Narodowy Jawor

Strona główna » Kresy

Archiwum kategorii: Kresy

Oprawca jeszcze żyje

A GASZYŃSKI

Mamusia nie mogła uciekać. Postanowiłem z nią zostać. Jeden z Ukraińców trzymał mnie za rękę, a trzej położyło matkę na ziemi i zaczęło ją przeżynać! Jak bluznęła krew, mama krzyknęła – Wacek uciekaj! – Wyrwałem się tym bandziorom i zacząłem uciekać. Strzelali za mną, ale nie trafili. Twarze ukraińskich morderców , którzy przeżynali mamę piłą, zapamiętałem na całe życie! Wciąż w moich uszach rozbrzmiewa krzyk mordowanej matki, Niektórych ze zbirów zadających jej śmierć w męczarniach rozpoznałem. Jeden z nich Iwan Rybczuk żyje jeszcze i mieszka w Gruszówce. To on przeżynał matkę piłą.

 

– Moja rodzina pochodzi z Zasmyk gmina Lubitów powiat Kowel – wspomina Wacław Gąsiorowski. – Urodziłem się w 1929 r. Moi rodzice mieli na imię Władysław i Amelia z Wiśniewskich, prowadzili gospodarstwo rolne o powierzchni 12 ha. Miałem jeszcze trzech braci Czesława, Ludwika i Stanisława. W naszym domu, jak pamiętam, zawsze panowała patriotyczna atmosfera. Ojciec walczył w Legionach marszałka Józefa Piłsudskiego i często nam o swych bojach opowiadał. Jak jeździliśmy do Kowla, to wskazywał nam miejsca, w których walczył. Zawsze nas uczył, że krwi dla Ojczyzny żałować nie wolno. Dodam też, że ojciec był także osadnikiem wojskowym i gospodarstwo w Zasmykach dostał za udział w walkach, zwłaszcza zaś za uczestnictwo w wojnie 1920 r. z bolszewikami. Ukraińcy mu tego nigdy nie zapomnieli. We wrześniu 1939 r. , gdy wracał furmanką z Kowla, napadli go w lesie i ciężko pobili.

Pochowaliśmy go w Zasmykach

– Zatłukli go praktycznie na śmierć. Koń z jego ciałem jakoś doczłapał się do domu. Pochowaliśmy ojca na cmentarzu w Zasmykach. Była to pierwsza ofiara mordów ukraińskich w naszej miejscowości. Miałem wtedy 10 lat i bardzo śmierć ojca przeżyłem. Nie bardzo zdawałem sobie sprawę z tego, co dzieje się na Wołyniu, ani z tego, że ukraiński sąsiad może zarąbać polskiego sąsiada. Matka starała się mnie chronić przed tymi wszystkimi okropieństwami. Do 1943 r. jakoś w Zasmykach dało się żyć. Owszem, trwała wojna, ale do naszej wsi związane z nią wydarzenia nie docierały bezpośrednio. Ja co prawda szybko dorastałem, ale dalej nie zdawałem sobie sprawy z tego, co nam grozi. Razem z braćmi pomagałem matce prowadzić gospodarstwo i jakoś się żyło. W 1943 r. jak zaczęły się rzezie Polaków, matka zachorowała. Pojechałem z nią do lekarza w Budkach Ossowskich, który ją leczył. Miejscowość ta była odległa od Zasmyk o jakieś 25 kilometrów. Przespaliśmy się u jakiegoś gospodarza, znajomego mamy. Nad ranem zostaliśmy obudzeni przez hałas na dworze. Okazało się, że Ukraińcy otoczyli wieś i zaczynają łapać i zbierać Polaków. Wyciągnęli nas na podwórko.

Wacek, uciekaj!

– Mamusia nie mogła uciekać. Postanowiłem z nią zostać. Jeden z Ukraińców trzymał mnie za rękę, a trzej położyło matkę na ziemi i zaczęło ją przeżynać! Jak bluznęła krew, mama krzyknęła – Wacek uciekaj! – Wyrwałem się tym bandziorom i zacząłem uciekać. Strzelali za mną, ale nie trafili. Twarze ukraińskich morderców , którzy przeżynali mamę piłą, zapamiętałem na całe życie! Wciąż w moich uszach rozbrzmiewa krzyk mordowanej matki, Niektórych ze zbirów zadających jej śmierć w męczarniach rozpoznałem. Jeden z nich Iwan Rybczuk żyje jeszcze i mieszka w Gruszówce. To on przeżynał matkę piłą. Po wojnie wpadł w łapy NKWD i odsiedział w łagrze 15 lat. Teraz jest kombatantem i chodzi w aurze bohatera walczącego o wolność Ukrainy. Ma pewnie wiele odznaczeń i dodatek kombatancki. Ja wtedy przez las uciekłem do Zasmyk. Po jakimś czasie wstąpiłem do oddziału samoobrony. By do niego się dostać, musiałem oszukać „Jastrzębia” i powiedzieć, że jestem starszy. Dzieci bowiem do partyzantki nie przyjmowano. Trafiłem do plutonu, którym dowodził ppor. „Nagiel” czyli Jan Witwicki.

W obronie mordowanej ludności

– Ja przeważnie byłem pozostawiany z plutonem na osłonę Zasmyk, choć uczestniczyłem też w pochodach oddziału. „Jastrząb” nie stał zbyt długo w jednym rejonie, ale krążył po terenie, starając się uprzedzić ruchy Ukraińców. Co rusz pokazywał się w nowym m miejscu, starając się stworzyć wrażenie, że w okolicy działa nie jeden, ale kilka dużych polskich oddziałów. Boje z Ukraińcami w obronie mordowanej ludności polskiej musieliśmy toczyć na okrągło. Zdarzało się, że przybywaliśmy z późno, tuż po dokonanej zbrodni. Nie pamiętam, jaka to była wieś, chyba Moczułki, wtedy po raz pierwszy zobaczyłem, jak „Jastrząb” płacze. A to był twardy żołnierz, który rzadko pokazywał emocje. Widok, jaki tam zastaliśmy, przechodził ludzkie pojęcie. Maleńkie dzieci powbijane na kołki w płocie. Kobiety leżały na podwórku z rozprutymi brzuchami. Jedna z nich była w ciąży. Wyrwany z jej brzucha płód leżał obok niej. Wszyscy mężczyźni mieli odrąbane siekierami głowy.

Grób dla matki

– Wszyscy zastanawiali się, jak można się posunąć do takiego zwyrodnialstwa. Wszyscy mocniej ściskali w rękach karabiny. Przechodziliśmy też przez miejscowość, w której zarżnięto moją matkę. Jej szczątki wraz z innymi pomordowanymi wrzucono do studni, które upowcy następnie zrównali z ziemią. Powiedziałem o tym ppor. „Naglowi”, ale ten orzekł, że jak wygramy wojnę to zadbamy, by pomordowani tu Polacy mieli swoje mogiły. To oczywiście nie stało się nigdy! Jak zaczęliśmy jeździć na Wołyń, to usiłowałem zlokalizować te studnie, ale tam już tak wszystko zarosło, ze nie można było niczego odszukać. Mamie urządziłem na cmentarzu w Zasmykach symboliczną mogiłę razem z grobem ojca. Napisałem na tablicy, że tu spoczywa Amelia Gąsiorowska z Wiśniewskich, która zginęła tragicznie. Nie napisałem na tablicy, że zamordowali ją Ukraińcy. Takie tablice są bowiem często rozbijane. Prawdziwy chrzest bojowy przeszedłem w Zasmykach, kiedy UPA podjęła kolejną próbę zajęcia wioski. Stałem wtedy na warcie z Józefem Łukaszewskim, jak zobaczyliśmy idącą kolumnę. Natychmiast daliśmy znać „Naglowi” , który zarządził alarm placówki.

Złapaliśmy popa

– Zajęliśmy cztery wyznaczone rubieże obronne. Przywitaliśmy napastników silnym ogniem, a później przystąpiliśmy do kontrataku. Pognaliśmy ubowców aż pod Turię za Zieloną. Tam złapaliśmy popa z torbą. – Nie bejte mene, bo ja swiaszczalnik! – zaczął krzyczeć na nasz widok. Bić go nikt nie chciał, ale jeden z chłopaków zajrzał mu do torby. Pop miał w niej noże i ulotki z napisem – smert Lacham! – Chłopaki złapali go za brodę i odciągnęli na bok. Mnie kazali się odwrócić. Pop już długo nie skamlał… Gdy następnie wyruszyliśmy na koncentrację dywizji w rejon Mosuru, zostałem łącznikiem. Jeździłem na koniu i przewoziłem meldunki. Dalej podlegałem „Naglowi”, ale ten był podporządkowany już nie „Jastrzębiowi”, ale kpt. Hrubemu. Najpierw miałem takiego konia poniemieckiego, był duży i niezgrabny. Nadawał się bardziej do celów pociągowych niż do jazdy na wierzch. Szybko go przehandlowałem, zamieniając na mniejszego konika kałmuckiego, który mi bardzo spasował. Jechał na nim ruski partyzant, też pewnie łącznik. Jak zobaczył mnie na koniu, to powiedział – ty partyzant pomieniajem! – Powiedziałem mu, że bardzo chętnie, ale pod warunkiem, że do swojego konika dołoży jeszcze pepeszę. –

Zdołałem uciec

– Ten zgodził się i po chwili jechałem na jego koniku i z jego pepeszą, a on cwałował na tym wielkim koniu. Ten „ruski kałmuczek” do partyzantki nadawał się znakomicie. Był ostrzelany, nie bał się walki i strasznie się do mnie przywiązał. Pewnego razu jechałem na tym koniku z meldunkiem i na leśnym dukcie natknąłem się na zakręcie na niemiecki posterunek. Było za późno na ucieczkę. Miałem w siebie wycelowany ciężki karabin maszynowy. Zgodnie z instrukcją wyjąłem meldunek i połknąłem, żeby się nie dostał w ręce Niemców. Ześlizgnąłem się błyskawicznie z konika i chodu w las. Niemcy puścili za mną serię z ckm-u , ale ten był nastawiony na blokowanie ogniem drogi i seria poszła w górę. Zdołałem uciec w las. Po kilkudziesięciu metrach zdążyłem się opanować i zacząłem myśleć. Usłyszałem, że ktoś za mną biegnie. Myślałem, że to Niemcy. Wycelowałem wiec w ich stronę pepeszę i czekam aż któryś wychyli łeb. Patrzę, a to mój konik za mną pędzi. Razem z nim po błotach udało mi się dotrzeć do Mosur. Porucznik „Nagiel”, jak mnie zobaczył, bardzo się ucieszył. Myślał, że na tym dukcie Niemcy mnie zabili. Spytał tylko, czy zdążyłem zjeść meldunek, czy nie wpadł on w ręce Niemców.

