Narodowy Jawor

Strona główna » Historia

Archiwum kategorii: Historia

„Wierność aż do śmierci”

Lasek Grzegorzowski to dawna strzelnica ale i nie tylko. Jest tam sporo poniemieckich obiektów w których nie do końca wiadomo co było. Jedni twierdzą ze zostały one wysadzone przez Niemców inni ze przez ruskich. Ciężko jest sie dokopać do wiarygodnych danych historycznych. Dzisiaj znajduje się tu strzelnica LOK. Grzegorzów jest to mała wieś położona na równinie, oddalona 3 km na wschód od Jawora. Wieś tę założył Grzegorz Steiner w 1590 r. po pożarze, który zniszczył kilka domów na wschodnim skraju Jawora. Między Jaworem a Grzegorzowem leży tzw. „grunt książęcy”, gdzie ks. Jutta, małżonka księcia Henryka III miała podczas jazdy traktem wrocławskim urodzić dziecko w 1249 r. Na pamiątkę tego wydarzenia grunt ten nie był uprawiany do roku 1765, a do wojny trzydziestoletniej właściciel tego gruntu otrzymywał rocznie 10 talarów rekompensaty. W lasku obok wsi leży strzelnica miejska, założona w 1861 r., znajduje się ona obecnie w renowacji. Nieopodal strzelnicy w lasku grzegorzowskim znajdują się ruiny pomnika. Zawsze myślałem, że to jakiś poniemiecki postument, ale dziś ujrzałem na nim napis „Wierność aż do śmierci”. Niestety, nie mam pojęcia z jakiego jest on okresu.

LASEK ! 014 LASEK ! 037 L (26) STRZELNICA 027 L (1) L (21) L (29) LASEK ! 020 LASEK ! 045 STRZELNICA 024 L (19) L (22) LASEK ! 031

Reklamy

HISTORIA LUBI SIĘ POWTARZAĆ – Julian Blachowski

Historia Juliana Blachowskiego

PAN JEZUS

W latach 30. minionego wieku sprawa Juliana Blachowskiego była bardzo głośna. Dzisiaj takie epizody z historii międzywojennej Polski się przemilcza. Tymczasem w zapomnianej biografii Blachowskiego odbija się nie tylko kilka skomplikowanych dekad pierwszej połowy XX w., ale też niewygodna prawda o II Rzeczpospolitej.Wczesnym popołudniem 26 kwietnia 1932 r. w centrum Warszawy – przed popularną kawiarnią „Ziemiańska”, w której przesiadywała śmietanka towarzyska i artystyczna stolicy – uwagę części przechodniów zwrócił dziwnie zachowujący się człowiek: krępy, o atletycznej budowie ciała, z czupryną sterczącą nad czołem, nerwowym krokiem przemierzający wciąż ten sam odcinek na skraju chodnika, 20 metrów przed lokalem i tyleż za. Wybił kwadrans do 14, gdy z „Ziemiańskiej” wyszedł elegancko ubrany wysoki mężczyzna. Był nim Gaston Koehler-Badin – dyrektor generalny Zakładów Żyrardowskich, największej fabryki lniarskiej w Europie. Krążący przed lokalem człowiek przystanął i śledził go wzrokiem. Koehler wszedł na ulicę Mazowiecką i zatrzymał się przed jedną z witryn sklepowych pod numerem 11.

W tej chwili człowiek sprzed „Ziemiańskiej” podszedł do dyrektora. Opanował zdenerwowanie i spokojnym, choć lekko drżącym głosem powiedział: „Panie dyrektorze, nazywam się Blachowski, Julian Blachowski, pan dyrektor powinien pamiętać moją sprawę…” Koehler wyczuł od mówiącego woń alkoholu i popatrzył na niego z pogardą zza okularów w rogowych oprawach. Blachowski mimo to kontynuował: „Uprzejmie proszę pana dyrektora o wstrzymanie w Żyrardowie eksmisji mojej żony z mieszkania służbowego przy fabryce”. Dyrektor nie zareagował, więc Blachowski powtórzył swoją prośbę po francusku. To wywołało u Koehlera niespodziewany wybuch wściekłości. Rzucił w twarz mężczyzny krótkie: „Weg!” Blachowski błyskawicznie wyciągnął z płaszcza browninga i strzelił dwa razy do dyrektora. Koehler zrobił kilka kroków i padł martwy na chodnik – jedna z kul przeszyła mu serce.

Musiałem to zrobić

Blachowski rzucił rewolwer na bruk i zastygł bez ruchu nad ciałem dyrektora. Podbiegł do niego rotmistrz Paweł Romocki, który – przechodząc przypadkiem w pobliżu – usłyszał strzały. Wymierzył do zabójcy ze swego rewolweru i krzyknął: „Ręce do góry!” Desperat posłusznie spełnił żądanie i, śmiertelnie blady, wyrzucił z siebie: „Zabiłem drania! To był Koehler, dyrektor Zakładów Żyrardowskich… Musiałem to zrobić… Możecie mnie aresztować, nazywam się Blachowski, uciekać nie będę”. Do rotmistrza dołączyli kolejni przechodnie, którzy wcześniej ukrywali się w bramach. Jakiś mężczyzna zebrał łuski po nabojach i przedstawił się jako funkcjonariusz policji śledczej. Inni przenieśli ciało Koehlera pod „Mazowiecką”, aptekę doktora Sklepińskiego. W tym czasie przyjechała karetka pogotowia ratunkowego. Lekarz stwierdził zgon w wyniku rany postrzałowej serca. Od strony ulicy Królewskiej nadbiegł posterunkowy Zygmunt Grochal, powiadomiony przez przechodniów o morderstwie. Widząc dwóch mężczyzn prowadzących słaniającego się na nogach zabójcę, zatrzymał taksówkę. Pomógł umieścić w niej wyraźnie słabnącego sprawcę i siadł obok niego. Taksówkarzowi polecił jechać do I komisariatu. Po chwili Blachowski doszedł nieco do siebie. Głosem pełnym rozpaczy powtarzał: „Musiałem to zrobić, nie sypiałem… Zredukował mnie… Nerwy mi nie wytrzymały. Między nami innego rozwiązania nie było”.

Tak rozpoczęła się sprawa Blachowskiego, która obnażyła jeden z większych kryzysów społecznych i politycznych w II Rzeczypospolitej.

Z NZR do PPS

Zabójca dyrektora Koehlera – Julian Blachowski – był postacią nietuzinkową. Urodził się 18 grudnia 1890 r. w Warszawie w rodzinie robotniczej. Od najmłodszych lat angażował się w działalność patriotyczną i konspiracyjną. Na początku 1906 r. wstąpił do Narodowego Związku Robotniczego, przybudówki Narodowej Demokracji. Jednak szybko rozczarował się zbyt zachowawczym jego zdaniem programem partii. Przed przystąpieniem do PPS – Frakcji Rewolucyjnej powstrzymała go radykalizacja NZR, który podjął intensywniejsze działania wymierzone w administrację carską w Warszawie. Blachowski wybił się szybko na czołowego konspiratora w organizacji stołecznej. Przechowywał w swoim mieszkaniu broń sprowadzaną z zagranicy i przewoził ją do wyznaczonych punktów.

W tym czasie po raz pierwszy trafia do Żyrardowa, gdzie nawiązuje kontakty z załogą miejscowej fabryki lniarskiej. Jest także wykonawcą wyroku śmierci na prowokatorze carskiej ochrany o przezwisku „Garbaty” na ulicy Leszczyńskiej w Warszawie. Od tego momentu zaczyna się nim bliżej interesować ochrana i Blachowski wyjeżdża na pewien czas do Pułtuska.

15 sierpnia 1908 r. zostaje aresztowany na ulicy Karowej w Warszawie wraz ze swoim towarzyszem, Józefem Zawiślakiem „Tunguzem”. Carscy agenci rekwirują pakiet bibuły i rewolwer zatrzymanych konspiratorów. Blachowski zostaje przewieziony do cyrkułu na ulicę Daniłowiczowską, gdzie do niczego się nie przyznaje. Odmawia także współpracy w charakterze szpicla. Jest torturowany, policjanci wyrywają mu paznokcie u rąk, ale Blachowski nadal milczy. Z Daniłowiczowskiej trafia do aresztu kryminalnego przy ulicy Spokojnej, do celi dzielonej z aktywistami SDKPiL oraz PPS, którzy początkowo odnoszą się do niego wrogo – ze względu na jego przynależność do NZR, organizacji potępiającej niedawne wystąpienia rewolucyjne 1905 r. Jednak po pewnym czasie animozje wygasają i Blachowski zaprzyjaźnia się nawet z jednym z działaczy SDKPiL, Baranieckim, który – jak się okazuje – miał na wolności za zadanie zlikwidować członka NZR… Blachowskiego.

Wkrótce Blachowski trafia na Pawiak do celi numer 52, do której dziwnym zrządzeniem losu trafi także później, już w wolnej Polsce… Tutaj oczekuje rozprawy i wyroku. 5 maja 1909 r. wyrokiem Izby Sądowej Warszawskiej zostaje skazany na cztery lata katorgi i pozostanie do końca życia na Syberii. Mimo błagań matki nie składa do cara prośby o ułaskawienie. Katorgę odbywa w więzieniu gubernialnym w Orle, w którym panują bardzo ciężkie warunki. Mimo tego Blachowski nie pozostaje bierny wobec losu; bierze udział w buncie więźniów oraz w próbie grupowej ucieczki z więzienia. Dostaje za to dodatkowe dwa lata katorgi, co kończy się chorobą wrzodową żołądka.

W lipcu 1915 r. przybywa na zsyłkę do guberni irkuckiej. 10 grudnia 1915 r. żeni się w Irkucku z Ksawerą Kurowską, córką zesłańca Michała Kurowskiego.

Po wybuchu rewolucji bolszewickiej w 1917 r. postanawia wrócić do Polski. Wprawdzie początkowo bierze udział w działaniach rewolucyjnych, m.in. w przejmowaniu prywatnych fabryk na Syberii, ale szybko zraża się do krwawych działań bolszewików. Nagabywany do tego, by zadeklarował się jako bolszewik lub mieńszewik, odpowiada, że jest przede wszystkim Polakiem.

Po powrocie do kraju zamieszkują w Warszawie, w jego domu rodzinnym na ulicy Furmańskiej. W drodze jest drugie dziecko. Z tego powodu Blachowscy przenoszą się z Warszawy do Żyrardowa. Tutaj od grudnia 1918 do kwietnia 1920 r. Blachowski jest kierownikiem lokalnego biura wypłat zapomóg dla bezrobotnych, a także sekretarzem Komitetu Niesienia Pomocy Bezrobotnym. Od 15 kwietnia do 1 sierpnia 1920 r. pełni funkcję referenta Urzędu Walki z Lichwą i Spekulacją. W tym czasie Blachowskiego starają się pozyskać do swoich szeregów komuniści, jednak ten odmawia współpracy, zarzucając im obojętność wobec spraw narodowych. W trakcie ofensywy bolszewickiej w sierpniu 1920 r. zgłasza się do wojska, ale z powodu meldunków wywiadu wojskowego o jego niejasnej działalności w czasie rewolucji i w obawie przed agitacją probolszewicką z jego strony zostaje profilaktycznie skierowany do służby tyłowej, gdzie rozdziela sorty mundurowe.

Między Francją a Żyrardowem

Po demobilizacji znajduje zatrudnienie w Robotniczym Stowarzyszeniu „Praca” – spółdzielni założonej przez byłych członków Narodowego Związku Robotniczego. Dawni towarzysze z konspiracji próbują namówić Blachowskiego, by przystąpił do ich nowej organizacji, Narodowej Partii Robotniczej, ale ten odmawia i pod koniec 1920 r. wraz z żoną wstępuje do Polskiej Partii Socjalistycznej. W spółdzielni „Praca” Blachowski zarabia bardzo marnie, ledwo starcza na utrzymanie czteroosobowej rodziny (Blachowscy mają syna Stefana i córkę Marię). Z tego powodu jego żona podejmuję pracę w Zakładach Żyrardowskich jako robotnica w najcięższym dziale fabryki – na „prządkach mokrych”.

Jednak ich sytuacja materialna jest nadal bardzo ciężka, więc Blachowski decyduje się na początku 1923 r. wyjechać zarobkowo do Francji. Pracuje tam w kopalni węgla. Zaoszczędzone pieniądze wysyła żonie do Żyrardowa. Niestety, po 8 miesiącach ciężkiej pracy przypomina o sobie choroba żołądka i Blachowski musi wracać do kraju. 1 października 1923 r. zostaje robotnikiem w żyrardowskiej fabryce. Nadal zarabia bardzo mało, ale jednocześnie – dzięki katorżniczej przeszłości i niedawnej działalności społecznej – zdobywa coraz większą popularność w Żyrardowie. Wraz z miejscowym społecznikiem i pisarzem Pawłem Hulką-Laskowskim organizuje kursy oświatowe dla robotników. Współpracuje także m.in. z sekretarzem Robotnika Stanisławem Dubois i bratem generała Bolesława Wieniawy-Długoszowskiego – publicystą Tadeuszem Wieniawą-Długoszowskim.

Miejscowa PPS wystawia Blachowskiego jako kandydata do Rady Miejskiej. W tajnym głosowaniu wygrywa miażdżącą większością głosów i 1 grudnia 1924 r. zostaje wybrany na przewodniczącego Rady Miejskiej Żyrardowa. Jednocześnie z tym wyborem otrzymuje w fabryce stanowisko urzędnika w biurze obrachunkowym. Wydaje się, że Blachowski wreszcie nabrał wiatru w żagle, a sytuacja jego rodziny się poprawi. Jednak awans ma dopełnić tragedii jego życia.

