości, niepowo­dzeń, niepokojów, niezdrowia, cierpienia – być za­wsze pogodną, jasną, słoneczną, spokojną![29] …niemało hartu potrzeba duszy, by nie dać się wyprowadzić z tej jasnej pogody. Nie tak łatwo być „słoneczną”, gdy niepokój szarpie, gdy ludzie męczą i dręczą, gdy nawał pracy chwilki spokoju nam nie zostawia, gdy choroba podkopuje siły ciała i ból fizyczny i moralny nas szarpie, gdy dusza upa­da pod ciężarem krzyża! Niełatwe to! I tylko dusza zgodna z wolą Bożą, dusza szukająca szczęścia w woli Bożej, w jasnych regionach Bożych, potrafi mimo wszystko zachować w sobie tę świętą pogodę, to jasne, słoneczne, Boże szczęście[30].To obszerne przywołanie słów wydobywa ethos radości, który jest heroizmem świętej pogody, zwycięstwem nad ograniczeniami ludzkich odczuć i ciągów psychologicznych, jest zdecydowanym triumfem nad naturą skłonną do opieszałości i smutku, a ostatecznie wiernością odwzorowywania – swoistą maior similitudo – szukaniem radykalnego odwzorowywania postaw Chrystusa, który konsekwentnie wcielał dzieło Ojca. Przywołuje szczególnego rodzaju świadomość: Duch ludzki, który czuje się wyższym ponad materię, szuka przestworzy, szuka tego, co nie przemija i radością powtarza słowa Chrystusa Pana: Skarbcie sobie skarby w niebie[31]. Z wysokości nieba uczy się gromadzonej radości.Urszula przekonuje siostry: z radością wspominać będziemy u Boga o łzach i tęsknotach dzisiejszej chwili. Więc idźmy naprzód! Choć dziś we łzach siejemy z radością żąć będziemy[32].

Konsekracyjne fundamenty radości

Nasz Mistrz Jezus Chrystus przywołuje kilkakrotnie wyrażenie: pełnia radości. W najważniejszym momencie wydarzeń paschalnych mówi do apostołów: To wam powiedziałem, aby radość moja w was była i aby radość wasza była pełna (J 15,11). Radość rodząca się jak wiara ze słuchania i wypełniania się prawdy. Słuchanie Mistrza pozwala zdobyć boski rodzaj radości, która przemienia serce. Jest to radość dzieł nadprzyrodzonych, na którą zwraca uwagę św. Paweł: Z radością dziękujcie Ojcu, który was uzdolnił do uczestnictwa w dziale świętych w światłości (Kol 1,12). To uzdolnienie pojawia się praktycznie w możliwości podjęcia życia duchowego i wyboru życia konsekrowanego, a podobne jest do historii wytrawnego poszukiwacza pereł, który znalazłszy jedną, bardzo cenną, ukrył ją i z radości poszedł, sprzedał wszystko, co miał (Mt 13,44), by nabyć skarb. Istnieje radość, której nie da się wyzwolić poza horyzontem radykalizmu. Rozciąga się on na wspólnotę dążeń i ducha, jak na to zwraca uwagę przywoływany już Apostoł narodów: dopełnijcie mojej radości przez to, że będziecie mieli te same dążenia: tę samą miłość i wspólnego ducha, pragnąc tylko jednego… (Flp 2,2). Tym jednym jedynym mianownikiem jest tracenie z oczu siebie, by mieć udział w Duchu.