Pepesza się przydała

– Oczywiście jak trzeba było, to brałem udział w bojach, robiąc użytek ze swojej pepeszy, która dobrze sprawdzała się w walce. Musiałem co prawda pozbyć się złotego zegarka, żeby wymienić go na kilka zapasowych magazynków u radzieckiego partyzanta, ale się opłaciło. Pamiętam, jak raz stałem na warcie z Eugeniuszem Mariańskim moim przyjacielem z Zasmyk. Patrzę, a tu skrada się w naszą stronę kilku Ukraińców. Cofnęliśmy się w Gienkiem w opłotki, oparłem pepeszę o płot i jak podeszli bliżej, puściłem długą serię. Żaden z nich już się nie podniósł. Pozostało nam z Gienkiem tylko pójść i pozbierać ich broń. Zdobyliśmy erkaem i trzy polskie karabiny mauzery. Broni zaś nam przecież stale brakowało. Okręg AK Wołyń wymagał przecież stałego dozbrajania. Z okresu pobytu w dywizji zapamiętałem nie tylko uporczywe walki najpierw z Ukraińcami, a później z Niemcami, ale także szkolenie. Nasi przełożeni dbali nie tylko o nasze umiejętności bojowe, ale także morale. Co rusz przypominano nam, ze nie wolno w czasie akcji zabijać kobiet i dzieci. Dowództwo w rozkazach dziennych stale przypominało, że za gwałt na Ukraince każdy może zastrzelić kolegę i nie będzie za to karany.

Szturm na Świniarzyn

– Równolegle do szkoleń toczyliśmy walki o poszerzenie bazy operacyjnej do przyszłych bojów z Niemcami. Polegały one na usunięciu z terenów, na których formowała się dywizja oddziałów UPA, które przed frontem cofały się na Zachód. Plany operacyjne dywizji zakładały m.in. opanowanie lasów świniarzyńskich. Kompleks ten położony był w południowej części powiatu kowelskiego na wschód od Włodzimierza Wołyńskiego. Stanowił on drugą pod względem wielkości bazę okręgu UPA tzw. „Sicz Świniarzyńską”. Oddziały UPA kwaterowały zazwyczaj we wsiach znajdujących się w pobliżu kompleksu leśnego, a w jego środku znajdowały się kwatery w ziemiankach i barakach, w którym mieściło się zaplecze gospodarcze i usługowe takie jak: składy żywnościowe, piekarnia, rzeźnia, garbarnia, młyn, tartak, rusznikarnia i warsztaty szewskie. Obiekty te były chronione przez system fortyfikacji ziemnych ułatwiających ich obronę. Bazę tę trzeba było opanować ze względów operacyjnych, a także, by wymierzyć bandziorom karę za ich zbrodnie. Oddziały UPA, bazujące w lasach świniarzyńskich były odpowiedzialne za mordy dokonane na ludności polskiej w całej okolicy. Kwaterowały one we wsiach, w których wcześniej wyrżnęły wszystkich Polaków.

Ciężkie boje

– Akcję zaczął „Jastrząb”, w oddziale którego wówczas jeszcze byłem. Wyruszyliśmy z Jezierzan, osiągając rejon Tuliczowa. Następnie uderzyliśmy na Wierzbiczno, zajmując je prawie bez boju. Następnie wkroczyliśmy do Ossy też nie napotykając oporu. Inne oddziały m.in. „Sokoła” i „Siwego” też uderzyły w próżnię. Zajęły Czerniejów i Świniarzyn, nie zostawiając w nim upowców. Oddział „Łuna” wdarł się do lasu, nie zastając w nim Ukraińców. Zostawili swoje bunkry, ziemianki i okopy i najzwyczajniej uciekli. Upowcy wykazywali „bohaterstwo” w mordowaniu bezbronnej ludności polskiej. W starciu z uzbrojonymi i dobrze wyszkolonymi oddziałami polskimi i radzieckimi cofały się, rzadko przyjmując bój. Na lasach świniarzyńskich walki z UPA oczywiście się nie zakończyły. UPA dalej stanowiła zagrożenie. Duże ich siły były zgrupowane w rejonie Kisielina, Oździutycz, Twerdyń i Ośmigowicz i stale stanowiły duże zagrożenie zarówno dla ludności polskiej, jak i oddziałów dywizji. Ciągle wiec musieliśmy toczyć z nimi walki, niemal codziennie wyruszając na akcje, by zminimalizować zagrożenie ze strony Ukraińców. Potem zaczęły się walki z Niemcami, w porównaniu z którymi starcia z Ukraińcami były tylko przygrywką. Niemcy rzucili przeciwko dywizji czołgi, samoloty i artylerię. Starali się zamknąć nas w kotle i wydusić. Po bardzo ciężkich walkach znaleźliśmy się w okrążeniu. Poległ nasz dowódca ppłk. „Oliwa” Jan Wojciech Kiwerski, a Niemcy zamknęli kocioł w lasach mosurskich, w którym się znaleźliśmy. Położenie dywizji wydawało się rozpaczliwe. Mjr „Kowal” Szatowski, który przejął dowodzenie dywizją podjął decyzję, że będziemy przebijać się przez tory na północ w kierunku lasów szackich.

Strzelali jak do kaczek

– Dla mnie było to bardzo przykre wydarzenie. Głównie zaś dlatego, że musiałem rozstać się ze swoim konikiem. Tory mieliśmy przejść w absolutnej ciszy, w związku z czym koni, naszych wiernych towarzyszy, nie mogliśmy zabrać ze sobą , mogłyby robić za dużo hałasu. Z bólem serca zdjąłem mojemu konikowi kantar i siodło i puściłem go luzem. Na koniec jeszcze pocałowałem tego mojego „kałmuka”. Bałem się, że będzie chciał iść za mną, ale jak zobaczył inne konie, to poszedł za nimi. Część kolumny zdołała przejść przez tory, ale jak my tam dotarliśmy, to natychmiast musieliśmy się wycofać. Tam już rozpętało się piekło. Niemcy strzelali do nas jak do kaczek. Walili z bunkrów i pociągu pancernego. Cały teren był oświetlony rakietami i mieli nas jak na dłoni. Co rusz padali zabici i ranni, którzy strasznie jęczeli. Rannych zaś przybywało, bo oddziały cofały się i nie były w stanie zabrać ze sobą rannych. Cofnęliśmy się poza zasięg niemieckiego ognia i ukryli się w lesie. Tam zapanował straszny harmider.

Oddziały szły w rozsypkę

– Plutony szły w rozsypkę, nikt nad tym nie panował. Grupie, do której ja trafiłem, następnego dnia udało się przejść nocą tory bez przeszkód i idąc po śladach dotarliśmy do dywizji. Jak każdy szeregowy żołnierz zapamiętałem tylko głód, błoto, wodę, brak amunicji, bombardowania. Połowie chłopaków rozpadły się buty. Niekiedy udawało się nam znaleźć niewielką ukraińską kolonię, składającą się z kilku niewielkich chałupek, wówczas ich mieszkańcy ugotowali nam kartofli, czy dali kawałek chleba. Niemcom udało się nas zamknąć w kotle w lasach szackich i znów musieliśmy uciekać. Kolumna, w skład której wchodził mój oddział, została skierowana na Lubelszczyznę. Ruszyliśmy w kierunku Bugu.