Narodowy rząd oddaje fabryki

W roku 1924 właścicielem Zakładów Żyrardowskich zostaje francuskie konsorcjum Comptoir de l’Industrie Cotonniére – należące do Marcela Boussaca, nazywanego królem bawełny. Jak się miało szybko okazać, rozwój polskiego przemysłu włókienniczego nie był dla Boussaca priorytetem, a lniane tkaniny z Żyrardowa, cenione na całym świecie (zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych), miały pod nowym zarządem szybko stracić na jakości…

Boussac przejął pakiet większościowy akcji Zakładów Żyrardowskich w kwietniu 1920 r. Jednakże z powodu wojny polsko-bolszewickiej francuskie konsorcjum nie kwapiło się do inwestycji w fabryce. Skłoniło to rząd polski do przejęcia Żyrardowa w zarząd państwowy. Wydano kilka milionów na odbudowę zakładu po zniszczeniach jeszcze z I wojny światowej oraz uruchomienie produkcji. W tym czasie w fabryce znalazło zatrudnienie blisko 10 tys. osób. Po podpisaniu pokoju ryskiego, kończącego wojnę z Rosją Radziecką, Francuzi przystąpili do działań na rzecz przejęcia Żyrardowa, który był dużą konkurencją dla ich fabryk płótna. Początkowo władze polskie nie chciały przystać na całkowite oddanie fabryki konsorcjum Boussaca, tym bardziej że zaczął się on domagać pozwolenia na przywóz z Francji płótna za 120 mln franków francuskich, co spowodowałoby zalanie nim rynku polskiego. Ponadto Francuzi chcieli nie dopuścić do tego, by rząd polski przejął akcje fabryki (około 10 tys.), które zostały zniszczone w Rosji, a ich właściciele w większości zginęli w czasie rewolucji.

Rząd polski opierał się długo – do 28 maja 1923 r., gdy ministrem przemysłu i handlu w gabinecie „Chjeno-Piasta” został Władysław Kucharski. Po osobiście poprowadzonych pertraktacjach minister Kucharski 30 października 1923 r. oddał francuskiemu konsorcjum fabrykę w Żyrardowie za zwrotem 3580 dolarów amerykańskich do skarbu państwa (0,73% wkładów państwowych), „nie zabezpieczywszy ludności i państwu rozmiarów wytwórczości fabryki”. O tym, jakie ten fakt miał przynieść konsekwencje, niedługo przekonał się cały Żyrardów – pozostający, podobnie jak np. przemysłowa Łódź, w ścisłej symbiozie z fabryką. W dalszej przyszłości sprawa Zakładów Żyrardowskich miała położyć się cieniem na stosunkach polsko-francuskich. W kuluarach sejmowych szeptano, że minister Kucharski otrzymał od Francuzów za tę decyzję milion franków szwajcarskich, a oficjalnie opozycja poselska złożyła wniosek o postawienie go przed Trybunałem Stanu. Wniosek został odrzucony, bo jak dowodzili obrońcy Kucharskiego, „minister działał zgodnie z przepisami, tyle że te przepisy okazały się dla Polski niekorzystne”.

Likwidacja produkcji

Po przejęciu fabryki przez konsorcjum Boussaca szybko doszło do pierwszych zwolnień. Zaczęto też demontować część maszyn fabrycznych. Okazało się, że Boussac jako potentat bawełniany jest mało zainteresowany produkcją płótna lnianego. A właśnie ono stanowiło największy atut fabryki! Żyrardowskie tkaniny były doskonałej jakości, „bliskie rzemiosłu artystycznemu”, wciąż nagradzane na wystawach międzynarodowych. Zamówienia płynęły wartkim strumieniem z całego świata. Doszło do tego, że Francuzi po przejęciu zakładów zaczęli przywozić swoją – o wiele gorszą jakościowo – produkcję do Żyrardowa. Tutaj, po opieczętowaniu znakami firmowymi zakładu, była wypuszczana na rynki jako wyrób żyrardowski. Szybko odbiło się to niekorzystnie na opinii zakładu za granicami Polski. Ponadto Marcel Boussac jako właściciel dwóch przedsiębiorstw – Societé Comptoir de l’Industrie Cotonniére i Societé des Manufactures de Senones – zawarł umowy z Zarządem Zakładów Żyrardowskich na dostawę bawełny na zasadach kredytowych. Oprocentowanie tych kredytów było niezwykle wysokie i wynosiło nawet ponad 18%, podczas gdy kredyt na bawełnę sięgał przeciętnie 7%. W ten sposób Boussac przechwytywał zyski Zakładów Żyrardowskich…

W takiej to sytuacji Julian Blachowski rozpoczął pracę na stanowisku przewodniczącego Rady Miejskiej Żyrardowa. W jej skład wchodzili ludzie reprezentujący różne opcje polityczne, od których uzależniali najczęściej swą postawę wobec Boussaca. Chadecy chcieli z nim ugody, pepeesowcy proponowali umiarkowanie i atak w odpowiedniej chwili, a endecy wietrzyli spisek niemiecko-żydowski, na co wskazywać miało pochodzenie większości akcjonariuszy i personelu dyrekcji. Także zakładowe związki zawodowe, bardzo rozdrobnione i skłócone, różnie widziały charakter walki o zachowanie praw pracowniczych. Najradykalniejsi komuniści (których nie było w Radzie Miejskiej) nawoływali do akcji strajkowych. Te wybuchały raz za razem, ale szybko okazało się, że strajki są na rękę nowej dyrekcji, która mogła zwalniać strajkujących bez odszkodowania. Doszło do tego, że dyrekcja przekupywała członków załogi, by stali się prowokatorami zachęcającymi do strajków.

Blachowski widzi, jak w mieście coraz bardziej rośnie bezrobocie, jak demontowane są maszyny poszczególnych działów fabryki, a produkcję przestawia się na bawełnę „z Górnej Wolty [dzisiaj Burkina Faso] w Afryce”, gdzie Boussac posiada plantacje bawełniane.

Przewodniczący Rady Miasta stara się robić, co tylko może. Śle monity do redakcji Robotnika, by na jego łamach sygnalizować trudną sytuację Żyrardowa. Na niewiele się to jednak zdaje. Na początku kwietnia 1926 r. nowym dyrektorem generalnym Zakładów Żyrardowskich zostaje Gaston Koehler-Badin. Ten Alzatczyk ze szwajcarskim paszportem („farbowany Szwajcar”, jak o nim złośliwie mówili Polacy) szybko staje się symbolem wszystkich niekorzystnych zmian w Żyrardowie. Od początku swoich rządów w fabryce intensyfikuje opisane wyżej praktyki. W pierwszym roku swego dyrektorowania przeprowadza lokaut, w wyniku którego pracę traci 3 tys. robotników. Ich miejsce zajmują nieletni uczniowie – przyjmuje się ich rzekomo na okres przeszkolenia, by zwolnić po kilku miesiącach i przyjąć następnych. Masowo zwalniani są specjaliści narodowości polskiej i czeskiej – na rzecz niemieckich, co rodzi podejrzenia, że nowemu dyrektorowi, jako Alzatczykowi, „bliżej do Berlina niż do Paryża”.

Koehler ponadto jest „estetą”, nie lubi w fabryce ludzi starych i grubych kobiet – pracownicy o nieodpowiednim wyglądzie są zwalniani lub kryją się po toaletach w czasie inspekcji dyrektora w zakładzie. Nowością za rządów Koehlera jest zaprzestanie demontażu maszyn; sprowadza się nawet nowe, gdyż dyrektor to także fanatyczny zwolennik postępu technicznego – według niego załoga powinna zostać zredukowana do minimum na rzecz nowoczesnych urządzeń. Człowiek ten budzi przerażenie nawet wśród najbliższych współpracowników, z chorobliwą zaciętością tropi przejawy niesubordynacji i terroryzuje otoczenie gwałtownymi wybuchami wściekłości. Jego zastępcą i zausznikiem w fabryce jest Jan Ważkiewicz. I to on najczęściej przekazuje załodze nowe dyrektywy swego pryncypała.

Oskarżenia o korupcję

Wciąż trwają redukcje. Blachowski jest coraz bardziej świadomy nieczystych machinacji w zakładzie i postanawia interweniować w tej sprawie u władz państwowych. Jako prezes Rady Miejskiej śle memoriały do rządu, zabiega o audiencję u samego marszałka Piłsudskiego, jeździ do Ministerstwa Pracy i Opieki Społecznej. Razem z prezydentem miasta Edmundem Orlikiem, Aleksandrem Albrechtem z PPS i Pawłem Hulką-Laskowskim publikuje na łamach Robotnika memoriał Przyczyny i skutki obecnego upadku Żyrardowa. Na niewiele się to zdaje.

Jednocześnie coraz częściej słychać oskarżenia pod jego adresem – że jako przewodniczący Rady Miejskiej otrzymał nowe mieszkanie przy ulicy Szkolnej albo dostał w fabryce podwyżkę w wysokości 150 zł, co jest widomym znakiem tego, że został „kupiony” przez zarząd. Nikt nie chce wierzyć jego zapewnieniom, że zarabia tyle samo co inni pracownicy biura obrachunkowego, że miał propozycje przekupstwa, ale nie przyjął żadnej z wsuwanych mu kopert. Wreszcie Blachowski nie wytrzymuje i łamie swoje przyrzeczenie z katorgi – zaczyna pić. Znowu odzywa się choroba wrzodowa żołądka, którą stara się uśmierzyć alkoholem. Zdarza się, że nie przychodzi do pracy, atmosfera w domu też bardzo się psuje. Krążą pogłoski, że prezes Rady Miejskiej stara się wódką uśmierzyć sumienie po tym, jak zaprzedał się Koehlerowi. Wszystko to powoduje, że PPS nie wystawia jego kandydatury w wyborach do Rady Miejskiej na lata 1928–1931. Blachowski jest zdruzgotany. Dzięki prostym i jakże klasycznym na polskim gruncie zabiegom – szczuciu i plotkom – zarząd fabryki pozbywa się groźnego przeciwnika. W niedługim czasie pozbędzie się go także z fabryki…

Po zwolnieniu z pracy w marcu 1932 r. przenosi się wraz z dziećmi do Warszawy i zamieszkuje w lokalu przy ulicy Kępnej na Pradze. Żona do nich dojeżdża, gdyż nadal pracuje w Zakładach Żyrardowskich i mieszka w służbowym przyfabrycznym mieszkaniu. Blachowski mimo kłopotów zdrowotnych próbuje kolejny raz szukać pracy w Warszawie, ale czuje, że wszyscy się od niego odsunęli, znikąd nie widzi pomocy. „Pusto.” I w tym momencie otrzymuje kolejny cios: żona powiadamia go, że mają ją eksmitować ze służbowego mieszkania w Żyrardowie…

Dyrektor Koehler

O poranku feralnego dnia 26 kwietnia 1932 r. Blachowski po kolejnej nieprzespanej nocy założył płaszcz, w którego kieszeni trzymał browninga, i wyszedł z mieszkania. Pożegnał wcześniej córkę idącą do szkoły i syna, który w tym dniu miał wolne – prócz popołudniowych zajęć w teatrzyku szkolnym. Służącej przekazał, że idzie załatwić dzieciom kolonie letnie, obiecane przez partyjną koleżankę Zofię Praussową. Jednak nie udało mu się załatwić tej sprawy… Bezskutecznie próbował spotkać się z premierem Prystorem (nie został wpuszczony ani do budynku Rady Ministrów, ani do prywatnego mieszkania) – dawnym znajomym z katorgi… Po tym niepowodzeniu udał się do siedziby zarządu Zakładów Żyrardowskich na ulicy Traugutta. Nie dopuszczono go przed oblicze dyrektora Koehlera, ale dowiedział się, kiedy ten będzie w „Ziemiańskiej”. Wstąpił do knajpy, by uśmierzyć ból żołądka, i wyszedł, by czekać na zewnątrz.

Śmierć Koehlera odbija się szerokim echem w całym kraju. Większość opinii publicznej i prasy jest po stronie zabójcy. Podkreśla się, że swego czynu dokonał z pobudek ideowych. W Żyrardowie kierownictwo fabryki wpada w popłoch, a ulica triumfuje. Na ścianach budynków pojawiają się napisy w rodzaju: „Dyrektor Koehler siedzi w niebie i woła Ważkiewicza do siebie!”. W samych zakładach następuje odwilż – wstrzymano kolejne zwolnienia, skończyły się też szykany, stosowane wcześniej przez Koehlera. Jednocześnie zabójstwo Alzatczyka zaczyna mieć reperkusje międzynarodowe. Ostry protest składa ambasador francuski w Polsce Jules Laroche. Wprawdzie Koehler był obywatelem Szwajcarii, ale piastował stanowisko z ramienia francuskiego konsorcjum, a ponadto był mężem zaufania kapitału francuskiego w Polsce. Protest składa również ambasada szwajcarska.

W czasie przesłuchania Blachowski, gdy pytano go o motywy zabójstwa, powtarzał za każdym razem, że zabił Koehlera, ponieważ ten pozbawił go pracy i chciał wyrzucić ze służbowego mieszkania jego żonę. Ponadto okropnie traktował swoich pracowników, chociaż – co podkreślił Blachowski – jego samego nigdy nie obraził. Na jego czyn miała też wpłynąć świadomość, że przez decyzje Koehlera w Żyrardowie zapanowała nędza i bezrobocie. 29 kwietnia Blachowski został przewieziony z więzienia na Mokotowie na Pawiak. Zamknięto go tam w tej samej celi numer 52, w której siedział za czasów carskich. 30 kwietnia odbyły się w Warszawie uroczystości pogrzebowe Gastona Koehlera-Badina – trumnę z ciałem przewieziono do specjalnie przygotowanego składu kolejowego, który odjechał do Berlina. Nowym dyrektorem Zakładów Żyrardowskich został dotychczasowy zastępca Koehlera – Joseph Vermeersch.

24 października 1932 r. w Sądzie Okręgowym w Warszawie rozpoczyna się proces Juliana Blachowskiego. Zainteresowanie tą sprawą okazuje się ogromne. Sala pęka w szwach od tłumu reporterów i publiczności, wśród której jest także liczna delegacja żyrardowskiej załogi. Obrońcami Blachowskiego zostają sławny z procesów politycznych mecenas Leon Berenson i socjalista mecenas Henryk Gacki. Oskarżycielem jest natomiast młody prokurator Józef Fürstenberg. Przewodniczącym gremium sędziowskiego zostaje sędzia Jan Duda – znany ze skrupulatności wiceprezes sądu okręgowego. Powodów cywilnych reprezentuje dziekan Jan Nowodworski. W trakcie procesu świadkowie przedstawiają skomplikowaną sytuację Blachowskiego, która wiąże się ściśle z warunkami panującymi w Żyrardowie. Mimo starań prokuratury, by wątek fabryki żyrardowskiej nie zdominował rozprawy, to właśnie on staje się głównym motorem procesu. Po kolei wychodzą na jaw machinacje zarządu – niekorzystne nie tylko dla miasta, lecz także dla gospodarki całego kraju.