Radość czystości

Ślub czystości nie tylko strzeże niewinności serca, ale pozwala miłości się rozwijać i zamieniać ją na życie niebiańskie[33]. Czystość serca – według znakomitego stwierdzenia Ledóchowskiej – to serce stworzone dla nieba[34], w którym wszystko się wznosi w porywie miłości ku Bogu[35]. W Dyrektorium, w rozdziale o czystości, nasza święta zwraca uwagę na czuwanie nad sercem, by nie zwracało się ono ku stworzeniu, stwierdza, że lilia czystości musi być otoczona cierniem pokuty, by nie utraciła swego blasku[36]. Wysiłek powstrzymywania zmysłów, obfitując wolnością wewnętrzną, gdy stworzenie nie krępuje już duszy, pozwala być zawsze spokojnym, pogodnym, zawsze z uśmiechem na ustach, a nade wszystko być zadowolony z Boga[37].Biblijna radość nie dotyczy jedynie serca, mowa jest o radości ciała: Dusza moja pragnie i tęskni do przedsionków Pańskich. Moje serce i ciało radośnie wołają do Boga żywego (Ps 84,3). Owo wołanie radości, przejawiające się w ciele, w uśmiechu, jest drogą Urszuli.

Radość ubóstwa

Ślub ubóstwa poza wymaganiami ograniczenia materialnego w dziedzinie środków wnosi szczególny rodzaj wolności duchowej od tego co doczesne i przemijające oraz pozwala nade wszystko ufać Bogu, a nie naturalnym rozwiązaniom. Taki rodzaj ufności fundowany na boskich możliwościach pozwala przeżywać swoistą radość dzieci Bożych. Wiąże się to ze świętowaniem prawdy na wzór Maryi, która im bardziej jest uboga, bym bardziej Boża…[38]. Jakże to piękne – pisze Matka Urszula – iść uboga za ubogim Jezusem, cieszyć się z niedostatku, kochać go, kochać i niewygody, które z niego wypływają[39]. Gdy ubóstwo dokucza, radujcie się i śpiewajcie chwałę Panu, bo duch wasz mężnieje i staje się zdolniejszy do wszelkich ofiar i do wielkiej świętości. Wytrwajcie w radości, chwaląc Pana w swym ubóstwie[40].Ubóstwo związane jest wewnętrznie z nadzieją, z posiadaniem Boga – ostatecznego szczęścia w przyszłym świecie. Urszula wskazuje na piękno czystego posiadania. Pisze: Z Twoją Jezu mój przyjaźnią świat nigdy nie będzie smutny, a życie bez uroku. Obym umiała zrozumieć czyste szczęście posiadania Ciebie[41].

Otoczenie wolą Bożą (posłuszeństwo)

Posłuszeństwo konsekrowane – jak to formułuje Vita consecrata w numerze 21 – objawia wyzwalające piękno uległości synowskiej, … przenikniętej wzajemnym zaufaniem: to zaufanie jest doczesnym odblaskiem harmonii miłości (VC 21). W pismach naszej Świętej możemy odnaleźć podobny ładunek ufności i uległości. Mówi o radosnym poddaniu się woli Bożej, które prowadzi na szczyt świętości[42]. W tym świetle św. Urszula zachęca: Kochajcie wolę Bożą. Zgryźcie odważnie gorzką i twardą łupinę tego rajskiego orzecha, który Bóg Wam daje: wewnątrz słodkie, szczęścia pełne jądro woli Bożej znajdziecie[43]. Wewnętrzne otwarcie na wolę Boga daje pokój tak głęboki, że człowiek spoczywając w woli Pana, nie musi już walczyć z troskami, czy strachem. Dzięki temu mówi siostrze: będziesz zawsze szczęśliwa, i to szczęście zamieni Cię w sło­neczko dla innych, nawet w słoneczko dla Jezusa, otoczonego obojętnością, chłodem, ciemnością w tabernakulum[44].W liturgicznych pieśniach Starego Testamentu znajdujemy hebraizmy ukazujące miarę radości, jak napełnianie radością (Ps 21,6) czy radowanie się radością (Ps 106,7). Bardzo mocno na wyobraźnię religijną wpływa wyrażenie: opasałeś mnie radością (Ps 30,12), co można rozumieć jako: być posłusznym radości. W Testamencie Matki Urszuli znajdujemy słowa:Jeżeli… przyszłaś do zakonu, by szukać Boga, to musisz też w zakonie znaleźć szczę­ście, bo masz tu źródło szczęścia… otoczona jesteś wolą Bożą. Czego więcej do szczę­ścia Ci potrzeba? A jeżeli to szczęście zakonne uznajesz i rozumiesz, musisz być szczęśliwa, a to szczęście Boże, niezależne od zewnętrznych oko­liczności, musi świecić na zewnątrz i ciepło wyda­wać – i przez to staniesz się „słoneczna”.[45]Słoneczne, pełne ciepła posłuszeństwo, dzielne i konsekwentne staje się ideałem wierności. Tak wierność przemienia optykę widzenia i interpretowania, pozwala wszędzie dostrzegać wolę Oblubieńca: Wszędzie znajdę wolę Twoją – w radości i w cierpieniu, w upokorzeniu i w chwale, w zdrowiu i w chorobie, w jasnych pro­mieniach słonecznych i w czarnych, złowrogich chmurach gradowych, w śpiewie słowika i w huku grzmotów, w życiu i w śmierci.[46]