Cdn

Marek A. Koprowski

http://www.kresy.pl/kresopedia,historia,ii-wojna-swiatowa?zobacz%2Fwaclaw-gasiorowski

 

Przemyślana akcja Kibiców Śląska

Kibice Śląska Wrocław, prowadzący akcję na rzecz polskiej społeczności w Przemyślanach koło Lwowa, uruchomili aukcję na Allegro. Cały dochód ze sprzedaży gadżetów patriotycznych i kibicowskich jest przeznaczony na wsparcie „Przemyślanej Akcji Kibiców Śląska”. Polecamy gorąco. Kupujcie, udostępniajcie znajomym!

http://allegro.pl/listing/user/listing.php?us_id=3871370

przemyslany

Familijne Stowarzyszenie Zbarażan zaprasza na Kresy

Kresowe pielgrzymki

Pielgrzymka Podolska

01 – 07.07.2013
lub
07 – 13.09.2013

Lwów, Krzemieniec, Zbaraż, Tarnopol, Trembowla, Czortków, Kamieniec Podolski. Chocim, Jazłowiec, Buczacz, Stanisławów, Żółkiew
– trasa ok. 3 tys. km
– 5 noclegów w hotelach z wyżywieniem
– zwiedzamy nekropolie, świątynie i inne obiekty kultury kresowej
– możliwość dojazdu do „swoich” miejscowości

Szczegółowe informacje i zgłoszenia:
Stanisław Tokarczuk
Familijne Stowarzyszenie Zbarażan w Lubinie
tel. 76 846 55 37
kom. 721 46 55 37
e-mail: tokarczuk.s@op.pl

kresy kresy1 kresy2 kresy3 kresy4 kresy5
kresy7 kresy8 kresy9 kresy10 kresy11 kresy12 kresy13 kresy14
kresy15 kresy16 kresy17 kresy18 kresy19 kresy20
kresy21 kresy22 kresy23 kresy24

Familijne Stowarzyszenie Zbarażan zaprasza na Kresy

Kresowe pielgrzymki

Pielgrzymka Wileńska

25 – 29.07.2013
lub
15 – 19.08.2013

Wilno, Troki, Kowno
– trasa ok. 2,5 tys. km
– 4 noclegi w hotelach z wyżywieniem

Szczegółowe informacje i zgłoszenia:
Stanisław Tokarczuk
Familijne Stowarzyszenie Zbarażan w Lubinie
tel. 76 846 55 37
kom. 721 46 55 37
e-mail: tokarczuk.s@op.pl

wilno wilno1 wilno2 wilno kowno wilno kowno1 wilno kowno2 wilno troki wilno troki1 wilno troki2

Ponary – Litewskie ludobójstwo

Chcę przypomnieć Ponary jako miejsce o którym nie wiele się mówi, a wielu w ogóle o nim nie słyszało. Ku pamięci tam pomordowanych Polaków. Zawsze staram się przypominać o Ponarach gdy mówi się o Katyniu. Tak to już jest że we współczesnej Polsce jedne zbrodnie na Polakach się nagłaśnia bo jest to politycznie poprawne a inne zostawia w zapomnieniu po przez zamilczenie, bo te nie wpisują się w politpoprawność. Do tych przemilczanych o których się nie chce mówić na pewno nalezą litewskie Ponary i ukraińskie ludobójstwo. Trzeba tez zaznaczyć wielki wkład w sprawę Ponar Heleny Pasierbskiej.

http://www.youtube.com/watch?v=OLmdY_F0_iQ

„Tylko dlatego, że byliśmy Polakami”
12 maja – Dzień Ponarski

ponary

Doły śmierci

Obok kłamstwa katyńskiego istniało też kłamstwo Ponar – największego miejsca kaźni Polaków na Kresach Wschodnich II Rzeczypospolitej. Jednak o ile każdy z Polaków zna grozę dołów katyńskich, o tyle zbrodnia ponarska zupełnie nie istnieje w świadomości narodowej, a kolejne rządy po 1990 r. bardzo mało zrobiły w tej sprawie. A przecież doły ponarskie są jeszcze bardziej przerażające, bo umierali w nich nie tylko dorośli mężczyźni, lecz także kobiety, dzieci i młodzież.
W 1940 r. Sowieci zaczęli w Ponarach pod Wilnem budowę bazy paliw płynnych dla samolotów. Zrobili pięć ogromnych wykopów. W okresie okupacji niemieckiej nad te doły Litwini spędzali ofiary – Polaków i Żydów – i rozstrzeliwali je z broni maszynowej. Od lipca 1941 r. do lipca 1944 r. zamordowano w ten sposób około 100 tysięcy ludzi! Życie straciło kilkanaście tysięcy niewinnych Polaków, prawdopodobnie około 20 tys. – zginęli tylko dlatego, że byli Polakami.
Ludobójstwa w Ponarach dokonywał podległy niemieckiemu gestapo litewski Ochotniczy Oddział Strzelców Ponarskich, zwany Ypatingas Burys. Rekrutował się głównie z członków paramilitarnej organizacji nacjonalistycznej Lietuvos Szauliu Sajunga (Związek Strzelców Litewskich), której liczebność w 1940 r. osiągnęła 62 tysiące. Polacy nazywali ich w skrócie szaulisami – od litewskiego słowa „s~Jaulis” – strzelec.
Mordy na Polakach dotyczyły najwartościowszych przedstawicieli społeczności polskiej: inteligencji, duchowieństwa, żołnierzy i oficerów Armii Krajowej oraz innych organizacji niepodległościowych. Szczególna gorliwość Litwinów – budujących chore wizje „wielkiej Litwy” pod parasolem „tysiącletniej Rzeszy” – w mordowaniu Polaków wynikała z antypolskiej propagandy nacjonalistycznej, wspieranej umiejętnie przez Niemców. Społeczność litewska w przedwojennym Wilnie stanowiła zdecydowaną mniejszość: niewiele ponad 2 proc. W zbrodniczych umysłach zrodził się więc straszny plan: wystarczy zabić część Polaków, pozostałych zastraszyć i zmienić im nazwiska, a miasto stanie się „czysto” litewskie. Informowały o tym na bieżąco raporty Delegatury Rządu RP na Kraj: „Litwini zawiedzeni w swych nadziejach przez Niemców jeszcze bardziej pragną zemsty nad pokonanymi Polakami. Stale grożą, że po wymordowaniu Żydów przyjdzie kolej na Polaków” (maj 1942). „Wileńszczyzna w dalszym ciągu jest terenem najcięższego na obszarze ziem wschodnich Rzeczypospolitej terroru politycznego, w którym Litwini prześcigają się z Niemcami” (sierpień 1942).

Ponary1

Polacy mordowani w Ponarach przechodzili najpierw okrutne śledztwo, najczęściej w więzieniu na Łukiszkach lub w areszcie gestapo przy ul. Ofiarnej w Wilnie. Stamtąd przewożono ich ciężarówkami na miejsce zbrodni. Zachowane relacje budzą do dziś lęk i grozę. Na przykład grupie polskich harcerek kazano rozebrać się do naga, następnie puszczono psy, by rozszarpały ofiary, które potem dobijano nad dołami ponarskimi.
Przez dziesięciolecia komunizmu budowano pracowicie w Związku Sowieckim gmach kłamstwa ponarskiego. Stawiano pomniki, z których wynikało, że ofiarami zbrodni byli obywatele sowieccy!
Na Wileńszczyźnie i Nowogródczyźnie mieszkają tysiące Polaków. To im przede wszystkim należy się pełna prawda o Ponarach i jasne stanowisko władz litewskich wobec tej zbrodni. Tu nie ma miejsca na „politykę”. Prawda o Ponarach musi też trafić do polskich podręczników szkolnych i stać się częścią narodowej świadomości. To nie jest tylko sprawa Stowarzyszenia „Rodzina Ponarska” i dzielnej strażniczki pamięci – pani Heleny Pasierbskiej-Wojtowicz z Gdańska.
Mamy nadzieję, że strony ponarskie „Naszego Dziennika”, publikowane w Dniu Ponarskim – ustanowionym na pamiątkę największej egzekucji polskiej młodzieży 12 maja 1942 r. – przyczynią się do tego dzieła.
Szczepan Surdy

——————————————————————————–

Oddali życie za Boga i Ojczyznę
Relacja Piotra Wróblewskiego, więzionego na Łukiszkach alumna Wileńskiego Seminarium Duchownego

„Któregoś dnia, wiedziony z kolegami do łaźni mijałem się z grupą chłopców potwornie skatowanych. – To uczniowie gimnazjum Mickiewicza i Słowackiego – usłyszałem czyjś głos obok. Jeden z nich ledwie się poruszał, pochylony z twarzą poranioną i opuchniętą. Jego ręce omalże sięgały ziemi. (…) – Nie boicie się śmierci? Nie żal wam życia? Kim ty jesteś? – pytałem. Padło nazwisko, bodajże Kowalewicza i głos po chwili milczenia spokojnie, odważnie przekazywał dalej coś w rodzaju testamentu: ‚Słuchaj, kimkolwiek jesteś, wiedz, że wyrok śmierci nie pokonał żadnego z nas. Solidarni i świadomi wagi chwili oddajemy życie za Boga i Ojczyznę. Wierzymy, że to, o co walczyliśmy, nie zginie. Sprawę podejmą inni… Polska powstanie wolna i niepodległa… Powiedz to innym… Nie załamał się nikt. Wierzymy, że naszym życiem, naszą śmiercią rozporządza Opatrzność, więc jesteśmy spokojni i ufni'”.

Fragment dziennika Kazimierza Sakowicza, oficera Armii Krajowej, który od lipca 1941 r. do śmierci 5 lipca 1944 r. (został śmiertelnie raniony przez litewskich policjantów) prowadził zapiski dotyczące zbrodni w Ponarach

„17 września – piątek, 1943 r. Około 8 rano dowiaduję się, że na bazę zajechała przed chwilą ciężarówka, szczelnie zakryta. Idę na przejazd. Koło bramy na bazę stoi gestapowiec. Na bazie cicho. Wkrótce jednak pada salwa (gdzie jama Rudzińska). Znów cicho, znów salwa; czas mija. Ogółem 5 salw. Słyszę, że pracuje motor; aha, to znak, że koniec i że wracają. Wkrótce ciężarówka mija przejazd; z tyłu widać, jak Litwini oglądają rzeczy skazańców. Przysypani zostali bardzo nieznacznie, tak że pod cienką warstwą żółtego piasku wyraźnie rysowały się tułowia zamordowanych. (…) Po pewnym czasie z bazy wracają 2 szaulisi. Zaczyna się rozmowa. Cóż okazuje się, że strzelali ‚polskich adwokatów i doktorów’! Strzelano po dwóch naraz, rozebranych. Trzymali się fajnie, nie płakali i nie prosili, tylko żegnali się ze sobą i przeżegnawszy się – szli. Łachy prawie wszystkie pojechali, zostały się m.in. buty ‚eleganckie, długie buty’ i jeszcze coś trochę – informuje szaulis, bratanek Kułaskis ze Skorbucian, zaufanego Litwina, stałego odbiorcy rzeczy pomordowanych, którego brat rozstrzeliwuje”.