Blachowski dostaje pięć lat więzienia. Sąd przychylił się do zdania obrony, że oskarżony „działał pod wpływem silnego wzruszenia duchowego”. Blachowski zostaje osadzony najpierw w Arsenale, warszawskim więzieniu przy ulicy Długiej. Zaraz na początku odsiadki dowiaduje się, że bezpodstawnie cofnięto mu rentę niepodległościową. Jego obrońcy składają apelację od wyroku. 17 marca 1933 r. sąd apelacyjny przychyla się do wniosku obrony i obniża karę do czterech lat. Zostaje mu także przywrócona renta niepodległościowa. Również w tym czasie z inicjatywy prezydenta Żyrardowa Edmunda Orlika ambasador ZSRR Władimir Antonow-Owsiejenko za wiedzą władz polskich składa żonie Blachowskiego propozycję uwolnienia męża poprzez wymianę więźniów i wyjazd do Związku Radzieckiego. Ksawera Blachowska po przemyśleniu sprawy odmawia, a męża w ogóle o tym nie informuje.

W więzieniu Julian Blachowski po pewnym czasie odzyskuje równowagę psychiczną. Zdobywa też mir wśród więźniów i strażników więziennych, za pośrednictwem których kontaktuje się nieoficjalnie i poza cenzurą więzienną z przyjaciółmi. U władz więziennych ma opinię człowieka wciąż niebezpiecznego, o cechach przywódczych. Zostaje przeniesiony do więzienia w Białej Podlaskiej. Tutaj szybko popada w konflikt z administracją więzienną, pisze skargi do Ministerstwa Sprawiedliwości i Związku Byłych Więźniów Politycznych. Po przechwyceniu nielegalnej korespondencji w listopadzie 1933 r. Blachowski zostaje karnie przeniesiony do więzienia o zaostrzonym rygorze we Wronkach.

Jednocześnie mieszkańcy Żyrardowa zawiązują komitet, który zaczyna zbierać podpisy pod petycją do prezydenta RP o przedterminowe zwolnienie Blachowskiego. Pod petycją udaje się zebrać 7 tys. podpisów żyrardowian, z przedstawicielami władz miasta włącznie. Dokument zostaje 9 listopada 1933 r. przekazany do Ministerstwa Sprawiedliwości. W tym samym czasie prośbę o ułaskawienie Blachowskiego wysyła do prezydenta Ignacego Mościckiego także jego żona. 13 lutego 1934 r. prezydent Mościcki swoim reskryptem ułaskawia Juliana Blachowskiego i zawiesza połowę jego kary. Blachowski jest wolny.

Czyn Blachowskiego wpłynął również na sytuację Zakładów Żyrardowskich, a co za tym idzie – samego miasta. Rozgłos, jaki zyskał proces zabójcy dyrektora Koehlera, pozwolił rządowi polskiemu na przystąpienie do ofensywy przeciwko francuskiemu konsorcjum. Tym bardziej, że wyszło na jaw, iż Boussac zalegał skarbowi państwa przeszło 2 mln zł niezapłaconych podatków… „Król bawełny” starał się we Francji przedstawić siebie jako ofiarę polskiej polityki antyfrancuskiej i nie zamierzał łatwo oddawać zdobyczy. Wreszcie 29 listopada 1936 r. doszło do porozumienia i rząd polski wykupił Zakłady Żyrardowskie. Do fabryki wrócił inżynier Władysław Srzednicki, który jako zarządca państwowy odbudował zakłady po zniszczeniach I wojny światowej. Pod jego rządami fabryka szybko odzyskała dawną renomę, jej produkty znowu zaczęły być cenione w świecie. Żyrardów odetchnął.

Pawiak po raz trzeci

Ostatni rozdział w tragicznym życiu Juliana Blachowskiego został dopisany przez II wojnę światową. Po wyjściu z więzienia Blachowski wyjechał z rodziną do Pińska, a następnie do Wilna, gdzie znalazł pracę w biurze pośrednictwa pracy. Jego stan zdrowia znacznie się poprawił, po tym jak przeszedł operację żołądka, przeprowadzoną przez doktora Tadeusza Micheja – powstańca śląskiego, działacza plebiscytowego i senatora.

W przeddzień wybuchu wojny Blachowski wraca do Żyrardowa. 12 września 1939 r. miasto zajmują Niemcy. Mieszkańcy stają się dla najeźdźców żywą tarczą w czasie szturmu na Warszawę. W Żyrardowie dochodzi do pierwszych egzekucji, a Blachowski znajduje się na liście gestapo. Udaje mu się uciec do Warszawy, jednak Niemcy aresztują jego dzieci. Syna wywożą do obozu w Rzeszy, a córkę, ciężko chorą na serce, zwalniają do domu. Po dwóch latach ukrywania się w Warszawie Blachowski wpada w czasie łapanki. Po przesłuchaniu na Szucha zostaje przewieziony na Pawiak – trafia tu po raz trzeci w swoim życiu.

Julian Blachowski zostaje rozstrzelany w masowej egzekucji 23 stycznia 1943 r. Do dziś nie wiadomo, gdzie jest pochowany. Najczęściej wskazuje się masową mogiłę w Palmirach.
Sprawa Blachowskiego była jedną z głośniejszych spraw sądowych w II Rzeczypospolitej. I chyba jedyną z tak dramatycznym wątkiem społecznym. Podkreślano, że strzały Blachowskiego odebrały życie człowiekowi, ale jednocześnie zahamowały śmierć miasta.

Tomasz Bohajedyn

UBECKIE ZBRODNIE

NSZ

Jedna z tysięcy podobnych ubeckich zbrodni.; Do dziś komuniści chodzą dumni i bezkarni za to co robili ludziom.

Zagipsowali jej usta, a potem rozstrzelali. Aniela Życzyńska ps. ANIA

 

Mija rocznica tragicznej śmierci Anieli Życzyńskiej ps. „Ania”. Do dziś nie wiadomo, gdzie pochowana jest łączniczka i sanitariuszka NSZ na Lubelszczyźnie. Za to jej oprawca spokojnie sobie odpoczywa w Alei Zasłużonych na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach.
Aniela Życzyńska urodziła się 12 maja 1902 r. w Rzeczycy Ziemiańskiej w powiecie kraśnickim. Ukończyła Pomaturalną Szkołę Pielęgniarek i Położnych w Warszawie. Do 1939 r. mieszkała w Jabłonowie Pomorskim, gdzie pracowała jako położna.

Podczas kampanii wrześniowej została powołana do służby cywilnej. Aresztowana przez Niemców, trafiła do więzienia w Brodnicy, gdzie zachorowała. Przewieziono ją do szpitala, z którego uciekła w grudniu 1939 r. Początkowo ukrywała się w Jabłonowie Pomorskim, a następnie w Grudziądzu. W styczniu 1940 r. dotarła do Łychowa Szlacheckiego na terenie Generalnego Gubernatorstwa.

W 1940 r. wstąpiła do Narodowych Sił Zbrojnych i przyjęła pseudonim „Ania”. Trafiła do oddziału partyzanckiego kapitana Wacława Piotrowskiego ,,Cichego”, gdzie została łączniczką z Komendą Okręgu Lublin NSZ oraz centralą w Warszawie. W lubelskiej komendzie pełniła też funkcję szefowej służby sanitarnej. W jej domu przebywali ranni żołnierze AK i NSZ oraz „spaleni” i ochotnicy do partyzantki.

Po zajęciu Lubelszczyzny przez armię sowiecką w dalszym ciągu działała jako łączniczka w oddziale „Cichego”. Współpracowała również ze zgrupowaniem majora Hieronima Dekutowskiego ,,Zapory” oraz z oddziałem NSZ Stanisława Młynarskiego ,,Orła”, gdzie zastępcą dowódcy był jej syn – Antoni ps. „Tolek”.

W lipcu 1945 r. udało się jej ostrzec stacjonujące w Lasach Lipskich i Janowskich oddziały partyzanckie przed wymierzoną przeciwko nim operacją sił bezpieki.

W tym samym miesiącu „Ania” została aresztowana przez funkcjonariusza UB, majora Edwarda Gronczewskiego, dowodzącego tzw. pozorowanym oddziałem partyzanckim stworzonym w celu rozpracowywania podziemia antykomunistycznego.

12 lipca 1945 r., bez jakiegokolwiek procesu i sądu, Aniela Życzyńska „Ania” została rozstrzelana w pokazowej egzekucji w Lipie. Wcześniej, przed egzekucją w brutalny sposób zagipsowano jej usta, aby nic nie mogła powiedzieć. Ciała zamordowanych, dla zwiększenia efektu zastraszenia, leżały na rynku przez cały dzień.

W nocy partyzanci oddziału „Zapory” zabrali je i prawdopodobnie pochowali na cmentarzu w jednej z okolicznych miejscowości. Miejsca pochówku Anieli Życzyńskiej nie ustalono do dnia dzisiejszego.

Jej nazwisko umieszczono na tablicy w kościele pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny w Potoku Wielkim, poświęconej poległym i zamordowanym mieszkańcom ziemi janowsko-kraśnickiej.

Odpowiedzialny za aresztowanie „Ani” ubek Edward Gronczewski ma swój grób w Alei Zasłużonych na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach.

Hagana w Bolkowie. Żydowskich terrorystów szkolono na Dolnym Śląsku

PLAKAT_ULOTKA

Hagana w Bolkowie. Żydowskich terrorystów szkolono na Dolnym Śląsku

Odkąd izraelskie wojsko zaatakowało Strefę Gazy, telewizja w każdych wiadomościach pokazuje śmigłowce, czołgi, transportery opancerzone i żołnierzy piechoty walczących z palestyńskim Hamasem. Widzowie nie zdają sobie sprawy, że sześćdziesiąt lat temu trzon tej armii stanowili emigranci z Polski – wyszkoleni przez komunistów w Bolkowie na Dolnym Śląsku – pisze Piotr Kanikowski

Władze chciały się w ten sposób pozbyć mniejszości żydowskiej z kraju. Ale miały też inny ważny cel – uważa Mieczysław Bojko, eksplorator i badacz tajemnic Dolnego Śląska. – Komunistycznej agenturze zależało, żeby nowe państwo żydowskie na Bliskim Wschodzie budowali ich ludzie, a nie wysłannicy imperialistycznego świata.

Jeszcze zanim w maju 1948 roku proklamowano powstanie państwa Izrael, komuniści nawiązali cichy kontakt z Haganą – syjonistyczną formacją wojskową, która od lat dwudziestych ochraniała żydowskich osadników w Palestynie. Na polecenie Moskwy w większych polskich miastach powstały punkty werbunkowe. Młodym, głównie dwudziestokilkuletnim, ludziom pochodzenia żydowskiego oferowano szybkie przeszkolenie oraz wyjazd na Bliski Wschód, gdzie mieli się osiedlić i walczyć z Arabami o nową ojczyznę. A w Bolkowie – na ukrytych wśród lasów, odgrodzonych płotem zboczach Góry Ryszarda – rozpoczął działalność obóz wojskowy Hagany. Polscy historycy datują jego powstanie na jesień 1947 roku, izraelskie źródła precyzują: we wrześniu. Ale według nieżyjących już świadków, których relacje kilkanaście lat temu pozbierał Mieczysław Bojko, pierwsi bojownicy po cichu szkolili się tu do walki z Arabami już pod koniec 1945 roku.

– Zakwaterowano ich w budynkach, w których Niemcy prowadzili podczas wojny obóz dla młodzieży z Hitlerjugend – mówi Bojko. – Dziś należą do Zespołu Szkół Agrobiznesu.

Zlokalizowanie obozu Hagany na Dolnym Śląsku wydawało się logiczne. Tuż po wojnie ten region był największym skupiskiem ludności żydowskiej. Osiedliła się w nim prawie połowa polskich Żydów – byłych więźniów obozów koncentracyjnych, partyzantów, żołnierzy. Ich majątki w centralnej Polsce zostały rozgrabione lub zniszczone, nie mieli po co wracać na ojcowiznę, bali się reakcji dawnych sąsiadów, a ziemia i fabryki na tzw. Ziemiach Odzyskanych potrzebowały rąk do pracy. Więc w lipcu 1946 roku zarejestrowano tu aż 82 tysiące żydowskich repatriantów. Pojawiły się nawet propozycje przekształcenia Dolnego Śląska w Jidiszer Jiszew in Niderszlezje – Żydowskie Osiedle na Dolnym Śląsku, okręg autonomiczny lub rejon żydowski. Ostatecznie zwyciężyła jednak koncepcja rozwiązania problemu poprzez emigrację do Izraela.

Na szkolenie Hagany zgłaszali się głównie działacze organizacji syjonistycznych, rekomendowani przez ich władze. Akcja była ściśle kontrolowana przez Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego, które zatwierdzało listy ochotników i dbało o odpowiedni światopogląd emigrantów. Członków Polskiej Partii Robotniczej szantażowano. Dla nich warunkiem zgody na wyjazd było podjęcie współpracy z bezpieką. Mieli donosić o nastrojach podczas szkolenia i pozostać agentami służb na Bliskim Wschodzie.

W obozie w Bolkowie przebywali zarówno mężczyźni, jak i kobiety – Żydówki, ale także Polki, które wyszły za Żydów i razem z mężami przygotowywały się do opuszczenia kraju. Jeszcze w biurach werbunkowych ochotników poddano wstępnym badaniom lekarskim i skłoniono do podpisania deklaracji, że po dotarciu do Palestyny wstąpią do Hagany. Poza ideowcami, śniącymi o wolnym Izraelu, zgłaszali się także bogaci spryciarze, którzy w zorganizowanym przez komunistów naborze ujrzeli szansę wywiezienia swego majątku przez pilnie strzeżone granice Polski. Czasem udawało im się zwieść czujność bezpieki: po drodze do Palestyny odłączali się od grupy i znikali razem z przemyconym potajemnie złotem czy pieniędzmi. Dezercja nie mogła być rzadkim przypadkiem, skoro Franciszek Kuchta, inspektor Ochrony Skarbowej, ubolewał w piśmie do zwierzchników, że wraz z haganowcami ubywa kosztowności.