Apostolska słoneczność duszy

Wymiar chrystologiczny i konsekracyjny znajduje swą skuteczną realizację w apostolstwie. Współcześni filozofowie jak Heidegger, ostateczne rozumienie wolności formułują: pozwól rzeczom być, jakimi są. Pozwolić rzeczom być jakimi są, oznacza wielkie zaufanie do natury, do struktury świata. W istocie jest przerażające. Z duchowego punktu widzenia oznacza bowiem coś najbardziej przeciwnego chrześcijaństwu. Znaczy tyle, co: pozwól wszystkiemu zginąć. Święty całe swe życie poświęca, by wszystko należało do Boga. Matka Ledóchowska stwierdza; Tylu pracuje dziś ludzi, by dusze odciągnąć od Boga. Czy nie naszym to zadaniem trzymać wysoko sztandar wiary i to, cośmy darmo wzięli – ten najcenniejszy Boży dar wiarę świętą – darmo dawać innym tęskniącym do światła, do Boga[47].

Ideał duchowy promienna wesołość

Może największym aktem miłości bliźniego jest stała słoneczność duszy, rozsyłająca wszędzie pro­mienie swe jasne i ciepłe. Przechodzi taka dusza sło­neczna cichutko, jak ten promyk słoneczny, może nawet ubolewa nad tym, że nic dobrego nie robi, ale nie wie, ile wywoływała jej słoneczność na ustach uśmiechów jasnych, w ile serc wlewała balsam po­ciechy, jak często rozgrzewała serca zimne, obojęt­ne, ile rozpędzała chmur nieufności, nawet rozpa­czy, ile szczęścia rozsiewała bezwiednie naokoło siebie! Nie wie o tym, ale Bóg wie i policzy jej to szczęście, co daje innym, jako zasługę[48].