——————————————————————————–

Jeśli zapomnimy o nich… Doktor Kazimierz Pelczar
Profesor Konrad Górski napisał: „Ktokolwiek mówiłby o Kazimierzu Pelczarze rzeczy nie tylko dobre, ale najlepsze z możliwych, nie powinien być posądzony o przesadną idealizację…”.

15 września 1943 r. został zastrzelony w Wilnie, z wyroku sądu specjalnego Armii Krajowej, niejaki Marianas Padabas – inspektor policji litewskiej, konfident gestapo, odpowiedzialny za śmierć wielu młodych polskich konspiratorów. Wydarzenie to zostało wykorzystane przez Niemców i współpracujących z nimi Litwinów do akcji specjalnej skierowanej przeciwko polskiej inteligencji w Wilnie. Aresztowano 100 osób jako zakładników. Już 17 września dziesięciu z nich Litwini zamordowali w Ponarach. Byli to: Mieczysław Engiel (adwokat), Eugeniusz Biłgorajski (kapitan WP), Kazimierz Iwanowski (por. WP), Kazimierz Antuszewicz (inżynier), Włodzimierz Manrik (urzędnik), Mieczysław Gutkowski (profesor USB), Stanisław Grynkiewicz (urzędnik skarbowy), Tadeusz Lothe (urzędnik), Aleksander Orłowski (technik budowlany) oraz Kazimierz Pelczar.
Doktor Kazimierz Pelczar był wybitnym lekarzem, zajmującym się m.in. nowotworami złośliwymi. Znany i szanowany w świecie lekarskim w całej Europie, doktoryzował się na UJ w Krakowie, w Berlinie i w Paryżu. Utworzył w Wilnie Zakład Leczniczo-Badawczy dla Chorych na Nowotwory, „który był jakby jego darem dla najbiedniejszych z biednych, chorych na różne postacie nowotworów, skazanych w owym czasie na zagładę, okrutnie cierpiących” (L.J. Kłoniecki). Znany był także w świecie medycznym z licznych publikacji poświęconych gruźlicy, gośćcowi, dusznicy bolesnej i cukrzycy. Po wybuchu wojny otrzymał propozycje wyjazdu m.in. do Londynu. Odmówił. Zorganizował, korzystając ze swych kontaktów zagranicznych, znaczącą pomoc dla poszkodowanych, zwłaszcza dzieci, w ramach Komitetu Polskiego Pomocy Ofiarom Wojny oraz Międzynarodowego Czerwonego Krzyża. Współpracował ze służbami sanitarnymi Okręgu Wileńskiego AK. Pośpiech, z jakim go zamordowano kilka godzin po aresztowaniu, trudno racjonalnie zrozumieć: umiejętności i kompetencje medyczne dr. Pelczara mogły być przydatne także Litwinom. Przeważyła jednak nienawiść do doktora jako Polaka. W chwili śmierci miał 49 lat.
psz

——————————————————————————–

Jeśli zapomnimy o nich…Ksiądz Romuald Świrkowski
5 V 1942 r. zamordowano w Ponarach ks. Romualda Świrkowskiego, proboszcza parafii Św. Ducha w Wilnie, przedstawiciela Kurii Arcybiskupiej w Okręgu Wileńskim ZWZ-AK. Przed wojną był sekretarzem Akcji Katolickiej w archidiecezji wileńskiej.

Od 1911 r. ks. Świrkowski był proboszczem parafii Rukojnie, potem w Szczuczynie, Miorach i Słonimie. Wszędzie służył z wielkim sercem. Poza obowiązkami duszpasterskimi rozpowszechniał prasę katolicką, zakładał biblioteki parafialne, organizował teatrzyki amatorskie, prowadził kursy, wycieczki, imprezy sportowe. Pomagał zdolnej młodzieży i organizował akcje charytatywne.
W 1936 r. został sekretarzem archidiecezjalnym Akcji Katolickiej i kapelanem Sióstr Wizytek przy kościele Najświętszego Serca Jezusowego i św. Franciszka Salezego przy Rossie. Podczas okupacji sowieckiej w mieszkaniu księdza odbywały się spotkania konspiracyjne.
Tuż przed wkroczeniem Niemców do Wilna ks. Świrkowski został proboszczem parafii Św. Ducha obejmującej centrum miasta. Dalej brał udział w działalności konspiracyjnej i pomagał Żydom z pobliskiego getta. Za to został aresztowany 15 stycznia 1942 r.
W więzieniu na Łukiszkach siedział w jednej celi z ks. Stanisławem Bielawskim, który wspominał: „Kilka dni po aresztowaniu wzięto go na badanie, po którym wrócił skatowany. Oskarżono go o przynależność do kierownictwa wileńskiego AK”.
Ksiądz Romuald Świrkowski został rozstrzelany razem z dużą grupą młodzieży. Na miejscu kaźni ukląkł i modląc się, zwrócony twarzą ku przywiezionym razem z nim chłopcom, czynił znak krzyża. W takiej pozycji dosięgły go kule litewskich szaulisów.
Kilka dni później na plebanię kościoła Św. Ducha przyniesiono portmonetkę, a w niej kartkę ze słowami: „Wiozą nas na Ponary – ks. Świrkowski”. Wyrzucił ją w czasie drogi na stracenie, by dać znak. Później dostarczono przyjaciołom skrwawioną i przestrzeloną stułę kapłana, znalezioną w Ponarach.
psz

——————————————————————————–

Wierni Polsce
W ponarskich dołach mordowani byli nie tylko pojedynczy Polacy, ale również całe rodziny, prześladowane za swą patriotyczną postawę przez wszystkich okupantów, którzy kolejno w latach II wojny światowej rządzili Wilnem: Litwinów, Sowietów, Niemców. Oto losy jednej z nich.

Wileńska historia rodziny Warachowskich, pochodzącej z centralnej Polski, z okolic Płocka, gdzie posiadali majątek Zegartowice, utracony w okresie powstań w XIX w., to przede wszystkim historia trojga rodzeństwa mojego dziadka Adama Warachowskiego: jego dwóch sióstr i brata, oraz ich najbliższych.
Przemysław Warachowski był najmłodszym bratem Adama. W czasie okupacji sowieckiej, a później niemieckiej prowadził działalność konspiracyjną w szeregach Armii Krajowej. Był oficerem, przyjął ps. „Witeź”. Również jego dwie siostry: Bożenna Gortowa ps. „Goplana” i Stanisława Tobjaszowa, a także jej mąż Józef Tobjasz ps. „Niemirycz” należeli do AK.
Najwcześniej, bo już jesienią 1939 roku rozpoczął działalność konspiracyjną mąż Bożenny, Toedor Gorta. Był dyrektorem Liceum Handlowo-Administracyjnego, wielu jego uczniów i uczennic składało na jego ręce przysięgę akowską, m.in. siostrzeniec Stefan Tobjasz, zamordowany przez Niemców. Po wkroczeniu wojsk sowieckich do Wilna w 1940 roku Teodorem zainteresowało się NKWD. Wczesną wiosną 1941 roku wuj został aresztowany i uwięziony na Łukiszkach. Stamtąd wywieziono go na wschód, gdzie ślad po nim zaginął.
Bożenna Gortowa kontynuowała działalność konspiracyjną razem z bratem Przemysławem Warachowskim i szwagrem Józefem Tobjaszem. Prowadziła m.in. ewidencję żołnierzy AK. Dom rodzinny Gortów i Tobjaszów przy ul. Połockiej 9 na Zarzeczu był ważnym miejscem kontaktowym, punktem odpraw łączników z Wilna i z terenu (m.in. Bolesława Skoczkowskiego zamordowanego później w Ponarach), kolportażu prasy podziemnej; tu odbywały się też konspiracyjne narady.
Za swoją działalność niepodległościową Bożenna Gortowa od 13 czerwca do 30 listopada 1942 roku była więziona na Łukiszkach.
Przemysław Warachowski ps. „Witeź”, urodzony w 1907 roku, ukończył w Wilnie Instytut Nauk Handlowo-Gospodarczych. Pracował w Dyrekcji Lasów Państwowych w Białowieży. Uciekając jesienią 1939 r. z żoną i trzema synkami przed bolszewikami, zatrzymał się u swojej siostry Bożenny Gortowej w Wilnie. Podjął działalność konspiracyjną w szeregach ZWZ-AK, współpracując najściślej z Józefem Tobjaszem.
Józef Tobjasz, urodzony w 1905 roku w Mińsku Litewskim, pracował jako nauczyciel, studiując jednocześnie na Wydziale Prawa i Nauk Społecznych na Uniwersytecie im. Stefana Batorego. Brał udział w kampanii wrześniowej 1939 roku. Dostał się do niewoli sowieckiej do obozu w Kozielsku. Został jednak zwolniony, gdyż nie posiadał stopnia oficerskiego. Wrócił pieszo do domu na początku grudnia 1939 roku, krańcowo wyczerpany i zagłodzony. Od września 1940 roku był wychowawcą klasy maturalnej w Gimnazjum Ojców Jezuitów przy ul. Wielkiej. Uczniowie lubili go i cenili. 21 czerwca 1941 roku, w przeddzień wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej, Józef Tobjasz wraz z prof. Ananiaszem Rojeckim w pośpiechu zwołali radę pedagogiczną dla zatwierdzenia zdanych egzaminów i wystawienia świadectw. Pośpiech okazał się uzasadniony – parę godzin później na Wilno spadły pierwsze bomby niemieckie.
Józef Tobjasz został bez pracy. By utrzymać rodzinę, razem z jednym z wykładowców Uniwersytetu im. Stefana Batorego podjął się piłowania drzewa.
Dnia 23 kwietnia 1942 r. Niemcy aresztowali Józefa Tobjasza, a sześć dni później, 29 kwietnia – Przemysława Warachowskiego. Zostali uwięzieni na Łukiszkach i poddani torturom w celu wymuszenia zeznań i podania nazwisk członków AK. Szczególnie Przemysław był bity do nieprzytomności, po przesłuchaniach dwaj strażnicy zaciągali go nieprzytomnego do celi. Ani on, ani Józef nie wydali nikogo.
Dnia 3 grudnia 1942 roku o świcie Józef Tobjasz i Przemysław Warachowski, wraz z 15 innymi żołnierzami AK (m.in. J. Cebrowskim i A. Guzińskim), zostali zamordowani w Ponarach. Przemysław miał lat 37, Józef – 39.
Bożena Bargieł