Próżne żale, bo zarówno o powstaniu obozu, jak i jego likwidacji we wrześniu 1948 r., przesądziła polityka. Haganowców wspierał generał Michał Komar z wywiadu wojskowego Oddziału II Sztabu Generalnego Wojska Polskiego i władze Polskiej Partii Robotniczej. Trudno sobie wyobrazić, by tego rodzaju działalność była możliwa bez akceptacji (lub wręcz inspiracji) Związku Radzieckiego.

Według dr Bożeny Szaynok z Zakładu Historii Najnowszej Uniwersytetu Wrocławskiego, która dziewięć lat temu w miesięczniku „Odra” opisała działalność obozu w Bolkowie, najemników szkolili wysłannicy Hagany oraz wysocy oficerowie Armii Czerwonej i Wojska Polskiego. Wykorzystywano do tego poniemiecką strzelnicę na Górze Ryszarda. Zajęcia trwały po 12 godzin przez 10 dni. Poza klasycznym szkoleniem wojskowym czy musztrą, obejmowały wykłady o syjonizmie, Palestynie, Haganie. Przyszli bojownicy nosili zielone, amerykańskie mundury z demobilu, przesyłane ze Stanów Zjednoczonych do Polski przez działaczy Joint (American Jewish Joint Distribution Committee). Broń dostarczali komuniści z Polskiej Partii Robotniczej. Pochodziła najprawdopodobniej z nielegalnych źródeł.

1948 ISRAELI ISRAEL HAGANA MILITARY RECRUITMENT POSTER

Dr Bożena Szaynok podkreśla, że istnienie obozów Hagany w Polsce i Czechosłowacji owiane było tajemnicą.

– ZSRR nie chciał się afiszować z tego rodzaju pomocą dla Żydów ze względu na różne ograniczenia dotyczące dostaw broni do Palestyny w tym czasie, ale także z powodu relacji z Wielką Brytanią, która wciąż jeszcze, jesienią 1947 r., sprawowała mandat nad Palestyną – mówi. – Brytyjczycy wciąż jeszcze byli decydentami w tamtym regionie. Dlatego tego rodzaju pomoc udzielana była dość dyskretnie. Ale jak opowiadali mi bolkowianie, Żydzi nie kryli swojej obecności.

W 1948 roku wzięli udział w pochodzie majowym. Obnosili się po Bolkowie zarówno z przywiązaniem do syjonizmu, jak i komunizmu. Dr Bożena Szaynok przytacza relację Grzegorza Smolara, który z ramienia frakcji żydowskiej PPR nadzorował szkolenie. W czerwcu 1948 roku pisał: „Ludność miasteczka, jak żydowska, tak i polska, dokładnie wie o charakterze tego obozu. Nie ma żadnej konspiracji. Koło bramy stoi dyżurny. Ćwiczenia odbywają się koło samego obozu, w otwartym polu. W tym samym dniu, kiedy byłem w obozie, wróciła z dwudniowego pochodu grupa (około 50 osób). Do obozu, przez ulice miasteczka, grupa przeszła śpiewając piosenkę sowiecką w języku rosyjskim”.

W innym miejscu Smolar wspomina, że ludność przychodziła żegnać pociągi z uchodźcami na stacje. Były kwiaty i transparenty. Bo w końcu wyszkoleni w Bolkowie bojownicy Hagany dostawali dokumenty podróży, a Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego sporządzało imienne listy, na podstawie których mogli opuścić kraj. Z Bolkowa pociąg zabierał ich do Katowic. Trasa przerzutowa wiodła przez Pragę i Paryż do Marsylii, skąd Żydzi statkiem odpływali do Palestyny, by dołączyć do oddziałów Hagany.
Część z nich na pewno zginęła na froncie.

– Kiedy w 1948 roku Hagana została przekształcona w izraelską armię, wyszkoleni w Bolkowie oficerowie stali się jej elitą – twierdzi Mieczysław Bójko. – Przez szereg lat stanowili trzon izraelskiego dowództwa.

Legenda głosi, że w Polsce – być może właśnie w obozie w Bolkowie – szkolenie przeszedł generał Mosze Dajan, dowódca Hagany, szef sztabu armii izraelskiej i późniejszy minister obrony Izraela.

W latach 1945-1948, gdy komuniści szkolili haganowców, był już doświadczonym bojownikiem i bohaterem narodowym. W brytyjskiej armii organizował oddziały komandosów i zwiadowców. Podczas walk w Libanie stracił lewe oko.

Jeśli nawet przed wojną izraelsko-arabską 1948-1949 komuniści szkolili go w Polsce, nikt się do tego nie przyzna. Zwłaszcza w obliczu rozgrzebanego na nowo konfliktu na Bliskim Wschodzie.

Jak się odrodził Izrael?

Po II wojnie światowej przywódcy Związku Radzieckiego i Stanów Zjednoczonych zgodzili się, że najlepszym rozwiązaniem kwestii żydowskiej w Europie jest podział Palestyny i utworzenie tam państwa dla izraelskich tułaczy. Anglicy, którzy kontrolowali wówczas terytorium palestyńskie, początkowo sprzeciwiali się tym planom. Mieli jednak coraz więcej problemów z Żydami na Bliskim Wschodzie, bo izraelskie bojówki wdawały się w walki zarówno z Arabami, jak i żołnierzami brytyjskimi. W1947 roku Wielka Brytania zwróciła się więc do Organizacji Narodów Zjednoczonych, by ONZ przecięła ten gordyjski węzeł. W listopadzie 1947 roku Zgromadzenie Ogólne ONZ postanowiło o podzieleniu Palestyny na dwa państwa: arabskie i żydowskie.

Syjonizm i komunizm niejednokrotnie łączyły swe siły w walce o wspólne cele. Przypadków takiej współpracy historia zna setki. O jednym z nich napisała swego czasu w miesięczniku kulturalnym „Odra” Bożena Szaynok w artykule „Żydowscy żołnierze z Bolkowa”. Autorka poruszyła w nim temat istnienia w pierwszych latach po wojnie na terytorium Polski syjonistycznych obozów wojskowych, z których jeden znajdował się w Bolkowie na Śląsku. Przypuszczać można, że obiektów takich było w Polsce po 1945 r. co najmniej kilka, co przy ich średniej „wydajności” równej wyszkoleniu ok. 7 tys. żołnierzy obrazuje stopień zaangażowania bloku komunistycznego w pomoc dla syjonistów. Uczestnicy opisywanego obozu po dostaniu się do Palestyny automatycznie zostawali członkami Hagany – syjonistycznej formacji wojskowej z której stworzono armię Izraela.

Historia, o której pisze Bożena Szaynok rozpoczęła się w 1945 r., wraz z końcem II wojny światowej. Wówczas to przywódcy zwycięskich mocarstw – USA i ZSRR – uznali, że najlepszym sposobem na „ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej” w Europie jest ten proponowany przez syjonistów, czyli masowa emigracja Żydów do Palestyny i utworzenie tam państwa żydowskiego. Był to pomysł o tyle mało oryginalny, że – jak twierdzi wielu historyków – dokładnie tego samego chciał Hitler, zawiązując tajne porozumienie z Agencją Żydowską i niemieckim Żydami – syjonistami. Na przeszkodzie realizacji tychże koncepcji, tym razem w wydaniu Trumana i Stalina, stała w 1945 r. „Wielka Brytania, niechętna podziałowi Palestyny”, jednak „musiała ustąpić w 1947 r. z powodu sytuacji, jaka zaistniała na tym terenie. Walki arabsko-żydowskie i brytyjsko-żydowskie przybierały na sile, sytuacja coraz bardziej wymykała się spod kontroli. Elementem nacisku była także odmawiająca powrotu do przedwojennych ojczyzn grupa Żydów w obozach Displaced Person na terenie Austrii, Włoch oraz stref okupacyjnych w Niemczech”. W owym 1947 r. Anglia przekazała ONZ kompetencje do rozstrzygnięcia kwestii żydowsko-palestyńskiej. „W listopadzie 1947 r. w Flushing Meadows odbyło się głosowanie w Zgromadzeniu Ogólnym ONZ nad podziałem Palestyny(…). Głosowanie zakończyło się sukcesem koncepcji żydowskiej. Trzydzieści trzy państwa opowiedziały się za podziałem Palestyny, co oznaczało utworzenie na tym terenie państwa arabskiego i żydowskiego.” – pisze dalej Szaynok.

Kiedy w maju 1948 r. powstał Izrael, został on niemal natychmiast – zaraz po USA – uznany także przez ZSRR, który z miejsca rozpoczął też grę na rzecz umocnienia swych więzi z państwem żydowskim. Pionkami w tej grze zostały oczywiście europejskie satelity Kremla – Czechosłowacja i Polska. Z polecenia Moskwy rząd czeski podjął decyzję o sprzedaży broni państwu żydowskiemu, w obu państwach powstały obozy ochotników do Hagany. Zaraz po oficjalnym uznaniu Izraela przez państwa bloku komunistycznego, także w Polsce przystąpiono do organizowania dlań pomocy. „W Polsce w tym czasie przebywali już wysłannicy Hagany z Palestyny. Jedną z osób koordynujących akcję pomocy był Wacław Komar”. Grzegorz Smolar – żydowski komunista z PPR, odbył w tym czasie rozmowę z kierownikiem wydziału spraw zagranicznych KC PPR – Ostapem Dłuskim, który poinformował go o „konieczności zorganizowania pomocy dla państwa Izrael”. Następnie Smolar spotkał się z wspomnianym Wacławem Komarem. Ten, jak wspomina Smolar „powiedział, że do Polski przyjechał wysłannik (…) człowiek specjalnej misji”. Człowiekiem tym był Icchak Palgin (Polakiewicz) oraz druga osoba – przedstawiciel strony żydowskiej – instruktor wojskowy o pseudonimie „Jakub”. To z nim Smolar jako „przedstawiciel PPR w rozmowach ze stroną izraelską” miał omawiać sprawę stworzenia w okupowanej przez bolszewików Polsce obozów wojskowych dla Żydów. Dalej autorka artykułu pisze: „Niewiele możemy powiedzieć o zasadach współpracy między wysłannikami Hagany a stroną polską. Nie wiemy, kto był odpowiedzialny za fundusze, broń, koncepcje szkolenia. W Czechosłowacji, gdzie powołany został podobny [do tego w Polsce – przyp. red] obóz, rząd czeski zapewniał ośrodek szkoleniowy, instruktorów i uzbrojenie, strona izraelska gwarantowała fundusze na funkcjonowanie obozu, broń oraz transport do Izraela”. Można się domyśleć, że w Polsce wyglądało to podobnie. Jednak, jak się okazuje, pertraktacje komunistów z syjonistami w sprawie obozu(ów) w Kraju nad Wisłą rozpoczęły się jeszcze przed powstaniem Izraela, co dowodzi dużego stopnia zainteresowania Kremla we wzmocnieniu militarnego potencjału syjonistów. Rozmowy trwały, bowiem już w okresie koniec 1947 – początki 1948 r. Trudno jednak ustalić dokładną datę powstania samego obozu. Wiadomo, że na miejsce jego lokalizacji wybrano Bolków – śląskie miasteczko położone ok. 100 km od Wrocławia. Ze względu na położenie i otaczające je gęste lasy było ono idealne do organizacji tego typu placówki.

Jak dowiadujemy się z tekstu B. Szaynok, w krótkim czasie przedsięwzięcie ruszyło pełną parą: „Wiosną 1948 r. do Bolkowa zaczęli przyjeżdżać pierwsi ochotnicy. Kierowani byli przez duże, utworzone w większych miastach Polski, biura werbunkowe. Tam przechodzili też wymagane badania lekarskie. Przyjeżdżający do Bolkowa posiadali rekomendacje partii syjonistycznych, podpisywali także deklaracje o przystąpieniu do Hagana po wyjeździe do Palestyny.(…) W obozie pojawili się nie tylko syjoniści, aczkolwiek stanowili oni większość. Do Bolkowa przyjechali też członkowie Bundu i frakcji PPR”. Jednym słowem, obóz na dobre rozpoczął swą działalność. O jego wyglądzie i przebiegu szkolenia czytamy dalej, co następuje: „W dwóch budynkach przy ulicy Wysokogórskiej zostało utworzone centrum szkolenia. Ćwiczenia prowadzone były na pobliskiej górze Ryszarda, gdzie znajdowała się poniemiecka strzelnica. (…) Szkoleniem zajmowali się wysłannicy Hagany [z Monachium – przyp. red], pojawili się też instruktorzy wojskowi, którzy służyli w Armii Czerwonej i Wojsku Polskim. Zdaniem Smolara: «Byli to wysocy oficerowie (…)»”. Jeśli chodzi o przebieg szkolenia, to trwało 10 dni, obok całościowych ćwiczeń wojskowych odbywały się zajęcia poświęcone syjonizmowi, historii Palestyny i Haganie”. Nie obyło się jednak bez kłopotów, zwłaszcza tych natury technicznej. Szaynok pisze na ten temat: „Jednym z istotnych problemów było uzbrojenie ochotników. Początkowo broń pochodziła z kibuców. Nielegalne dostawy broni powodowały rewizje w kibucach i aresztowania. Z czasem, dzięki pomocy Dłuskiego załatwiona została sprawa uzbrojenia. Z «Jointu» otrzymano uzbrojenia wojskowe. Jeden z mieszkańców Bolkowa wspomina zielone mundury szkolonych ochotników: «wyglądali jak wojsko»”. Całemu przedsięwzięciu nie udało się jednak zachować dyskrecji! „Istnienie obozu nie było tajemnicą. Mimo postulowanych przez przedstawiciela PPR [Smolara – przyp. red.] zmian, mających na celu zwiększenie dyskrecji wokół obozu, do końca istnienia placówki niewiele się zmieniło. Mieszkańcy Bolkowa wspominają, że nikt nie krył charakteru obozu. Przed budynkiem, w którym mieściło się centrum szkolenia, stał wartownik z bronią. «Myśmy wiedzieli, że oni pójdą do Izraela, bo tak ludzie mówili, że tam jest wojna, że oni się szkolą, a potem wyjadą». Relacje bolkowian potwierdzają informacje Smolara o obozie. W czerwcu 1948 r. pisał: «Ludność miasteczka, jak żydowska, tak i polska dokładnie wie o charakterze tego obozu. Nie ma żadnej konspiracji. Koło bramy stoi dyżurny. Ćwiczenia odbywają się koło samego obozu, w otwartym polu. W tym samym dniu, kiedy byłem w obozie, wróciła z dwudniowego pochodu grupa (około 50 osób). Do obozu, przez ulice miasteczka grupa podeszła śpiewając piosenkę sowiecką w języku rosyjskim.»”. Nie był to bynajmniej przypadek odosobniony – syjoniści lubili demonstrować swą obecność w miasteczku i przywiązania do komunistycznych sojuszników. W „Odrze” czytamy np. o tym, że „grupa szkolonych ochotników wzięła udział w pochodzie pierwszomajowym w 1948 r., wywołując, jak przyznał Smolar w swoich wspomnieniach: «wielkie wrażenie»”. A oto, co dalej działo się z „absolwentami” obozu: „Po odbyciu szkolenia grupy ochotników otrzymywały, załatwione przez organizatorów, dokumenty podróży. Z Bolkowa wyjeżdżano pociągiem do Katowic, a następnie przez Pragę, Paryż docierano do Marsylii, skąd wypływały statki do Palestyny. Uczestnicy obozu wyjeżdżali na podstawie list imiennych sporządzanych przez Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego. W stosunku do członków PPR, MBW uzależniało wydanie zgody na wyjazd od podjęcia współpracy z bezpieką «jako informatorzy o nastrojach w obozie i nawet po przyjeździe do Izraela». Zdarzało się, że na stacjach urządzano uroczyste pożegnanie ochotnikom do Hagany. «Były kwiaty, transparenty – nawet Polacy mieli dużo sympatii dla ich walki wyzwoleńczej» – wspomina Smolar”.