Apostolstwo uśmiechniętej twarzy

Mam być apostołką i mogę nią być przez miłość bliźniego, przez dobroć, przez pogodę ducha, bo to jest apostolstwo czynu, które czasem więcej działa aniżeli słowo[49]. A na innym miejscu: Twarz pogodna, uśmiechnięta jest prawdziwym apostołem czasem bardziej skutecznym niż ogniste kazanie, bo mówi o duszy szczęśliwej w Bogu[50]. Jedną z zasadniczych wartości duchowości Urszuli Ledóchowskiej jest radość, pogoda ducha. Przynależy ona do narzędzi ewangelizacyjnych: „apo­stolstwo, które szczególnie dziś, w naszych czasach, bar­dzo jest pożądane, potrzebne i skuteczne”. W jednym ze swych artykułów pisze: Uśmiech na twarzy twej wywołuje uśmiech na innych twarzach, a z uśmie­chem wstępuje do duszy trochę radości, trochę ciepła, trochę ufności. Uśmiech rozprasza chmury nagromadzone w duszy. (…) Uśmiech na twarzy twej pozwała każdemu zbliżyć się bez obawy do ciebie, by cię o coś poprosić, o coś spytać, bo już z góry obiecuje twój uśmiech chętne spełnienie prośby, grzeczną odpowiedź. Nieraz uśmiech twój wlewa do duszy zniechęconej, smutnej, zbolałej, jakby nowe życie, nadzieję, że nastaną lepsze czasy, że nie wszystko stracone, że Bóg czuwa[51] Potrzeba nam dusz dobrej woli, wielkiej energii, Bożego zapału, z wielkim zapasem zdrowej wesołości, bo trzeba wiedzieć, że ta promienna i niezmienna wesołość – to wielki apostoł, który mówi skuteczne kazania bez słów, który bez oratorskiego talentu tłumaczy duszom, że do­bry jest Pan, że jarzmo jego słodkie i brzemię lekkie[52]. A jeszcze o tym pamiętaj: dusza słoneczna jest sama przez się apostołką – bezwiednie apostołuje, prowadzi do Boga, bo mówi ludziom bez słów, ale uśmiechem swym jasnym, że dobrze, bardzo dobrze Bogu służyć, że służyć Bogu to znaleźć szczęście i pokój, jakich świat dać nie może. Być w dobrym humorze, kiedy wszystko idzie według twej myśli – to nietrudno, to nie jest cnotą. Lecz mieć zawsze dobry uśmiech na ustach, zawsze być pogodną, zawsze w dobrym humorze, choć krzyż ciąży na twych barkach, smutek cię ogarnia, trudności piętrzą się naokoło ciebie, praca cię osła­bia – to jest cnota, to znak duszy ściśle złączonej z Jezusem Ukrzyżowanym, która się cieszy, że mo­że cierpieć z Jezusem, lecz która nie chce przyczy­nić cierpień innym; która chce cierpiąc dać szczę­ście innym. Mały promyczek słoneczny, który nigdy nie gaśnie, bo źródło jego światła w Sercu Jezusowym[53].

Radość jako źródło dobrego apostolatu

A jeszcze o tym pamiętaj: dusza słoneczna jest sama przez się apostołką, bezwiednie apostołuje, prowadzi do Boga, bo mówi ludziom bez słów, ale uśmiechem swym jasnym, że dobrze Bogu służyć, że służyć Bogu, to znaleźć szczęście i pokój[54]. Pragnę dać wam wskazówkę płynącą ze szczerego serca, które pragnie widzieć was zawsze szczęśliwymi i dobrymi. Starajcie się przejść przez życie niosąc szczęście swoim bliźnim. Bądźcie jak jasny płomień słońca, który dla każdego stworzenia ma ciepło i światło[55]. W jednym z wierszy pisze: Warto całe życie przegnić wśród cierpienia, Warto całe życie nie mieć blasku słońca, By dźwignąć jedną duszą z przepaści zwątpienia W szczęście bez końca[56].

Radość jako objawienie dobra

Refleksję o radości możemy rozpocząć, bądź wysoko w niebie, szukając jej podstaw teologicznych, bądź zupełnie blisko, zakotwiczonej w codzienności, pośród zwykłych spraw. Św. Urszula dostrzega oba te wymiary. Dobroć okazywana, ofiarowana przybiera między innymi formę codziennego promyka słońca twarzy:Życie codzienne daje tobie tyle okazji czynienia dobrze, okazywania się dobrą! Uprzejme, serdeczne słowo pociechy, miły uśmiech, mała usługa oddana siostrze, która jej potrzebowała, lecz nie śmiała o nią prosić, pomoc ofiarowana siostrze zniechęconej, by na dobre nie opuściła rąk – to wszystko i tysiące innych, małych aktów dobroci czekają na ciebie w ciągu dnia. Musisz tylko mieć oczy otwarte i chwycić te okazje do aktów dobroci, jak tylko je widzisz. I dzień twój będzie dniem do­broci, dniem pokuty miłości, pociechą dla Najświęt­szego Serca Jezusa Konającego, małym promyczkiem słońca dla wszystkich sióstr, które ciebie ota­czają w życiu zakonnym[57].