——————————————————————————–

„Tak bardzo chciałabym, by młodzi Polacy poznali uczucia swoich rówieśników sprzed lat, by choć przez chwilę byli z nami…” W pełnym świetle prawdy
Rozmowa z Heleną Pasierbską-Wojtowicz

Wykonała Pani ogromną pracę dla upamiętnienia patriotów polskich zamordowanych w Ponarach: książki i inne publikacje, liczne tablice pamiątkowe w kościołach; jest Pani założycielką i prezesem Stowarzyszenia „Rodzina Ponarska”. Od ponad 20 lat zbrodnia ponarska stała się głównym tematem Pani życia.

– To prawda, od wielu lat żyję wspomnieniami o tych, którzy umierali nad dołami ponarskimi. Wiele z tych osób znałam osobiście – przede wszystkim ludzi tak jak ja wówczas bardzo młodych. Nie mogę się pogodzić z myślą, że mogliby zostać kiedyś zapomniani. Aż się prosi, by zacytować w tym miejscu Adama Mickiewicza: „Jeśli zapomnę o nich, Ty, Boże na niebie, zapomnij o mnie…”. Przecież te słowa też odnosiły się do młodzieży wileńskiej, tyle tylko że z początków XIX wieku. Mam przed oczyma twarze, gesty, strzępy słów. Słyszę ciągle kazanie ks. Hlebowicza w kościele św. Anny i słyszę nasz wspólny śpiew: „Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie…”. Tak bardzo chciałabym, by obecni młodzi Polacy poznali uczucia swoich rówieśników sprzed lat, by choć przez chwilę byli z nami. Przede wszystkim jednak pragnę, by zbrodnia ponarska była postawiona w pełnym świetle prawdy, bez światłocieni: „Niech słowa wasze będą tak za tak, nie za nie…”. Boli mnie, że Episkopat Litwy, wyrażając w imieniu narodu litewskiego skruchę za zbrodnię ponarską, pomija słowo „Polak”, ograniczając tę skruchę tylko do ofiar żydowskich. Boli mnie, gorszy i oburza, że w niektórych środowiskach litewskich zbrodniczy kolaboranci Hitlera przedstawiani są jako postacie „tragiczne” lub wręcz jako bohaterowie narodowi!

Niektórzy mają Pani za złe, że pomniejsza Pani znaczenie ofiar żydowskich w Ponarach.

– Tak mogą mówić tylko ci, którzy nie znają moich książek i nie chcą zrozumieć tego, co nieustannie od lat powtarzam: Żydzi w Ponarach ginęli w ramach zbrodniczej akcji zagłady prowadzonej w całej Europie. To są ofiary niemieckiego szaleństwa, zasługujące na głębokie współczucie i pamięć – tym bardziej że byli obywatelami Rzeczypospolitej. Liczbę zamordowanych w Ponarach Żydów szacuję na 56 tysięcy. Poświęciłam im rozdział w swej książce o Ponarach pt. „Wileńskie Ponary”. Mówi o nich cały świat. A kto się zajmie kilkunastoma tysiącami Polaków, którzy ponieśli tam męczeńską śmierć, przeszedłszy przedtem przez śledztwo na Łukiszkach? W polskojęzycznej encyklopedii multimedialnej (onet.pl) hasło „Ponary” objaśnia się następująco: „Miejscowość na Litwie, w pobliżu Wilna. W okresie od lipca 1941 do lipca 1942 Niemcy zamordowali tu 70-100 tysięcy Żydów, głównie z Wilna i okolic”. Tylko tyle! Nikczemność czy głupota? A przecież internet to wspaniałe narzędzie, którym zainteresowana jest młodzież. Gwoli sprawiedliwości dodam, że – na szczęście – fatalna notatka w encyklopedii multimedialnej nie jest jedyną internetową wzmianką o Ponarach.

Pani mogła też podzielić los zamordowanych Polaków w Ponarach… Zrządzeniem Opatrzności po siedmiu miesiącach śledztwa na Łukiszkach wyszła Pani na wolność. Czym Pani tłumaczy swoje ocalenie?

– Widocznie nikt mnie nie wsypał w śledztwie, nie potwierdził mojego udziału w konspiracji, a podczas aresztowania nie znaleziono przy mnie żadnych „dowodów”. Od początku powiedziałam sobie, że bez względu na okoliczności nie przyznam się i nie dam się nabrać na obietnice: „Przyznaj się, to cię wypuścimy”. Wprowadził mnie do konspiracji Przemysław Warachowski „Witeź”. Zanim zamordowano go 3 grudnia 1942 r., przeszedł okrutne śledztwo. Nikogo nie wydał. Może więc to jemu zawdzięczam ocalenie? A może po prostu Pan Bóg ocalił mnie, bym mogła teraz wypełnić swą misję? Tym bardziej muszę zrobić teraz wszystko dla tych, którzy poszli na śmierć.

Co szczególnie zapamiętała Pani ze śledztwa na Łukiszkach?

– To byłby temat na osobną, długą rozmowę. Pamiętam twarz doc. dr Wandy Rewieńskiej, geografa z USB, i słyszę do dziś głos litewskiej strażniczki: „Rewieńska do księdza!”. Po powrocie ze spowiedzi powiedziała: „Jadę na Ponary. Na śmierć…”.
Więźniów przesłuchiwali Litwini i Niemcy, mnie wyłącznie Litwini. Pytali nieustannie o przynależność do organizacji, kontakty, nazwiska. Byli brutalni i prymitywni. Mój śledczy był ciągle pijany.

Jak Pani myśli, skąd brała się u tych ludzi taka nienawiść do Polaków i Żydów?

– Wiele razy zadawałam sobie pytanie, gdzie leży przyczyna tylu zbrodni i niegodziwości. Po latach dochodzę do wniosku, że Litwini byli święcie przekonani o ostatecznym tryumfie Hitlera. Postawili na niego i na swoją przyszłość u jego boku. A ponieważ zwycięzcy nie muszą się z niczego tłumaczyć, nie spodziewali się, że kiedyś przyjdzie czas rozliczeń. Żydzi zabierali ze sobą w drodze do Ponar wszystko, co mieli najcenniejsze. Nie wiedzieli, że idą na śmierć. Zabijano ich nagich (podobnie jak Polaków). Był więc dodatkowy motyw morderczej gorliwości – rabunek.

Założyła Pani Stowarzyszenie „Rodzina Ponarska” i jest Pani jego prezesem. Jakie są cele „Rodziny”?

– Jak pan wie, działa w Polsce „Rodzina Katyńska”. To piękna, mądra idea. Czym różni się dół ponarski od katyńskiego? Tym, że jest jeszcze bardziej przerażający, bo umierali w nim nie tylko mężczyźni – wojskowi, gotowi zawsze na śmierć (choć nie tak haniebną). „Rodzina Ponarska” skupia ludzi bliskich Polakom zamordowanym w Ponarach: rodzeństwo, córki i synów, krewnych, przyjaciół. Chcemy zebrać jak najwięcej dokumentów i relacji dotyczących zamordowanych Polaków. Mimo upływu tylu lat ciągle otrzymuję nowe materiały, więc nie uważam swej misji za zakończoną. W nowych wydaniach moich książek pojawią się nowe treści. Ponadto za swoje zadanie uważamy upamiętnianie ofiar. Dzięki staraniom „Rodziny Ponarskiej” mamy już tablice w warszawskim kościele dominikanów przy ul. Freta, w bazylice NMP (kaplica Ostrobramska) w Gdańsku, w kościele Św. Ducha w Białymstoku, w kościele Ojców Dominikanów w Lublinie i Poznaniu, w Sanktuarium Nowych Męczenników (kaplica ks. Jerzego Popiełuszki) w Bydgoszczy, w kościele MB Ostrobramskiej w Olsztynie, w kościele garnizonowym we Wrocławiu, w kościele NMP przy ul. Świętojańskiej w Gdyni, w kościele św. Jacka w Słupsku, gdzie pomogło nam Towarzystwo Miłośników Wilna i Grodna. To samo Towarzystwo ufundowało tablicę w Toruniu (kościół Ojców Jezuitów). Wileńscy akowcy ufundowali tablice w Szczecinie (ul. Słowicza) i w Łodzi.

To bardzo dużo. Dlaczego więc, Pani zdaniem, tylko co dziesiąty zapytany na ulicy człowiek wie cokolwiek o Ponarach?