Istnienie obozu było ściśle uzależnione od jakości stosunków między ZSRR a Izraelem, a te już na jesieni 1948 roku zaczęły się psuć w związku ze zbliżeniem Izraela do USA. Komuniści zaczęli mieć coraz więcej zastrzeżeń w stosunku do obozu i jego uczestników. Franciszek Kuchta – Inspektor Ochrony Skarbowej donosił zaniepokojony do swych zwierzchników: „Nie wszyscy zgłaszają się do obozu z zamiarem wyjazdu do Palestyny. Znaczna część to członkowie organizacji Ichud (Zjednoczenie Syjonistów Demokratów – partia syjonistyczna działająca w Polsce po wojnie do stycznia 1950 roku – przyp.B.S.), przeważnie bogaci kupcy i ich synowie, oraz Mizrachiści (Mizrahii – jedyna, istniejąca po wojnie w Polsce żydowska partia religijna, swą działalność zakończyła w 1949 r. – przyp. B.S.), Agudowcy (Aguda – partia religijna, mimo niezarejestrowania po wojnie w Polsce, prowadziła swą działalność do końca lat czterdziestych – przyp. B.S.) i faszyści, a więc z ugrupowań skrajnie reakcyjnych, którzy wyjeżdżali z Polski w celach skrajnie spekulacyjnych i już w Pradze Czeskiej wyłączają się z grupy ochotników jadących do służby wojskowej.” Martwiły go też „ułatwienia czynione przez władze centralne po wyjeździe” dla żydowskich ochotników, gdyż „były przyczyną wywozu z Polski dużych ilości pieniędzy i złota”. Konsekwencją wspomnianego stopniowego zbliżenia państwa żydowskiego do USA – zimnowojennego wroga Sowietów – było zamknięcie obozu jeszcze w 1948 r.! B. Szaynok podaje, że „pod koniec 1948 r. obóz zostaje zlikwidowany”. Wszystko to stało się nagle, „z dnia na dzień zniknęli żydowscy żołnierze. Nie było wartowników przed budynkiem, gdzie mieściło się centrum obozowe. Pozostawione w lesie drewniane elementy obozu zostały rozebrane”. W ten sposób zakończyła się historia syjonistycznego obozu szkoleniowego w Bolkowie, w którym wg Grzegorza Smolara „zostało wyszkolonych około 7 tysięcy wojskowych”. W znakomitej większości zasilili oni potem szeregi armii izraelskiej, stając się awangardą sił zbrojnych najagresywniejszego i najbardziej zagrażającego pokojowi państwa w tej części świata.

Za:”Odra” nr 9/1999

 

 

Hitler honorowym obywatelem Bolkowa

„Nadanie mi honorowego obywatelstwa miasta Bolkowa napełnia mnie prawdziwą radością. Przyjmuję ten zaszczyt i dziękując radzie miejskiej, pragnę życzyć miastu Bolków, aby kwitło i rozwijało się …” ku chwale III Rzeszy zapewne. „Z niemieckim pozdrowieniem – Adolf Hitler.”

Ślady do nikąd
Już wielu entuzjastów historii Bolkowa osnutej sensacyjnym wątkiem zdążyłem przekonać, że tam gdzie brak źródeł jestem sceptykiem i niedowiarkiem, ale gdy wchodziłem do komnaty w Domu Niewiast na bolkowskim zamku, gdzie trwała już konferencja prasowa z udziałem Stanisława Jana Stulina, odjęło mi mowę, a do moich dotąd pewnych ustaleń zaczęło przenikać zwątpienie. Jednak z minuty na minutę pierwsze mylne wrażenia ustępowały logicznemu myśleniu, które oparłem o pozostające w moim posiadaniu informacje o historii miasta. Każdą z nich potrafię udokumentować.

Stulin w swojej książce „Gdzie ukryto Bursztynową Komnatę” podjął trop, który ma doprowadzić nas do bolkowskiego zamku, a jego samego do książkowego sukcesu. Ja chciałbym natomiast przedstawić Wam, drodzy Czytelnicy, kilka krytycznych uwag, którymi zamierzam podważyć prawdziwość relacji tajemniczego świadka o inicjałach C.H i ukazać tym samym rzeczywisty cel pojawienia się nowego, ale słusznie wcześniej zlekceważonego śladu.

Stulin napisał, że bursztynową komnatę przywieziono do Bolkowa w biały dzień, transport zatrzymał się na rynku, aby pokazać wszystkim, że właśnie przywieziono skarb z Królewca. Aby nie wzbudzać wątpliwości, o jaki skarb chodzi, wcześniej uszkodzono dwie skrzynie i umożliwiono dokładne ich oględziny. Młode bolkowianki miały precyzyjnie policzyć żołnierzy, bowiem widok mężczyzn w mieście miał wówczas należeć do rzadkości. Wynika z tego, że transport bursztynowej komnaty był publicznie jawny, ale jednak w tajemnicy przed samym Hitlerem, który nota bene szczycił się tytułem honorowego obywatela Bolkowa. Sugerowany przez p. Stulina niedostatek młodych mężczyzn w Bolkowie stoi w sprzeczności z faktem, że między 1940 i 1945 stacjonował w polowych koszarach na Wzgórzu Ryszarda oddział RAD – u oznaczony numerem 4/103 w sile 230 mężczyzn. O tym p. Stulin nie wiedział. Nie wie również o tym, że zachowały się księgi meldunkowe Bolkowa. Rejestr od czerwca do grudnia 1945 r. nie wzmiankuje o młodym Polaku o inicjałach C.H., który miał powrócić z Linzu. Jeżeli ów młodzieniec, na którego relacje powołuje się autor książki, osiedlił się w Bolkowie, to zameldował się pod innym nazwiskiem.

Tajemniczy C.H. miał usłyszeć o wszystkim, co relacjonuje, od byłych niemieckich mieszkańców miasta. Zastanawiające jest przy tym, że nikt z grona tak chętnie opowiadających w 1945 r. nie podzielił się swoimi obserwacjami z listopada 1944 r. w momencie, gdy sprawa Bursztynowej Komnaty zdobyła światowy rozgłos (początek lat 70.). Czyżby już zapomnieli o bursztynowych mozaikach wystających z dwóch skrzyń!?

Niemieccy bolkowianie o bursztynowych mozaikach nie pamiętali, ale pamiętali za to, że w lutym 1945 r. oddział Waffen – SS „Estonia” wywiózł z zamku cenniejsze eksponaty tamtejszego muzeum i ukrył je na terenie majątku dr Rulffesa w oddalonej o kilka kilometrów od Bolkowa Półwsi. Dlaczego nie ukryto ich wraz z Bursztynową Komnatą w przepastnych podziemiach?!

Przywoływany przez Stulina świadek relacjonuje o eksplozji na zamku i znalezionych w jego okolicy gruzach. Pierwszej informacji zaprzeczają, drugą potwierdzają zachowane do dziś sprawozdania bolkowskiej Ochotniczej Straży Pożarnej (pisane przez zastępcę dowódcy straży i starszego ogniomistrza Arthura Mattuschka, zam. Frankfurt am Mein, Heisterstr. 14). Jest tam mowa mianowicie o pożarach i wybuchach, które spowodowały zniszczenia w infrastrukturze Bolkowa w okresie 1939 –1946. Otóż zastanawiające jest, że brak tam jakiejkolwiek wzmianki o wybuchu na zamku z listopada 1944 r. i jednocześnie podany jest szczegółowy wykaz zniszczonych lub uszkodzonych w mieście budynków. Wynika z niego, że 8 maja i w nocy z 8 na 9 maja 1945 r. wskutek eksplozji i podpaleń uległo całkowitemu zniszczeniu, bądź zostało częściowo uszkodzonych 15 budynków w tym 2 w bezpośrednim sąsiedztwie zamku. Kilka granatów eksplodowało w ogrodzie Lauterbacha poniżej zamku od strony miasta. Warto w tym miejscu podkreślić także tę sprzeczność, która polega na tym, że p. Stulin stwierdza w swojej książce, że Bolków nie uległ żadnym zniszczeniom wojennym. Nie dość, jak wykazałem wyżej, że miasto zniszczeniom uległo, to przebywająca w nim ludność doznała małych, ale jednak strat.

Wbrew twierdzeniu p. Stulina, że „w przedwojennej literaturze niemieckiej brakuje wzmianki o istnieniu podziemnych wnętrz, które można by łączyć z XVI – wiecznym opisem warowni”, przed wojną upowszechniano wersję o podziemnym przejściu pomiędzy bratnimi zamkami w Bolkowie i Świnach. Bolkowska młodzież wystawiała nawet sztukę, której wątek oparty był na legendzie o dwojgu zakochanych korzystających z tego przejścia. Na wyemitowanym w Bolkowie w 1923 r. banknocie „kryzysowym” jest nawet przekrój zamkowych legendarnych podziemi. Cóż p. Stulin z tej literatury o Bolkowie czytał?! Kolejna sugestia, że jakoby zlokalizowanie tych pomieszczeń nastąpiło w trakcie prac konserwatorskich w latach 1937 – 38, trafia w próżnię, bowiem według sprawozdań Verein für Heimatpflege zajmowano się wówczas wyłącznie remontem części murów, usunięto wyrządzone przez burzę szkody na dachu Domu Niewiast, odtworzono strop w pomieszczeniach po jego prawej stronie oraz zmierzano do odtworzenia pozostałych stropów w skrzydle północnym zamku. Brak natomiast w sprawozdaniach VHP informacji o dokonaniu inwentaryzacji wnętrz podziemnych na zamku. Oznacza to, że do tych sprawozdań Stulin także nie zaglądał.
Stulin sugeruje, że tylko te historie są prawdziwe, które nie mają cech prawdopodobieństwa. Te, które mają, są wymyślone. Potem wskazuje na nieścisłości w relacji C.H., aby podkreślić ich wiarygodność. Stulin umyślnie otwarcie mówi o nieścisłościach w relacji C.H. i uprzedza domysły czytelnika, cały czas sugeruje jednak jego wiarygodność i wiedzie czytelnika za swoim tokiem wnioskowania, aby ten ostatecznie uwierzył, że Bursztynowa Komnata jest ukryta w podziemiach zamku Bolka.
Stulin pisze, że autorzy wielu publikacji, uczynili z nich sensację, co jest jedną z przyczyn zastoju w dotychczasowych ustaleniach wokół Bursztynowej Komnaty. On wykorzystał ten zastój i zrobił dokładnie to samo, co jego poprzednicy w tym temacie, i uzyskał ten sam sensacyjny efekt.

W środowisku poszukiwaczy skarbów książka stanie się bez wątpienia bestsellerem, który przyniesie autorowi i wydawnictwu wymierne korzyści. Według mojej oceny jest to główny powód, dla którego pracownik naukowy, dr Stanisław Jan Stulin, korzystając ze swojego naukowego warsztatu, wychylił się z sensacyjną ofertą do czytelników, licząc na ich brak krytycyzmu podczas lektury książki. Jeżeli chodzi o moją osobę, przeliczył się bardzo.

Roman Sadowski

 

 

Jakoby…?

Neguje mordy na AK w przewodniku po Legnicy, by nie urazić Rosjan

kondusza

Rosyjskojęzyczną wersję przewodnika po Legnicy pt. „Śladami Małej Moskwy” zaprezentował wczoraj historyk dr Wojciech Kondusza, autor tej publikacji. Wspomniał m.in. o zmianach w tekście, jakich dokonał na skutek sugestii „Rosjanina z Moskwy”.

– Mój przyjaciel zauważył, że zapisy o areszcie i przetrzymywaniu Polaków przez Rosjan mogą być dla rosyjskich czytelników niezrozumiałe – wyjaśnił dr Kondusza.

Wspomniał, że kiedy tworzył pierwszą, polską wersję, to uwzględnił w niej ustalenia innego legnickiego historyka – Jana Smalewskiego. Dlatego napisał w przewodniku, że do aresztu w Legnicy trafiali akowcy, którzy byli następnie sądzeni za zdradę ojczyzny i wysyłani do łagrów na Sybir.
Za Smalewskim dodał, że Polacy byli w tym areszcie rozstrzeliwani nocą.