Ludzka radość, radością Boga

Bądźcie więc słoneczne, Dzieci moje, jasne, pogodne, i ucieszycie tym Serce Boże, i będziecie pociechą dla przełożonych Waszych, dla sióstr Wa­szych, dla wszystkich, z którymi macie do czynie­nia, i co najważniejsze, spełniać będziecie ochoczo i wesoło wolę Bożą, która jest – jak mówi święty Paweł – Waszym uświęceniem. „Bo wolą Bożą – wasze uświęcenie”. Więc zawsze wesoło, pogod­nie, słonecznie, z ufnością do góry, do Boga![58]

Wspomaganie w krzyżu codzienności

Idźcie w świat z uśmiechem na ustach. Idźcie rozsiewać trochę szczęścia po tej łez dolinie uśmiechając się do wszystkich szczególnie do smutnych do zniechęconych życiem do upadających pod ciężarem krzyża uśmiechając się do nich tym jasnym uśmiechem, który mówi o dobroci Bożej[59].

Być jak słońce dla ziemi

Potrzeba nam dusz dobrej woli, wielkiej energii, Bożego zapału z wielkim zapasem zdrowej wesołości, bo trzeba wiedzieć, że ta promienna, niezmienna wesołość, to wielki apostoł, który mówi skutecznie kazania bez słów, że dobry jest Pan, że jarzmo jego słodkie, a brzemię lekkie[60]ta pogoda duszy, to szczęście duszy jest naj­dzielniejszą pomocą w pracy nad sobą, jest dla duszy tym, czym słońce dla ziemi. Jak pod działa­niem promieni słonecznych rozwijają się kwiaty, dojrzewają owoce, tak i w duszy pogodnej, słonecz­nej rozwija się cudny kwiat świętości, wydający najróżnorodniejsze owoce cnót.Słoneczko na niebie, dusza słoneczna na ziemi – ile szczęścia dają światu, ile błogosławieństwa przy­noszą ludziom, ile pociechy sercom![61]

Uśmiech szczęścia pośród umęczonego narodu

Za swą życiową misję uznała pomoc Polsce. W jednym z odczytów w Kopenhadze w 1917 roku stwierdza: będę szczęśliwa i wdzięczna, jeżeli zdołam w waszych sercach wzbudzić uczucie gorącej sympatii dla mego kraju i narodu, który bardziej niż jakikolwiek inny potrzebuje świadomości, że znajdą się na tym świecie serca, które serdecznie zatroszczą się o jego los[62]. Nie cofam się przed żadnym wysiłkiem. Dałby Bóg, aby te moje próby rzeczywiście stały się dla cierpiącego narodu polskiego ogrzewającym, świecącym i przynoszącym pociechę promykiem słońca[63]. H. Sienkiewicz w cieniu jej wypowiedzi odkrywa najgłębszy, teologiczny sens jej wysiłków:Serce kobiety, pełne żaru i współczucia, woła o pomoc dla nieszczęśliwych, lecz serce Polki-patriotki sięga dalej: pragnie ujrzeć po dniach męczeństwa świt zmartwychwstania swego narodu[64]

Rola kobiet polskich

Jest to powołanie kobiety spieszyć tam, gdzie płyną łzy, gdzie panuje głód i nędza, aby cierpieć z tymi, co cierpią, aby płakać z tymi, co płaczą. Jest to zwłaszcza powołanie kobiety polskiej, bo ona należy do narodu, dla którego dawno zaszło słońce szczęścia. Cierpieć z cierpiącymi rodakami, głodować z głodnymi, wywoływać uśmiech szczęścia na twarzy nieszczęśliwego – to szczęście, do którego dąży[65]

Śpiew

W psalmie 105 znajdujemy religijne źródła radości: Szczyćcie się Jego świętym imieniem; niech się weseli serce szukających Pana! (Ps 105, 3). Przynależność do Boga, znajomość jego Imienia stanowi powód do wypowiedzenia stanu serca poprzez zastosowanie leksemów grać i śpiewać. Odzwierciedla to podziw, entuzjazm i wdzięczność, wyrażone w okrzykach, w muzyce i w gestach[66].