– Jest pan optymistą. Byłoby dobrze, gdyby wiedział co dziesiąty… Połowa z tych, którzy cokolwiek wiedzą, ma takie o Ponarach pojęcie jak autor cytowanego hasła z encyklopedii multimedialnej. O Ponarach nie mówi się w szkołach na lekcjach historii. To zasadnicza przyczyna ignorancji. Na przeszkodzie stoją źle, powierzchownie rozumiane tzw. stosunki dobrosąsiedzkie z Litwą. A przecież milczenie przynosi dokładnie odwrotny skutek: Litwini nas nie szanują i są wobec nas nieufni. Ile razy trzeba powtarzać, że tylko prawda nas wyzwoli? Czy można budować na kłamstwie i przemilczeniach? Czy domaganie się oficjalnego „przepraszam” jest żądaniem „antylitewskim”?

Jak Pani ocenia zaangażowanie oficjalnych polskich czynników w ujawnianiu okoliczności zbrodni ponarskich i upamiętnieniu ofiar?

– Oceniam je jako dalece niewystarczające. Co prawda przed trzema laty postawiono w Ponarach nowy krzyż i zbudowano kwaterę polską z nazwiskami niektórych zamordowanych, a ówczesny premier napisał, że „obok kłamstwa katyńskiego istniało też kłamstwo Ponar”, że to „trudna sprawa między narodami Polski i Litwy”, ale „nie możemy udawać, że zbrodni tej dokonali ‚nieznani sprawcy’; większość z nich jest znana, i to z nazwiska”. Na tym się jednak skończyło. Od dwóch lat IPN prowadzi niezakończone jeszcze śledztwo, z którym wiążemy pewne nadzieje. Wiążemy też nadzieje z działalnością edukacyjną, popularyzatorską IPN. Spodziewamy się, że konferencja w Gdańsku, która odbyła się 9 maja 2003 r., jest dopiero jej początkiem.

W jaki sposób można pomóc w działalności „Rodziny Ponarskiej”?

– Czekamy na przyjaciół popierających naszą działalność. Nie tylko rodziny ofiar mogą być z nami. Zapraszamy do Stowarzyszenia i do wspierania nas – czy to przez uczestnictwo w konferencjach, w uroczystościach, czy przez składkę na działalność – każdego Polaka, któremu leży na sercu, by prawda o Ponarach zajaśniała pełnym blaskiem. Zainteresowanych proszę o kontakt telefoniczny: (58) 556 61 59. Apeluję też do wszystkich, którzy mogliby pomóc w skompletowaniu zdjęć i dokumentów dotyczących zamordowanych w Ponarach Polaków lub mogliby jeszcze złożyć relacje na ten temat.

Swoje książki wydaje Pani własnym sumptem. Pewnie dlatego mają niewystarczający nakład i są niedostępne w księgarniach.

– Pierwsze wydanie książki „Ponary – wileńska Golgota” sfinansowałam sama. Potem pomagała mi Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, za co wyrażam jej w imieniu „Rodziny Ponarskiej” wielką wdzięczność. W czerwcu ukaże się nowe, poszerzone wydanie „Wileńskich Łukiszek”, także subsydiowane przez Radę. Niestety, tylko w nakładzie 500 egzemplarzy. 200 egzemplarzy otrzymają biblioteki, 100 egzemplarzy trafi do Wilna. Gdyby znalazł się ktoś – osoba czy instytucja – kto wsparłby finansowo nowe wydanie „Łukiszek” lub „Ponar” w większym nakładzie, byłaby szansa na upowszechnienie prawdy o zbrodni. Książka w większym nakładzie dotarłaby też do nauczycieli i uczniów zainteresowanych historią najnowszą, na czym szczególnie mi zależy.

Dziękuję za rozmowę. Proszę przyjąć wyrazy głębokiego uznania i szacunku dla Pani szlachetnej misji.

http://hamburgpol.w.interia.pl/ponary.htm

http://www.dlapolski.pl/P…na-art2013.html


http://wiadomosci.onet.pl…h,kioskart.html

Ostatnio powszechnie i bez powodu szermuje się pojęciem antysemityzmu. Należałoby zastanowić się nad intencjami osób, które nadużywają tego słowa. Czy wmawianie Polakom antysemityzmu nie spowoduje autentycznego zniechęcenia do Żydów?

Tak było na Kresach

Przed wojną wśród młodego pokolenia, do którego należałam, nie było przejawów antysemityzmu, przynajmniej na Wileńszczyźnie. W gimnazjach, m.in. w Gimnazjum im. E. Orzeszkowej w Wilnie, uczyły się i przyjaźniły ze sobą zarówno uczennice Polki, jak i Żydówki. Do dziś te kontakty przetrwały, np. Sima Kaganowicz zamieszkała w Tel Awiwie, przyjeżdża na spotkania „Orzechówek” do Polski. Tak wspomina czasy wileńskie: „Kresy w szerszym znaczeniu tego słowa stanowiły duży ośrodek żydowski… Stanowiły dla Żydów przez wiele lat takie centrum, jakim był Babilon…” („Wilno i Wileńszczyzna jako krajobraz i środowisko wielu kultur”, Białystok 1992). To samo utrzymuje Rachela Margolis, przebywająca obecnie tak w Izraelu, jak i w Wilnie – przez sentyment.
Tymczasem Izrael Gutman – prof. historii na Uniwersytecie Hebrajskim, rodem z Polski, autor wielu prac naukowych, uważa, że „był antysemityzm, kiedy żyli w Polsce Żydzi i jest antysemityzm również dzisiaj” (rozmowa D. Rosiaka z I. Gutmanem, „Życie” 4.07.1999). Prawda jest inna. Społeczność żydowska nie była lojalna względem państwa polskiego. Żydzi stanowili trzon Komunistycznej Partii Polski – prowadzącej akcję wywrotową, a więc wrogą naszemu Narodowi. A gdy wkroczyła na ziemie polskie Armia Czerwona, Żydzi witali ją radośnie z czerwonymi flagami i czerwonymi opaskami na rękawach.
Do końca życia nie zapomnę takiej sceny: ulicą na przedmieściu Wilna idzie polski żołnierz w luźnym szynelu, bez pasa, zgnębiony po klęsce wrześniowej. Podbiega do niego młody Żyd i uderza go w twarz.
Kiedy zaczęły się wywózki Polaków przez Sowietów w głąb ich przepastnego imperium, zadanie było ułatwione przez Żydów, którzy zawczasu przygotowali wykazy polskiej inteligencji. Przykładem moja rodzina Horodniczych z miasteczka Kościeniewicze.
Według I. Gutmana, serdeczne powitanie przez Żydów wojsk sowieckich wynikało z wiary, że „pod okupacją tą istniała większa szansa przeżycia niż pod Niemcami…” (rozmowa D. Rosiaka z I. Gutmanem, „Życie” 4.07.1999). Ależ we wrześniu 1939 r. większość Żydów nie zdawała sobie sprawy z rozmiarów zaplanowanego holokaustu. Antypolonizm był w nich zakodowany od dziesiątków, jeśli nie od setek lat. Pogarda dla „goja”, przechytrzanie go to cecha nieodłączna mentalności żydowskiej. Świadczyło o tym powiedzenie „wasze ulice – nasze kamienice”.
Jak stwierdza brytyjski historyk Norman Davies: „…była irracjonalna nienawiść części Żydów do Polaków”. Należy dodać: znacznej części!
Teraz, nie bacząc na sześć tysięcy drzewek zasadzonych w Izraelu dla Polaków, którzy ratowali życie Żydów, nie licząc, ilu z tych ratujących postradało własne, Żydzi mają czelność twierdzić, że miały miejsce „jawne akty agresji ze strony AK. Rząd na emigracji, a przede wszystkim Delegatura w Polsce robiła niewiele dla ratowania Żydów” (rozmowa D. Rosiaka z I. Gutmanem, „Życie” 4.07.1999). A pomoc dla powstańców w getcie warszawskim, a ukrywanie dzieci żydowskich przez zgromadzenia zakonne, np. Sióstr Szarytek w Wilnie, itd. Wszystkiego mało i mało!

Kto ma przepraszać

To nieważne, że różne narody: Francuzi, Brytyjczycy, a przede wszystkim sami Żydzi, głównie amerykańscy, podczas wojny nie starali się ratować swoich braci. Obecnie oskarża się Polaków na cały świat, posługując się nawet szantażem, o zbrodnię mordowania Żydów w Jedwabnem, bez czekania na wyniki śledztwa.
Tymczasem w kwietniu 1944 r. we wsi Koniuchy na dawnej Wileńszczyźnie został dokonany zbiorowy mord na tamtejszej ludności przez oddział partyzantów sowieckich, złożony w znacznej mierze z Żydów zbiegłych z gett. Pisze o tym Chaim Lazar z Izraela w książce pt. „Destruction and Resistance” (New York, 1985) dla przydania chwały „dzielności” swych pobratymców… „Pewnego wieczoru 120 najlepszych partyzantów ze wszystkich obozów, uzbrojonych w najlepszą broń [ze zrzutów z Moskwy – dop. H.P.] wyruszyło w stronę wsi Koniuchy. Między nimi było około 50 Żydów, którymi dowodził Jaakow Prenner. O północy dotarli w okolice wioski i zajęli pozycje wyjściowe. Mieli rozkaz, aby nikomu nie darować życia. Nawet bydło i nierogacizna miały być wybite… Przygotowanymi zawczasu pochodniami partyzanci palili domy, stajnie, magazyny… Półnadzy chłopi wyskakiwali przez okna i usiłowali uciec. Ale zewsząd czekały ich śmiertelne pociski. Wielu z nich wskoczyło do rzeki, aby przepłynąć na drugą stronę, ale tam też spotkał ich taki sam los… 60 gospodarstw chłopskich, w których mieszkało około 300 osób, zniszczono. Nie uratował się nikt” (J. Urbankiewicz „Jedwabne i Koniuchy”, „Wiano” nr 5/138, Łódź).
Jaka była przyczyna tej masakry? Otóż w Koniuchach chłopi nachodzeni przez bandy sowiecko-żydowskie, obrabowywani przez nie z żywności, zorganizowali samoobronę. W końcu byli już pozbawieni podstawowych środków do życia.
Obecnie sprawą mordu w Koniuchach zajmuje się Instytut Pamięci Narodowej. Ciekawe, kogo będą przepraszały nasze władze?