Tworząc ostateczną wersję rosyjskojęzyczną, dopisał, że wszyscy mieszkańcy Białorusi i Ukrainy automatycznie stali się podczas II wojny światowej obywatelami Związku Radzieckiego. Polakom z tych terenów też narzucono nowe obywatelstwo. Jeśli zatem zostali zatrzymani za walkę przeciw nowej ojczyźnie, to byli skazywani za jej zdradę. – Smalewski twierdzi, że w legnickim areszcie rozstrzeliwano Polaków – przypomniał dr Kondusza. – Gdy jeszcze raz wczytałem się w jego książkę, zauważyłem, że cytuje tylko wspomnienia Maksa (Antoniego Rymszy, prawej ręki majora Łupaszki – przyp. red.). Dodałem więc w przewodniku przed słowem „rozstrzeliwali” słowo „jakoby”.

Podczas wczorajszej konferencji zapytałam, czy „jakoby” jest ukłonem w stronę Rosjan. Kondusza zdecydowanie temu zaprzeczył. Jego zdaniem słowo „jakoby” jest uzasadnione, gdy jakiś fakt nie został dostatecznie potwierdzony. Dodał, że jest wdzięczny Rosjaninowi za uwagi do przewodnika.

Jan Smalewski nie kryje zaskoczenia takim obrotem sprawy. Twierdzi, że o rozstrzeliwaniu mówił mu nie tylko Rymsza, ale też akowiec o nazwisku Różanowski. – Nie można mylić odnowy kontaktów z Rosjanami z fałszowaniem historii – komentuje zbulwersowany Smalewski. – Dobrze się znamy z Konduszą, więc zapytałem go: Wojtek, kim jest ten Rosjanin? Literatem? Odpowiedział: Nie, to były oficer armii radzieckiej.

Agata Grzelińska
http://www.gazetawroclawska.pl/artykul/911870,neguje-mordy-na-ak-w-przewodniku-po-legnicy-by-nie-urazic,id,t.html?cookie=1

 

KONKURS FILMOWY „ Młodzi dla historii”

niepokorni

KONKURS FILMOWY „ Młodzi dla historii”

Jesteś uczniem lub studentem? Lubisz historię? Chciałabyś spróbować swoich sił w roli scenarzysty i reżysera? Jeżeli na każde z tych pytań odpowiedziałeś na TAK to mamy dla Ciebie wyjątkową propozycję.

Wszystkich zapaleńców, którzy kochają historię i nie mogą żyć bez swojego telefonu lub podręcznej kamery zapraszamy do wzięcia udziału w KONKURSIE FILMOWYM „ Młodzi dla historii”, który organizujemy już III raz w ramach kolejnego V Festiwalu Niepokorni, Niezłomni, Wyklęci. Festiwal NNW odbędzie się w
dniach 19-21.09.13 w Gdyni.

Każdy z Was ma szansę zostać laureatem naszego konkursu i zdobyć prestiżową statuetkę „Anioła Wolności”. W ubiegłym roku laureatami naszego konkursu zostali młodzi Polacy mieszkający w Niemczech. Dołącz do nich! Przyjedź na galę festiwalu w Gdyni! Zostań laureatem naszego Festiwalu!

Recepta na sukces jest prosta! Rozejrzyj się wśród swoich najbliższych lub przyjaciół – może ktoś z Twojej rodziny lub ktoś z rodziny Twoich znajomych ma do opowiedzenia historię sprzed lat (brał udział w walkach z komunistami, był w solidarnościowej opozycji) a Ty teraz możesz tę opowieść uwiecznić i podzielić
się nią z całym światem. Film możesz zrealizować sam lub z gronem Twoich znajomych.

Masz czas do końca lipca 2013 na zrealizowanie swego filmu i dostarczenie go do nas!

Szczegóły dotyczące konkursu „Młodzi dla historii” znajdziesz na stronie <http://www.festiwalnnw.pl/> oraz na naszym profilu na FB.

W imieniu organizatorów – ZAPRASZAMY!

za: https://www.facebook.com/photo.php?fbid=558007950904547&set=a.286650491373629.68894.245679488804063&type=1&theater

Żydowska V Koluma 1939

images !!!

O tym się wcale nie mówi. Rola żydów w sporządzaniu list deportacyjnych na Sybir oraz polskiej ludności przeznaczonej na rozwałki przez ich żydłackich sąsiadów w większości komunistów jest zacierana. Kto dziś wie o bramach robionych przez żydów witających chlebem, sola i kwiatami sowieckie wojska na naszych Kresach. Historia nasza jest wciąż fałszowana przeinaczana lub nie wygodne fakty są najzwyczajniej w świecie przemilczane pod groźba zostania antysemitą i żydożercą.

Kresowe Orlęta

„Interwencja Rosji w Europie nie będzie zbyt surowa. (…) Ludność wschodniej Polski marzy o tym, aby stać się Rosjanami.”

F.D. Roosevelt

W Roku Pańskim 1109 najezdnicze wojska Henryka V, cesarza rzymskiego i króla Niemiec, obległy polski Głogów. Nie mogąc zmusić niepokornego grodu do kapitulacji, niemiecki władca wpadł na wyjątkowo odrażający pomysł. Nakazał przywiązać do wież oblężniczych, pojmane podstępnie, polskie dzieci – synów obrońców Głogowa. Pod osłoną tych żywych tarcz Niemcy próbowali wedrzeć się na wały. Bezskutecznie – głogowianie nie przerwali ostrzału przeciwnika; gdy zagrożona była Ojczyzna, nie zawahali się poświęcić dzieci…

***

21 września 1939 r. kolumna sowieckich czołgów wtaczała się do stawiającego opór Grodna. Obrońcy ze zgrozą ujrzeli na przednim pancerzu jednego z wozów rozkrzyżowaną figurkę małego chłopca…

***

Cztery dni wcześniej, 17 września 1939 r., wojska sowieckie uderzyły na Polskę, zmagającą się już trzeci tydzień w samotnym boju z hitlerowskimi Niemcami. Pochód Armii Czerwonej w głąb polskich Kresów Wschodnich poprzedzały zbrojne wystąpienia komunistycznych dywersantów – rekrutujących się głównie z mniejszości narodowych – ukraińskiej, żydowskiej i białoruskiej.

Wieczorem 18 września, w Grodnie, bojówki miejscowych Żydów rozpoczęły antypolskie wystąpienia. Na ulicy Brygidzkiej Żydzi, z czerwonymi opaskami na rękawach, strzelali z balkonów swych kamienic do polskich żołnierzy. Na ulicy Dominikańskiej bił w stronę Polaków karabin maszynowy, ustawiony na dachu jednego z domów, a z okien sypały się granaty. Dywersanci zdołali opanować centralny Plac Stefana Batorego, zajmując pozycje w rowach przeciwlotniczych.

Kiedy minęło zaskoczenie, wojsko i policja, wspomagane przez polską ludność, przeszły do kontrataku. Komunistyczna “piąta kolumna” została rozgromiona. Dywersantów ujętych z bronią w ręku, zgodnie z prawem wojennym, rozstrzelano. Porządek w mieście został przywrócony.

***

20 września nad ranem, od strony Białegostoku, wtargnął do Grodna silny zwiad sowieckiej 27. Brygady Pancernej. Czołgi z czerwoną gwiazdą, którym drogę wskazywali miejscowi żydowscy komuniści, sforsowały most na Niemnie, rozbiły pierwsze barykady. W mieście powitały ich butelki z benzyną i granaty ręczne. Oba działka przeciwlotnicze, jakimi dysponowali obrońcy, biły ogniem na wprost. Ramię przy ramieniu walczyli żołnierze, policjanci oraz cywilni ochotnicy, w tym liczna grupa harcerzy i gimnazjalistów. Sowieckie czołgi płonęły na ulicach: Mostowej, Pocztowej, Orzeszkowej, Hoovera… Resztki pancernego zwiadu salwowały się ucieczką. Oficjalne dane Armii Czerwonej przyznają się do straty w tym szturmie 15 poległych i 11 rannych żołnierzy oraz 10 zniszczonych czołgów.

Wieczorem do Grodna dotarły główne siły nieprzyjaciela: 15. Korpus Pancerny, 6. Kozacki Korpus Kawalerii oraz dwa pułki piechoty. Na miasto spadł grad pocisków artyleryjskich. Wkrótce do akcji włączyły się czołgi i piechota. Po południu 21 września walki toczyły się już w centrum Grodna.

***

Trzynastoletni Tadzik Jasiński, wychowanek Zakładu Dobroczynności, ruszył tego dnia do boju, zbrojny w butelkę z benzyną. Rzucił nią w sowiecki czołg. Wrogowie pojmali go, pobili, przywiązali do przedniego pancerza czołgu. Pod taką osłoną wznowili natarcie.

Opór nie ustawał. Jak przed wiekami w Głogowie, Polacy nie złożyli broni. Udało im się nawet uwolnić małego jeńca. Z pięcioma ranami postrzałowymi, przetransportowany do szpitala, zmarł w objęciach matki.

***

Ponieważ przewaga przeciwnika nieustannie wzrastała, obrońcy podjęli decyzję o odwrocie. O świcie 22 września ostatnie oddziały polskie opuściły Grodno, przebijając się do Puszczy Augustowskiej, ku granicy z Litwą. Zwycięska Armia Czerwona zajęła miasto.

***

Zemsta za bohaterski opór była straszna. Sowieci rozstrzelali kilkuset mieszkańców. Ofiary nieraz wiązano drutem kolczastym, obcinano im nosy i uszy, wydłubywano oczy. Nie oszczędzono nawet rannych oficerów w szpitalu wojskowym. W makabrycznym polowaniu na obrońców miasta gorliwie pomagali okupantom komuniści żydowscy i białoruscy; denuncjowali oni polskich sąsiadów, uczestniczyli w brutalnych samosądach, podpalali polskie domy.

***

Potem, przez ponad pół wieku, komunistyczna propaganda usiłowała ukryć heroizm obrońców Grodna i innych miejscowości polskich Kresów. Najemni pismacy głosili światu brednie o przedwojennej “polskiej tyranii”, rzekomo “uciskającej krwawo” ludność żydowską, ukraińską i białoruską. Agresję z 17 września 1939 r., zagrabienie połowy terytorium Rzeczypospolitej, przedstawiano jako “wyzwolenie Zachodniej Ukrainy i Zachodniej Białorusi”. Akcję komunistycznych dywersantów w Grodnie kazano czcić jako “zbrojne powstanie”. Stłumienie owego buntu definiowano jako “zbrodniczy pogrom ludności żydowskiej”. Okupacyjne wojska sowieckie, ujarzmiające terrorem podbity kraj, miały być, oczywiście, “siłami wyzwoleńczymi”…

***

„The Thunderbolt” (nr 156, grudzień 1972, s. 5):

Izrael ukrywa prawdę

W ostatnim wydaniu „The Thunderbolt” (nr 155) opublikowaliśmy w szczegółach historię o polskim Żydzie Abrahamie Vidrze, który wyjechał do Izraela. Podał on, że w czasie drugiej wojny światowej pracował dla rosyjskiego rządu. W tym czasie spotkał trzech żydowskich oficerów z NKWD. Jednym z nich był major Joszua Sorokin, który poinformował Vidrę, że brał osobiście udział w likwidacji 15 600 Polaków w Katyniu. Ci Polacy byli intelektualną elitą tej części Polski, która zajęta została przez Rosjan w 1939 r. Stalin chciał tę wiodącą warstwę polskiego narodu zlikwidować, żeby zapobiec powstaniu oporu w przyszłym państwie komunistycznym.

Natychmiast jak Abraham Vidra opowiedział tę historię, hrabia Stefan Zamojski – członek polskiego rządu emigracyjnego w Londynie, poleciał do Izraela, żeby sprawdzić jej wiarygodność. Po usłyszeniu szczegółów od Vidry uznał tę historię za prawdziwą. „The Thunderbolt” była gazetą, która opublikowała powody, dla których Stalin wybrał Żydów do wymordowania tysięcy Polaków. Stalin zadecydował, że tylko jedna rasa narodowa, która nienawidzi Polaków – może to wykonać. Historyczna nienawiść powstała między Żydami i Polakami przewyższa tę, która powstała między Niemcami i Żydami.

„Powinniśmy potępić samą myśl, że jedni ludzie mają prawo prześladować drugich. Przemilczając zło możemy spowodować, że powstanie w przyszłości tysiąc razy gorsze, a młodzi ludzie będą przekonani, że zło nigdy nie jest ukarane, a zawsze przynosi korzyści” – Sołżenicyn

Cześć i Chwała wszystkim bestialsko pomordowanym żołnierzom i oficerom wojska polskiego, policjantom, osobom cywilnym, pracownikom administracji…

…zostali bestialsko pomordowani tylko dlatego, że byli Polakami,

dlatego …że byli wykształconą, przywódczą i patriotyczną cześcią narodu,

…narodu który stawił skuteczny opór w 1920 roku w pochodzie czerwonej żydobolszewickiej zarazy…

Szokujące wyznania,

jak Żydzi mordowali w Katyniu

Dr. Ed Fields

Stalin wybrał Żydów do mordowania Polaków w Katyniu

Zgodnie z paktem Ribbentrop-Mołotow w 1939 r. Sowietom przypadła wschodnia część Polski, a Niemcom zachodnia. Tajna policja Stalina NKWD (dziś KGB) systematycznie ujarzmiała miasta pod jego kontrolę. Mieli rozkaz zgarniać wszystkich, którzy mogli by stanowić w przyszłości potencjalne zagrożenie dla komunizmu. Aresztowano więc około 15 tys. Polaków. 10 tys. stanowili oficerowie Wojska Polskiego, 5 tys. to cywile, wśród nich to lekarze, prawnicy, dziennikarze, pisarze, przemysłowcy, biznesmeni, profesorowie uniwersytetów i nauczyciele szkół średnich. Wszyscy byli odtransportowani do trzech obozów koncentracyjnych w Rosji.

My tylko wiemy o losie więźniów z obozu Kozielsk ponieważ ich ciała zostały odkryte w Katyniu przez Niemców w 1943 r. Sowieci po 46 latach (wreszcie) przyznali się do odpowiedzialności za zbrodnię, którą zrzucili na Niemców. Stalin wierzył, że wykształceni Polscy dowódcy mogą któregoś dnia unicestwić jego plany skomunizowania okupowanego kraju. Oni byli utalentowaną elitą narodu. To automatycznie czyniło ich niebezpiecznymi wobec planu Stalina podboju drugich narodów.