Radość eklezjalna

Z papieża: Wczoraj wszystkie zapasy białego i żółtego materiału do flag papie­skich zostały wykupione. Aż oczom nie chce się wierzyć! Kochana flago papieska, pod którą walczyli dzielni Żuawi Ojca Św. wylewając krew swą, oddając swe życie w obronie papiestwa, wróciłaś nareszcie z długiego wygnania. O, jak głośno oznajmiasz całemu światu, że Kościół nieśmiertel­ny, że opoki Piotrowej bramy piekielne nie zwyciężą!Wszyscy, którzy tylko mogą, udają się do Św. Piotra na Mszę uroczy­stą, której wysłucha Ojciec Św. w bazylice swojej, na błogosławieństwo papieskie z loggi św. Piotra. Widziałam, jak wnoszono Ojca Św. do prze­pełnionej ludem bazyliki: biała postać -jasna, promienna, na sedii gestato-rii5; widziałam te tłumy rozentuzjazmowane, uszczęśliwione. „Eviva ii Papa Re”6 – rozlega się w bazylice głos ludu potężny, jak szum oceanu -coraz głośniej… powiedziałabyś, że cała bazylika przyłączyła się do tego wołania radości: „Eviva il Papa Re”.[67]Dzieci moje drogie, chciałabym w Was rozbudzić tę wielką, wielką miłość, to dziecięce przywiązanie do Ojca Św., Zastępcy Chrystusa Pana, Następcy Piotra św. Może my, tak daleko mieszkając od Stolicy Chrześci­jaństwa, nie dość rozumiemy, jakie to szczęście należeć do Kościoła św. katolickiego, jakie to szczęście mieć Ojca, który nas drogą Bożą prowadzi, który ma zapewnioną pomoc Ducha Prawdy, który wskazuje, jak dostać się do nieba![68]

Zakończenie

Duchowość św. Urszuli Ledóchowskiej pozostaje optymalną dla postawienia z całą powagą pytania o formację do radości: jak uczyć się radości, która jest świadectwem wewnętrznego ładu i formą służby człowiekowi uwikłanemu w smutek i rozpacz. Radość przeżywana z braćmi i siostrami, stawałaby się przygotowaniem do tego wiecznego, niekończącego się wymiaru przyszłego życia. Jak rozwinąć zdolność do radości, jak utrwalić ją i pogłębiać, by doskonale osiągnąć ją poza granicą doczesności? Moglibyśmy za Chrystusem, który przy bezradnych ludziach, zachowywał się szczególnie, powtórzyć scenariusz z Sydonu, znad Jeziora Galilejskiego. On, ujrzawszy głuchoniemego dotknął go, a spojrzawszy w niebo, westchnął i rzekł do niego: Effatha, to znaczy: Otwórz się! (Mk 7,33-34). Owo otwieranie się jest dziś czymś zasadniczym. Otwórz się na radość. Nie dowierzaj smutkowi. Otwórz się człowieku! Otwórz się Europo! Współczesny krajobraz spustoszony przez wątpienie, destrukcję świata wartości, domaga się posługi zdrowej radości i to zupełnie innej od konwencji Ody do radości z IX symfonii D minor Ludwika van Beethovena. Jeżeli już zachwyt wielkimi postaciami, jeżeli już entuzjazm dla doniosłych wydarzeń, to można by powiedzieć, że życie Urszuli stanowiło uroczysty koncert opiewający dobroć Boga, a czysta radość posługi dla Ojczyzny i Kościoła staje się zwieńczeniem, źródłem, z którego winna pić Europa.

O. Marian Zawada OCD
W Aalborgu, Dania..
http://www.communiocrucis.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=226%3Aduchowo-optymizmu-i-radoci&catid=22%3Apoczyta-warto-&Itemid=68