Litewski wstyd

I jeszcze jeden aspekt problemu rzekomej współwiny Polaków w dziele zagłady Żydów w czasie II wojny światowej, bzdurnie lansowanej przez niektóre kręgi żydowskie. Bo jeśli chodzi o Niemców, to dla współczesnych Izraelczyków są to powojenni przyjaciele. Odbywają się spotkania wśród młodzieży, podejmowane są wspólne przedsięwzięcia itp. Także „w Europie zachodniej praktycznie nie ma antysemityzmu… Tylko w Polsce jest inaczej” (Rozmowa z I. Gutmanem, „Życie”, 4. 07.1999). Teraz i dziesiątki lat wstecz.
A dlaczego niedalekiej przeszłości nie wypomina się np. Litwinom? Przecież wymordowali ochotniczo praktycznie całą społeczność żydowską w swoim kraju – ok. 240 tys. osób. Nie trąbi się na cały świat o bestialskiej zagładzie kobiet i starców, strącanych żywcem do dołów w lesie ponarskim? Dla dzieci litewscy szaulisi żałowali kul, roztrzaskiwali więc ich główki po prostu o drzewa.
W tej „rzeźni ludzkiej” – jak określił Ponary Józef Mackiewicz – zostało zamordowanych około 70 tysięcy Żydów. A w Kownie Litwini samorzutnie, zanim Niemcy wydali jakiekolwiek zarządzenia, urządzili istny pogrom. Dlaczego o tym cicho, sza? Wprawdzie Efraim Zuroff – dyrektor Centrum Szymona Wiesenthala z Jerozolimy – określa skandalem fakt, że w ostatnim czasie spośród dziesięciu faszystów litewskich, wydalonych ze Stanów Zjednoczonych, sądzić usiłowano tylko jednego. Aleksandras Lilejkis, winien śmierci 35 tysięcy Żydów, spacerował sobie swobodnie ulicami Wilna, aż po paru latach… zmarł. E. Zuroff stwierdza: „Ani jeden z przestępców nie spędził choć jednego dnia w więzieniu. A są to ludzie oskarżeni o masowe zbrodnie. To jest oburzające” (Rozmowa Dawida Warszawskiego z E. Zuroffem „Gazeta Wyborcza” 15.07.1999).
Charakterystyczne jest, że oprawcy wywodzili się ze wszystkich grup społecznych, nie byli więc marginesem przestępczym, zdarzającym się w każdym kraju. Poza tym w tym czasie, kiedy to się działo, nie było wśród Litwinów głosów potępiających ów koszmar. Nawiasem mówiąc, w tej największej kaźni ziem północno-wschodnich II Rzeczypospolitej – w Ponarach – zamordowano tysiące Polaków – przeważnie akowców, przywożonych z więzienia po wielomiesięcznym, okrutnym śledztwie, prowadzonym przez litewskie służby bezpieczeństwa, współpracujące z gestapo. To także wynik antypolonizmu.

Helena Pasierbska

Autorka od lat zajmuje się tematem martyrologii Polaków na Litwie w czasie II wojny światowej. Wydała książkę „Wileńskie Ponary”, której drugie wydanie ukazało się w maju 2001 r.

Nazywajmy zbrodnię po imieniu

W lipcu minie 70. lat od czasu ludobójstwa dokonanego przez OUN-UPA na Polakach.

Inicjatywa społeczna Narodowy Jawor  uczci pamięć pomordowanych na Kresach.
Chętnych, którzy chcieliby pomóc przy organizacji rocznicy prosimy o kontakt mailowy narodowyjawor@wp.pl  lub https://www.facebook.com/pages/Narodowy-Jawor/362112050568606?fref=ts

lud.1 lud.2 lud.4 lud.5



Pamięć o tym okrutnym ludobójstwie i jego Ofiarach nie może zginąć.

Polecamy wywiad z  ks. Tadeuszem Isakowiczem-Zaleskim  – rozmawia Aleksander Szycht z Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy

W lipcu minie 70. lat od czasu ludobójstwa dokonanego przez OUN-UPA na Polakach. Dla wielu ocalałych Kresowian będzie to ostatnia okrągła rocznica. Czy w jakiś szczególny sposób Polacy mogą ją uczcić?

 – W lipcu minie 70. rocznica krwawej niedzieli, która była apogeum ludobójstwa trwającego w latach 1939-47. To był dość duży obszar. Nie dotyczyło to tylko Wołynia, ale całych Kresów południowo-wschodnich. Niemniej właśnie data 11 lipca jest datą symboliczną. Przede wszystkim społeczeństwo, a także rodziny pomordowanych liczyły na to, że władze państwowe to zorganizują. Z tego, co widać, już wiadomo, że nie, takich uroczystości nie będzie.

Powtarza się sytuacja sprzed pięciu lat, z 65. rocznicy, kiedy pod wpływem nacisków ambasady ukraińskiej w Warszawie i różnych środowisk proukraińskich, ówczesny prezydent Rzeczypospolitej Lech Kaczyński się wycofał, jak większość przedstawicieli władz państwowych i samorządowych. Obawiam się, że ten scenariusz się obecnie powtórzy, dlatego powstał społeczny komitet obchodów z gen. Mirosławem Hermaszewskim na czele, który jednoczy wszystkie stowarzyszenia, środowiska rodzin pomordowanych, a także sympatyków, przyjaciół. Ten komitet organizuje uroczystości na wielu płaszczyznach.

Przede wszystkim już od maja do września będą uroczystości w różnych miastach – jest przewidzianych około 20 takich wydarzeń, natomiast centralne uroczystości będą 11 lipca w Warszawie. Rozpoczną się spotkaniem w Sejmie o godz. 10, później, o 12 Msza Święta, następnie pochód ulicami Warszawy, złożenie wieńców pod tablicą pamiątkową na Krakowskim Przedmieściu na Domu Polonii i planowany jest koncert.

 Czy na spotkaniu u ministra Kunerta była mowa o pomniku dla ofiar ludobójstwa OUN-UPA?

– Tak. Mowa jest przynajmniej od ośmiu lat. Kiedy pułkownik Jan Niewiński, jeden z ostatnich uczestników samoobrony wsi Rybcza na Wołyniu, wystąpił z taką inicjatywą, ona została storpedowana przez środowiska probanderowskie w Polsce. Wówczas pani Bogumiła Berdychowska zbierała podpisy. Podpisało się wiele osób, w tym Seweryn Blumsztajn z „Gazety Wyborczej”, Andrzej Wajda, Grzegorz Motyka i ta inicjatywa została całkowicie storpedowana.

Dzisiaj nie mamy pomnika poświęconego obywatelom II Rzeczypospolitej, nie tylko Polakom, ale również Żydom, Ormianom, Ukraińcom pomordowanym przez UPA i SS Galizien. Wyjaśnienia ministra Kunerta, no to jak, mówiąc kolokwialnie on „pływa” w tym temacie, nie ma żadnej koncepcji, natomiast pomysł zaproponowany przez niego, że on coś tam zrobi na tzw. Skwerze Wołyńskim na Żoliborzu, został przyjęty jako takie tylko mówienie, bo przecież są cztery miesiące i nic sensownego za ten czas się nie da zrobić.

Poza tym tu nie chodzi o pomnik gdzieś tam w ogródkach działkowych, bo Skweru Wołyńskiego nie ma nawet na mapie Warszawy, to jest nazwa umowna, to jest skwer między ogródkami działkowymi.

 Warszawiacy nawet o nim nie wiedzą…

– Nie wiedzą. Nie mają dojazdu. Nie ma pomysłu do zagospodarowania. To jest fikcja. Ja osobiście nie wierzę, żeby minister Kunert, znając jego podejście do sprawy, cokolwiek zrobił za ten czas. Tu chodzi o pomnik w centrum miasta, nie chodzi o ogródki działkowe.

 Czy zgodzi się Ksiądz, że pomnik taki, jaki miałby powstać, powinien spełniać trzy warunki: być w atrakcyjnym miejscu, (Ksiądz zresztą to powiedział), żeby przychodziło mnóstwo ludzi, mnóstwo turystów, po drugie, żeby ta forma pomnika była na tyle ładna, żeby ludzie zwracali na niego uwagę i chcieli się dowiedzieć, co to jest za pomnik i żeby inskrypcja na tablicy była zgodna z prawdą, czyli żeby było użyte słowo ludobójstwo, przez kogo i na kim?

– Tak. Oczywiście. Taki jest sens stawiania pomników, tak jak jest w Warszawie pomnik pomordowanych Żydów, jednoznaczny pomnik, pomnik tych, co zostali zesłani na Syberię też jest jednoznaczny, więc tu nie chodzi o jakieś sztuczki, czy kamuflaże, bo to nie ma sensu, szkoda wtedy pieniędzy na takie kamuflaże. Poza tym trzeba pamiętać, że w czasie ludobójstwa zginęło 150-200 tys. Polaków.