Kto mógł mordować Polaków ?

Zamordować 15 tys. niewinnych to potworne zadanie nawet dla najbardziej zatwardziałych oprawców. Stalin zwrócił się do szefa Sowieckiej Tajnej Policji, Żyda Lawrentija Berii. Oni dyskutowali o masowym mordzie i zdecydowali, że to zadanie wykona dominująca grupa żydowskiego aparatu bezpieczeństwa. Dawna nienawiść do Polaków Katolików była notorycznie wiadoma. Polakom w Kozielsku powiedziano, ze jako wolni ludzie wrócą do domów. Pozwolono im uroczyście świętować noc przed załadowaniem na pociągi. Uściski i okrzyki „do zobaczenia w Warszawie !”-wypełniały powietrze. Uciecha i radość wkrótce wygasły, kiedy odkryli, że pociągi jechały nie na zachód ale na wschód i były obstawione podwójną strażą.

Gdy pociąg wjechał i zatrzymał się na stacji Gniezdowo w pobliżu lasu Katyńskiego, polskich jeńców ogarnęło przerażenie. Zaczęło się wyładowanie, bagaże rzucano na ciężarówkę, a jeńców zamykano w zakratowanych przyczepach ciężarówek. Stąd byli zawożeni do baraków robotników leśnych. Skazańców brano po trzech do baraków. Tam ograbiono ich z reszty posiadanych rzeczy, takich jak: zegarki, pierścionki itp. Wreszcie zagnano ich nad ogromne doły i to, co zobaczyli było horrorem nad horrory; na dnie tych dołów zobaczyli ciała swoich kolegów, którzy odjechali pociągiem przed nimi. Ciała były ułożone jedno na drugim, jak sardynki-wspak.

Układała je grupa Żydów brodzących w głębokich kałużach krwi, czekając na nowe porcje zwłok, walących się w głęboką otchłań dołów, które miały spocząć na innych ciałach , żeby było miejsce na ściśnięcie więcej i więcej. Rzędy były wysokie na 12 ciał. Niektórzy jeńcy stawiali opór Żydom wiążącym im ręce z tyłu. Wówczas ci zarzucali im płaszcze na głowy i wiązali ręce z przodu. Niektórym jeńcom pchano w usta trociny, co NKWD uznało za właściwy środek na uspokojenie. Obawiali się, że krzyki mogą wywołać opór czekających na swoją kolej w więźniarkach. Wielu było zabitych jednym strzałem w tył głowy i szyję, wielu kilkoma strzałami, wielu było przebitych bagnetem w plecy, piersi co oznaczało, że jeńcy stawiali opór. 4253 było pochowanych w Katyniu. Dziś Polacy domagają się poinformowania gdzie dziś pochowane są ciała pozostałych 10 tysięcy jeńców. Ostatni rozdział tego straszliwego epizodu jeszcze będzie opowiedziany.

Żydzi, którzy mordowali Polaków w Katyniu

Dziennik Izraela „Maariv” ogłosił światu imiona Sowieckich oficerów NKWD uczestniczących w mordzie Katyńskim. Polski Żyd, Abraham Vidro (Wydra), który mieszka teraz w Tel Aviv. 21 lipca 1971 r. poprosił Pismo o wywiad bo chciałby, zanim umrze wyjawić sekret o Katyniu. On opisał spotkanie z trzema Żydami oficerami NKWD w wojskowym obozie wypoczynkowym Rosji. Oni powiedzieli mu, jak uczestniczyli w mordzie Polaków w Katyniu.

Byli to. Sowiecki mjr. Joshua Sorokin, por. Aleksander Susłow, por. Samyun Tichonow. Susław zażądał od Vidro zapewnienia, że nie wyjawi tego sekretu do 30 lat, po jego śmierci, ale Vidro obawiając się, że tak długo nie pożyje, zdecydował się wyjawić wcześniej. Mrj. Sorokin, ufając Vidro powiedział: „świat nie uwierzy czego ja byłem świadkiem”. Vidro mówił dziennikowi Maariv:

„Zydowski mjr.w Sowieckiej tajnej służbie (NKWD) i dwóch drugich oficerów bezpieczeństwa przyznali się mi jak okrutnie mordowali tysiące Polskich oficerów w lesie Katyńskim. Susłow mówił do Vidro: „ Chcę ci opowiedzieć o moim życiu. Tylko tobie ponieważ jesteś Żydem, czy możemy mówić o wszystkim? To nie robi żadnej różnicy dla nas… Mordowałem polaczków własnymi rękami! l do nich sam strzelałem „. Część tych opowieści jest reprodukowana na tej samej stronie wraz ze zdjęciem Vidro. Jest również interesujące, że w Katyniu było również mordowanych trochę Żydów. NKWD była ostrożna selektywnie wybierała kogo „aresztować”, z pośród 15 tysięcy ofiar. Dziś wiadomo, że 80% Polskich Żydów popierało Żydowski Bund, który stał się komunistyczną partią Polski. 20% tych, którzy nie popierali Bundu byli traktowani jak reszta Polaków. Polityką Stalina było: „śmierć wszystkim, którzy mogliby sprzeciwiać się komunizmowi”.

Stalin mianował Żydów komendantami gułagów

Aleksander Solżenicyn światowej sławy Rosyjski autor 712 stronicowej książki „Archipelag Gułag” na 79 stronie zamieścił 6 zdjęć ludzi, którzy zarządzali najbardziej morderczymi obozami więziennymi w Rosji.

Wszyscy byli Żydami: Aron Solts, Naftaly Frenkel, Yakow Rappoport, Matvei Berman, Lazar Kogan i Genrikh Yagoda.

Sołżenicyn opisuje, jak Frenkel najbardziej pasował do wszystkich profesjonalnych mordów: „Frenkel ma oczy badacza i prześladowcy, z wargami sceptyka… człowiek z niezwykłą miłością władzy, nieograniczonej władzy, pragnący by się go bano! Jest to opis Khazara Żydowskiej rasy, który dziś jest komendantem (zarządcą obozów koncentracyjnych w których trzyma się tysiące Palestyńczyków). Módlmy się za te biedne ofiary.

Więcej szokujących wieści Katyńska Masakra w Trzebusce

Została odkryta nowa nieznana masakra Polaków przez Sowietów. Organizacja „Wiejska Solidarność” doniosła, że Sowiecka tajna policja zamordowała 600 Polaków między 24 sierpnia a listopadem 1944 roku w lesie w Trzebusce w pobliżu miasta Rzeszów. Zamordowani byli również członkami inteligencji Polskiej, włącznie z oficerami AK, przywódcami organizacji i księżmi. Wszystkie ofiary miały popodcinane gardła od ucha do ucha. Ich groby odkryto w 1980 r., ale rząd komunistyczny PRL zataił wiadomość o tym „Drugim Katyniu”.

W 1945 r. Polski oficer napisał raport o powyższej masakrze, ale został aresztowany przez bezpiekę i ślad po nim zaginął.

Polski tygodnik wychodzący w Londynie donosił, że masową masakrę zarządził dowódca I-szej Armii marszałek Iwan Koniew. Tygodnik Londyński miał naocznego świadka, który zeznał, że więźniowie byli trzymani w Sowieckich obozach koncentracyjnych w brutalnych i nieludzkich warunkach zanim zostali zamordowani.

http://www.polonica.net/K…ludobojstwa.htm Świat znał jednak prawdę. Premier polskiego rządu emigracyjnego, generał Władysław Sikorski, złożył hołd “Orlętom z Grodna”. Pozostała pamięć o kresowym bastionie, o bohaterstwie i wierności, o nieustraszonych obrońcach barykad, którzy zadrżeli tylko raz – widząc małego, przywiązanego do sowieckiego czołgu, chłopca.

 

Ale myśleli o czym innym czyli o tym by zasiedlić ziemie zwaną Żydowski Obwód Autonomiczny. Co do roku 1939 to porównanie do V kolumny nie jest przypadkowe, bo tak folksdojcze jak i żydzi cieszyli się z wejście wrogich wojsk do Polski. Jedni i drudzy współpracowali w swojej masie z formacjami siejącymi terror czyli folksdojcze z gestapo a żydłaki z NKWD , sporządzając dla nich listy Polaków przeznaczonych na rozwałki , wywózki i wiezień. Często tez folksdojcze sami wstępowali do gestapo a żydłaki do NKWD.

Żydowski Obwód Autonomiczny – terytorium wchodzące w skład Federacji Rosyjskiej

W okresie Rewolucji Bolszewickiej w Rosji ziemie te weszły w skład Republiki Dalekiego Wschodu, która istniała w latach 1920-1922. Później stanowiły część Kraju Chabarowskiego. Władze radzieckie postanowiły zasiedlić te tereny ludnością żydowską. Był to jeden z planów polityki etnicznej Józefa Stalina, którego celem było przeciwdziałanie szerzącemu się w ZSRR ruchowi syjonistycznemu.W marcu 1928 Centralny Komitet Wykonawczy Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii (bolszewików) podjął uchwałę o zasiedleniu tego rejonu przez ludność żydowską. W sierpniu 1930 utworzono żydowski rejon narodowy, który 7 maja 1934 przekształcono w Żydowski Obwód Autonomiczny.

Żydowski Obwód Autonomiczny w składzie Rosyjskiej Federacyjnej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej powstał 7 maja 1934 roku. W latach 30. XX wieku wielu Żydów w ZSRR zmuszono do migracji do Birobidżanu. Mimo, to Żydzi w Żydowskim Obwódzie Autonomicznym nigdy nie stanowili nawet jednej trzeciej mieszkańców.

Od 1991 roku Żydowski Obwód Autonomiczny znajduje się w składzie Federacji Rosyjskiej; jako jedyny z pięciu radzieckich obwodów autonomicznych utrzymał dawny status i nazwę pomimo, że liczba Żydów jest w nim znikoma.

Warto przeczytać jak to mniej więcej wyglądało z obiektywnego punktu widzenia.

Podlaskie miasteczko Jedwabne było jednym z tysiąca typowych, biednych, żydowskich szteteł w Polsce, takich jak Swarzędz, Szczebrzeszyn czy Kołomyja. W 1920 bolszewicy zajęli całe Podlasie. Ich krótkotrwałe, krwawe rządy mocno zapadły w pamięci miejscowej ludności. Czekiści, jak i cała zdemoralizowana armia Tuchaczewskiego, rozstrzeliwali, gwałcili i grabili. Ich azjatyckie okrucieństwo i prymitywizm zostały udokumentowane i opisane w setkach wspomnień oraz prac naukowych. Od czasów najazdów tatarskich i buntów kozackich po raz pierwszy polskich jeńców obdzierano żywcem ze skóry, rozpłatywano brzuchy wieszanym. Szeregowcami byli przeważnie Rosjanie. Niestety, sporą część bolszewickich komisarzy i czekistów stanowili Żydzi, i niemal wyłącznie też młodzi Żydzi dołączali do bolszewickich oddziałów. Pamięć o tych strasznych tygodniach, mimo upływu 20 lat, była ciągle żywa na Podlasiu i Mazowszu.