Oprócz tego zginęło też wielu innych obywateli polskich narodowości żydowskiej, bo nacjonaliści ukraińscy wzięli czynny udział w Holokauście, zabijali polskich Żydów w różny inny sposób i to jest obowiązek państwa polskiego, bo obecna III RP jest kontynuatorką II RP, tak przynajmniej politycy twierdzą. Dlaczego pamiętamy o Katyniu, KL Auschwitz, a nie chcemy pamiętać o krwawej niedzieli?

 Kończąc temat pomnika, warto przypomnieć, że w Małopolsce Wschodniej pomniki sprawców zbrodni są w każdym eksponowanym miejscu, w każdym prawie miasteczku, a u nas władze dotychczas nie doprowadziły do tego, żeby został postawiony pomnik ku czci ofiar ukraińskich nacjonalistów, a jak już wyrażają wstępną zgodę, starają się ten pomnik umieścić w miejscu mało eksponowanym.

– To jest hipokryzja i zakłamanie – to są dwa słowa, które mi przychodzą na myśl, dlatego że nie wyobrażam sobie, żeby w Niemczech stawiano pomniki Adolfa Hitlera czy Heinricha Himmlera, a nie stawiano pomników pomordowanym ofiarom hitlerowców. To jest po prostu skrajna hipokryzja. To przypomina Rosję putinowską, która też próbuje fałszować sprawy.

Ja jeszcze jedną rzecz muszę dodać, bardzo ważną, jako duchowny: że władze kościelne kompletnie też nie wiedzą, czy raczej nie chcą podjąć tego tematu. Miał być przygotowywany list wspólny biskupów rzymskokatolickich i greckokatolickich, pracujących na Ukrainie, i arcybiskup rzymskokatolicki Mieczysław Mokrzycki na Konferencji Episkopatu powiedział, że nie ma takiej możliwości, że projekt przygotowany przez stronę greckokatolicką jest nie do przyjęcia, bo on nie mówi prawdy, mówi rzeczy absurdalne jakoby jedni i drudzy mordowali.

To tak, jakbyśmy powiedzieli, że była wojna niemiecko-żydowska w Warszawie i Niemcy mordowali, ale Żydzi też Niemców mordowali. W projekcie jest sformułowanie „bratobójcza wojna na Wołyniu”. Nie było żadnej wojny bratobójczej na Wołyniu w 1943 roku – jedna strona wyżynała bezbronną ludność, nie żołnierzy, nie partyzantów, ale bezbronną ludność, która ginęła w straszny sposób, więc za pomocą takich kłamstw nie da się po prostu opisać tej sytuacji.

Czyli z jednej strony nie mamy prawa zwracać uwagi nacjonalistycznym Ukraińcom, banderowcom, że stawiają pomniki ludobójcom, ponieważ nie możemy się wtrącać w wewnętrzne sprawy Ukrainy – taka opinia obiegowa panuje – a z drugiej strony nie możemy postawić pomnika ofiarom, ponieważ nie możemy zadrażniać stosunków z Ukrainą. W tym kontekście chciałem przejść do sprawy ewentualnej uchwały sejmowej, rocznicowej. Jakie Ksiądz widziałby warunki tej uchwały?

– Ja nie wierzę w tę uchwałę. Dlatego, że już tyle lat próbowano, żeby powiedzieć prawdę w polskim Sejmie i niestety te dwa największe ugrupowania, czyli PiS i Platforma Obywatelska, które wychodzą ze wspólnych korzeni solidarnościowych, a mówię to z wielką przykrością jako były kapelan Solidarności, nie chcą tej sprawy. Niestety oba ugrupowania są jednakowo winne temu, że do dzisiaj nie było przyjęcia uchwały, która jednoznacznie zawierałaby słowo „ludobójstwo”. To jest też osobista postawa Bronisława Komorowskiego, przedtem marszałka Sejmu, który nie chciał tego przeprowadzić.

 Jak by Ksiądz skomentował fakt, że w roku, na który przypada 70. rocznica mordów dokonywanych przez OUN-UPA w Małopolsce Wschodniej, Związek Ukraińców w Polsce usiłował doprowadzić do potępienia przez parlament operacji „Wisła”?

– Jest to słabość państwa polskiego, słabość jego struktur. Oczywiście dobrze, ze władze przekazują z kieszeni polskiego podatnika dotację na mniejszości narodowościowe, na ich programy edukacyjne czy kulturowe, na podtrzymywanie dziedzictwa narodowego.

Dla przykładu, Związek Ukraińców w Polsce prawie 2 mln zł rocznie. Z drugiej strony wypowiedzi niektórych członków tego związku są skandaliczne. Miałem w TVP Historia panel dyskusyjny z udziałem przewodniczącego Związku Ukraińców w Polsce Piotra Tymy, który na moje pytanie, czy to, co się stało na Wołyniu, było ludobójstwem, odpowiedział do kamer telewizyjnych, że nie.

 Można sobie w tym momencie zadać pytanie, czy Piotr Tyma to nie jest taki ukraiński David Irving?

– Nie wiem. Ja nie mam niechęci do mniejszości ukraińskiej, bo uważam, że Ukraińcy, którzy są w Polsce, mają pewne prawa. Tylko że to polega wszystko na tym, że Ukraińcy w Polsce mają prawa, a Polacy na Ukrainie ich nie mają. To jest chora polityka. To jest błąd.

Zresztą uważam, że jednym z największych błędów III RP, który istnieje już od czasów Okrągłego Stołu, jest brak mądrej polityki wschodniej, nie tylko w stosunku do Ukrainy, ale również Litwy, Białorusi i wielu innych republik. To będzie zawsze jątrzyło i będzie powodem konfliktów i tak też jest w tej chwili.

 A co z mogiłami na Ukrainie, o które w zasadzie nikt nie dba?

– Arcybiskup Mieczysław Mokrzycki w wypowiedzi dla biskupów polskich powiedział, że jest dwa tysiące miejsc, które do tej pory nie zostały upamiętnione. To jest ogromna liczba. Już rodziny nie doczekają się tego. To musiałaby być jakaś gigantyczna akcja, żeby w każdym takim miejscu postawić chociaż zwykły krzyż. I co jest smutne, co muszę jeszcze raz podkreślić: poza takimi osobami, jak wspomniany Mieczysław Mokrzycki, nie widać zainteresowania ze strony władz  Kościoła rzymskokatolickiego.

Osobista postawa poprzedniego nuncjusza papieskiego Józefa Kowalczyka, dzisiaj prymasa i przewodniczącego Episkopatu Józefa Michalika, który jest bądź co bądź biskupem z Przemyśla, jest postawą zamiatania pod dywan, czyli uciekania od tego tematu. Oni nic nie zrobili, żeby upamiętnić na przykład 180 księży, kleryków, siostry zakonne, którzy zostali zamordowani przez banderowców.

 Cierpienie tych męczenników kojarzy się z męczeństwem pierwszych chrześcijan.

– Księża w krwawą niedzielę byli mordowani przy ołtarzu. Ksiądz Karol Baran został przepiłowany piłą na pół w czasie napadu na kościół. To są męczennicy. Trudno nawet o bardziej adekwatne określenie.

 Powstał międzypartyjny zespół ds. Kresów. Czy to oznacza, że jest szansa na zmianę dotychczasowej polityki?

– To, że powstał zespół, to dobra wiadomość. Pytanie zasadnicze, czy będzie on faktycznie działać, czy tylko będzie atrapą, powołaną tylko na chwilę. Po owocach ich poznacie. Temu zespołowi życzę jak najlepiej, jak i wszystkim innym inicjatywom podejmowanym dla upamiętnienia Kresów, niezależnie od etykietki politycznej inicjatorów.

http://gazetaobywatelska.info/news/show/896

Metody UPA do zmęczenia Polaków oraz ludobójstwo Polaków na kresach wschodnich

Bez komentarza…

NARODOWY JAWOR PRZYŁĄCZA SIĘ DO PRZEMYŚLANEJ AKCJI KIBICÓW ŚLĄSKA

przemyslany
Narodowy Jawor przyłącza się do akcji kibiców Śląska

Przemyślany to małe miasteczko na trasie Lwów – Tarnopol. W mieście funkcjonuje bogaty w historię polski Kościół Katolicki, który skupia w swoich szeregach lokalną, liczną ludność Polską.
Całe tamtejsze życie Polonii skupia się wokół parafii, której proboszcz robi wszystko, by zapewnić wsparcie duchowe, a także zorganizować czas zarówno najmłodszym, jak i dorosłym.
Sytuacja ekonomiczna w zachodniej części obecnej Ukrainy nie jest łatwa, zwłaszcza jeśli jest się Polakiem.
Kibice Śląska Wrocław zorganizowali akcję, poprzez którą możemy, choćby w niewielkim stopniu, przyczynić się do poprawy tej sytuacji, pomagając materialnie naszym rodakom w Przemyślanach.

NARODOWY JAWOR PRZYŁĄCZA SIĘ DO PRZEMYŚLANEJ AKCJI KIBICÓW ŚLĄSKA

Mieszkańców Jawora i okolic, naszych przyjaciół i sympatyków zapraszamy do wzięcia udziału w tym szczytnym przedsięwzięciu.

KONTAKT W SPRAWIE ZBIÓRKI Jawor i okolice
Monika tel. 790584581
email monika-demska@wp.pl

lub

Biuro Stowarzyszenia Odra – Niemen
Wrocław, ul. Kościuszki 35f

Chcemy, aby najmłodsze pokolenia jak najlepiej wspominały dziecięce lata, dorastały w poczuciu prawdy i patriotyzmu, a ich rodzice i dziadkowie w spokoju i radości patrzyli na uśmiech swoich pociech.
Zbieramy zabawki, artykuły szkolne, książki (bajki, lektury szkolne, książki edukacyjne), artykuły chemiczne i środki czystości.

Akcja trwa do 30 czerwca br.