Po 17 września 1939 Sowieci po raz drugi opanowali tereny Polski centralnej i wschodniej. Miejscowa ludność żydowska witała Armię Czerwoną kwiatami i sztandarami. Liczba komunistów gwałtownie wzrosła. Ile było w tym prawdziwej ideologii, a ile zwykłej chęci przeżycia, tego nie ustalimy.
Druga, sowiecka okupacja wschodniej części RP trwała 20 miesięcy. Rola NKWD na tych terenach jest znana i częściowo udokumentowana. Archiwa władz sowieckich (m.in. z Mińska, Smoleńska) zostały prawie w całości zdobyte przez wojska niemieckie, a w 1945 przejęte przez armię USA na terenie Niemiec. Tony nie zbadanych enkawudowskich dokumentów znajdują się dzisiaj w rządowych archiwach USA.
W czasie tych 20 czerwonych miesięcy odbyły się 4 wywózki Polaków w głąb ZSRR. Na przykład – z rodziny Jaruzelskich herbu Ślepowron: płk. Antoni Jaruzelski aresztowany przez NKWD 7.01.1940, stracony został w więzieniu w Białymstoku, ppłk. kawalerii w st. sp. Józef Wincenty Jaruzelski aresztowany wraz z synem Zbigniewem zaginął bez wieści po próbie ucieczki do Rumunii, a syn zmarł przy wyrębie lasu koło Świerdłowska w 1941, Władysław, ojciec gen. Wojciecha Jaruzelskiego, wywieziony wraz z rodziną z majątku Hawryłkiewiczów 14.06.1941 do Ałtajskiego Kraju, zmarł z wyczerpania 4.06.1942. Podobna śmierć spotkała w ciągu 20 miesięcy około 450 tys. Polaków!
Żydzi w Jedwabnem zachowali się tak jak na całym okupowanym przez bolszewików terenie: współpracowali z komunistyczną władzą, z NKWD, agitowali za przyłączeniem do Białoruskiej SRR, stawiali cementowy pomnik Leninowi na rynku itd. Każdy chciał żyć, a szczególnie Żydzi wciśnięci między alternatywę hitlerowskich restrykcji a stalinowski terror. (Niekwestionowany autorytet moralny Janusz Korczak w 1942 napisał niewygodne i pomijane zdanie, iż Niemcy przegrają wojnę, ocaleli Żydzi poprą władzę sowiecką i za to zapłacą.) Oczywiście, że burżuazję żydowską i funkcjonariuszy państwowych II RP pochodzenia żydowskiego spotkały te same prześladowania co Polaków czy Ukraińców. Pamiętajmy, że w Katyniu został zamordowany zarówno długoletni, naczelny rabin WP major Baruch Steinberg – ochotnik walk z Ukraińcami z 1919, jak i pop płk kapelan WP Szymon Fedoreńko, którego szczątki wydobyto z dołów katyńskich z 1943 i zarejestrowano pod nr 2743.
Prawie dwa lata terroru to bardzo dużo, by wywołać zapiekłą nienawiść do bolszewickich okupantów. W Jedwabnem aresztowano kilkudziesięciu mieszkańców, większość spotkała śmierć. W lipcu 1940 aresztowano proboszcza Ryszarda Mariana Szumowskiego i wkrótce stracono go w Białymstoku. Społeczność całego Jedwabnego liczyła 2500 mieszkańców, około połowy stanowili Żydzi. W czerwcu 1941 funkcjonariusze NKWD, jak i większość ich pomocników, uciekli w panice na wschód, wiedząc, co ich czeka. Biedota żydowska w dużym procencie pozostała, no bo gdzie miała uciekać; zostało około 500-600 osób.
Nie ma najmniejszych wątpliwości, że pogrom, który wybuchł po 18 dniach od ucieczki Sowietów i wkroczeniu Niemców był starannie przygotowany i zainspirowany przez gestapo rozlokowane w Ciechanowie. Białostockie znalazło się na pograniczu operacji Einsatzgruppen A SS Brigadenführera Waltera Stahleckera i Einsatzgruppen B Artura Nebe, „oczyszczającego” z Żydów Białoruś. Ciechanów i okolice były penetrowane przez jedno z Vorkammando, które wprowadzało w życie rozkaz o „akcjach samooczyszczających”. Szef RSHA – zastępca Himmlera – Reinhard Heydrich w rozkazie z 2 lipca 1941 skierowanym do dowódców jednostek SS na wschodzie napisał: „Próbom samooczyszczającym kręgów antykomunistycznych lub antysemickich na nowo zajętych obszarach nie stawiać żadnych przeszkód. Przeciwnie, należy je poprzeć, jednakże bez pozostawiania śladów, aby te miejscowe koła samoobrony nie mogły się potem powoływać na polecenia albo dawane im polityczne obietnice”, i tak też się stało. SS wykonało rozkaz.
Scenariusz pogromu z Jedwabnego powtarzał się setki razy na całych terenach okupowanych przez Niemców. Białystok – 2 tys. zamordowanych i spalonych Żydów – wynik akcja Niemców w sile 2 batalionów, Kowno – 4 tys., Odessa – 35 tys. zamordowanych przez wojska rumuńskie przy współudziale ludności ukraińskiej, Kijów – około 100 tys. zamordowanych. Do pogromu nie doszło w polskim, inteligenckim Wilnie! Najkrwawsze „średniowieczne” pogromy odbywały się na Litwie z udziałem „szaulisów”, i w Rumunii – Jassy, Bukareszt – gdzie w stolicy Królestwa Rumunii, u aryjskich rzeźników, na hakach wisiały kawałki zwłok pomordowanych Żydów (i nie są to literackie wymysły Malapartego).
Czy Polacy brali udział w zbrodni w Jedwabnem? Oczywiście, że tak, tylko należy zadać sobie pytanie: czy tych kilkunastu zwabionych wizją rabunku młodych i prymitywnych mieszkańców zapadłego miasteczka znęcało się, biło i pędziło na śmierć Żydów czy ludzi obciążonych winą za komunistyczny terror i z nim utożsamionych? (Pozwolę sobie powątpiewać w ta „oczywistość udziału Polaków” aż do chwili, gdy ujawnione zostaną konkretne nazwiska ewentualnych współwinowajców. Sugestia, iż był to współudział na tle rabunkowym, nie wytrzymuje konfrontacji z faktem odnalezienia przy ofiarach podczas tzw. ekshumacji wielu wartościowych przedmiotów w tym także ze złota! Wg. wypowiedzi prokuratora Radosława Ignatiewa (IPN, Białystok): „W obu grobach znaleziono też przedmioty wartościowe. Są to fragmenty złotej biżuterii, srebrne i złote monety (głównie tak zwane ‚świnki’, czyli piętnasto- i dziesięciorublówki z okresu panowania ostatniego cara; obok dolarów środki płatnicze funkcjonujące podczas okupacji na terenie Polski), zegarki kopertowe, obrączki i pierścionki”. Patrz też „W Jedwabnem mordowali Niemcy” – wtr. WK.)

Zmuszono ofiary do rozbicia pomnika Lenina i niesienia jego kawałków na miejsce kaźni. Rabin pod przymusem niósł czerwony sztandar itd. Co to było, jak nie fala niekontrolowanej nienawiści do niedawnych prześladowców, do komunistów. W totalnie cywilizowanej Anglii czy Francji wystarczy dzisiaj słowna zaczepka, by wybuchły krwawe zamieszki rasowe. Co dopiero mówić o wybuchu zawinionej nienawiści, aktu dodatkowo inspirowanego przez nowe władze i bezkarnego. Wystarczy wspomnieć Rabację Galicyjską, zainspirowaną przez Austriaków. Nagłą eksplozję wściekłości robotników z Poznania w czerwcu 1956, gdzie sam jako dziecko byłem naocznym świadkiem dopadnięcia i rozdeptania przez rozszalały tłum podoficera UB na peronie Małego Dworca przy Rokossowskiego – dzisiaj Głogowskiej. Część jego szczątków, czy też zakrwawionej odzieży, nabito na sztachety przy postoju dorożek. Był Polakiem. A gdyby był Żydem, to czy byłby to akt antysemityzmu, czy kara i zemsta na funkcjonariuszu reżimu? A wybuch antykomunistycznej nienawiści w Szczecinie, w 1970, gdy spalono komitet PZPR, obrabowano willę miejscowego kacyka Antoniego Walaszka i zniszczono jego jacht. Przecież gdyby dopadnięto jego i jego rodzinę, to spotkałby ich taki sam los jak Mussoliniego w Mediolanie, gdzie dopiero straż pożarna odepchnęła tłum pastwiący się nad wiszącymi zwłokami.
W Jedwabnem, w trakcie zajść, części Żydów udało się ukryć, część uciekła w pola i do lasów. Nikt nie usiłuje zaprzeczać, że zamordowano i spalono żywcem w stodole 200-400 ludzi. ( liczba ofiar szacowana jest na 150 – 250 – wtr. WK.)
Po wojnie prawie na ślepo aresztowano około 20 mieszkańców Jedwabnego, z tego około 10 stracono. (oskarżono i aresztowano 23 osoby, z których skazano 13 oskarżonych, w tym jednego na kare śmierci, której jednak nie wykonano – wtr. WK.) Komunistyczna „sprawiedliwość” została wymierzona, by dalej na całe dziesięciolecia jątrzyć i dzielić.
Nikt nie pyta, co stało się z Żydami, którzy współpracowali z władzą sowiecką i uciekli na wschód. Sądzę, że wielu z tych młodych, naiwnych zginęło na froncie, dostało się do niemieckiej niewoli lub po rozbiciu ich oddziałów działało w partyzantce, a większość zapędzono do strojbatów – czyli batalionów budowlanych, co było zwykłym losem obywateli polskich z terenów wschodnich. Czy Żydzi z Kresów RP nie wiedzieli o całej antysemickiej polityce stalinowskiej, czy też byli zmuszeni do robienia dobrej miny do złej gry? To przecież Józef Stalin utworzył już w latach 30. na dalekiej Syberii Żydowski Obwód Autonomiczny, zanim jeszcze Hitler wymyślił Madagaskar dla Żydów. W 1936 rozstrzelano prawie wszystkich przywódców Birobidżańskiego Kraju – który zasiedlono ponad 2 milionami przywiezionych Żydów.
Szum wywołany wokół sprawy Jedwabnego zainicjowany przez niedopracowaną książkę prof. Grossa (jeżeli okoliczności nieprofesjonalnego zdobywania materiałów były faktycznie tak kompromitujące dla naukowca, jak relacjonowała to niezależna od „GW” prasa, to rada naukowa uczelni, którą Gross reprezentuje, powinna zająć stanowisko w tej sprawie). Jan T. Gross wyraźnie pozazdrościł merkantylnych sukcesów reportażystce Hannie Krall i postanowił ją zakasować. O ile wiem, to pierwszym pisarzem, który już pod koniec lat 70. taktownie i z umiarem pisał o Pogromie Kieleckim i pogromie w Jedwabnem, był Stanisław Benski (m.in. „Cesarski walc”, „Strażnik świąt”, „Dolina Moabu”, „Kręgi czasu”). Tylko że on nie zdobył poklasku „stołówki Czytelnika”, bo nie jątrzył swoim pisarstwem, lecz akcentował w nim rolę Polaków ratujących Żydów zarówno w Warszawie, jak i w Kielcach czy Jedwabnem, a to się bardzo nie podobało.
Krzykliwa, wręcz rządząca i terroryzująca polskie życie kulturalne metodami zabronionymi przez Konstytucję RP, grupa „ludzi Gazety Wyborczej” i Unii Wolności popchnęła „wahadło Jedwabnego” ku niebezpiecznemu wychyleniu, do punktu, z którego może ono już tylko się cofnąć. I to tym gwałtowniej, im dalej je popchnięto. Człowiek, którego nie można oskarżyć o antysemityzm czy o brak inteligencji – Jerzy Urban – ostrzegał w 1990 o niebezpieczeństwie sprawdzenia się teorii wahadła w związku z ówczesną, nagłą erupcją publikacji i działań filosemickich.

W państwie Izrael od 1948 działa Komunistyczna Partia Izraela. Jest tak nieliczna, że stanowi polityczny margines, i być może, że właśnie odrzucenie i potępienie komunizmu przez ogromną większość Żydów powoduje wrogość do Izraela grupy kilkuset trockistowsko nastawionych „lewicowych demokratów” z Warszawy, którzy już w drugim i trzecim pokoleniu usiłują sprawować rząd dusz w mediach i sferze kultury. To oni, do spółki z ludźmi zawodowo trudniącymi się (The Holocaust Industry) i żyjącymi z wykorzystywania holokaustu, nagłośnili ten cały medialny cyrk wokół Jedwabnego. Mnóstwo poważnych osób dało się w to wmanewrować, później musieli brnąć do samego końca. Straty moralne państwa polskiego w skali światowej, wywołane przez sprawę Jedwabnego, są niewyobrażalne. No bo skoro nawet prezydent Rzeczypospolitej uwija się w jarmułce na głowie na jedwabieńskich polach i przeprasza, to znaczy, że Polacy są jednak winni. A skoro „zrobili to” w jednym miasteczku, to czy nie zrobili tego z pozostałymi 3 milionami polskich Żydów?
Chciałbym, aby ministrowie polskiego rządu i prezydent RP uczcili teraz pamięć np. płk. Berka Joselewicza, poległego pod Kockiem w walce z zaborcą, czy Szmula Zbitkowera wykupującego po rzezi Pragi w 1795, z rąk oprawców Suworowa, rannych żołnierzy polskich.
Niemcy nazwali uroczystości w Jedwabnem „teatrem absurdu” i faktycznie była to groteska na żywo – dwie damulki przybyłe z daleka, i na nasz koszt, do Jedwabnego rozmawiają przed kamerą: „To za mało, prawda, moja droga? Tak, to zupełnie za mało!”. Oczywiście, teraz po przeprosinach powinno nastąpić przyznawanie wielomilionowych odszkodowań, rent itd.
Ale to też byłoby za mało. Bajeczka o rybaku i złotej rybce przenosi się do Jedwabnego. Ale czy ludzie z Gazety Wyborczej i ich klientela pamiętają, jak się ta bajeczka kończy?

REMIGIUSZ WŁAST MATUSZAK

HUZARZY ŚMIERCI

970204_495418327196478_1224650063_n

Partyzanci i policjanci spod znaku trupiej czaszki. Polscy Huzarzy Śmierci w roku 1920

W lipcu 1920 roku wydarzenia wojenne na froncie bolszewickim przybrały niepokojący obrót. Silne zgrupowanie wojsk sowieckich, dowodzone przez zdolnego taktyka Michaiła Tuchaczewskiego, zaatakowało oddziały polskie rozciągnięte na szerokim obszarze dorzecza Dźwiny, Berezyny i Auty, grupujące w sumie 12,5 dywizji piechoty i zaledwie jedną brygadę kawalerii.

Przewaga liczebna nacierających skłoniła dowództwo polskie do odwrotu. Rosjanie przy tym umiejętnie wykorzystali swój największy atut: III Korpus Kawalerii, który ustawicznie obchodził wycofujące się dywizje polskie, i przez sam fakt przeskrzydlenia frontu zmuszał przeciwnika do kolejnego odskoku, nie pozwalając Polakom na zmontowanie solidnej obrony i okopanie się. Przemęczeni ciągłymi marszami żołnierze, stopniowo tracili wiarę w możliwość zatrzymania nieprzyjacielskiego natarcia. Co najgorsze, zdarzały się przypadki wybuchu paniki na sam widok nadciągających „czerwonych kozaków Gaj-Chana”, otoczonych ponurą sławą zbrodniarzy wojennych. Rzeczywiście, ekscesy takie jak mordowanie ujętych oficerów polskich, dobijanie rannych, czy profanacje kościołów, choć typowe dla weteranów rewolucji i wojny domowej w Rosji, kłóciły się z przyjętym w Polsce rozumieniem żołnierskiego etosu. Generał Szeptycki, który dowodził polskim Frontem Północno-Wschodnim, nie dysponował tymczasem odpowiednim środkiem, który zneutralizowałby największe zagrożenie dla podległych mu wojsk. W praktyce jedynym remedium na bolszewicką kawalerię była własna konnica. Tej właśnie brakowało.

Front polski zaczął niebezpiecznie zbliżać się ku Warszawie. W połowie lipca padło Wilno, a próba ustabilizowania obrony na rzece Niemen w oparciu o fortyfikacje Grodna nie powiodła się, gdyż sowiecki III Korpus Kawalerii opanował ogarnięte paniką miasto. Próba obicia Grodna nie powiodła się, a więc odwrót wojsk polskich trwał nadal. Na zapleczu trwało gorączkowe organizowanie nowych jednostek kawalerii, aby dzięki nim, wytrącić Tuchaczewskiemu z ręki najsilniejszy atut. Wśród tych pośpiesznie gromadzonych oddziałów był także Ochotniczy Dywizjon Jazdy 1. Armii, który zasłynął jako Dywizjon Huzarów Śmierci.

Huzarskie początki

Dowódcą nowo formowanej jednostki został porucznik Józef Siła-Nowicki, który wcześniej służył w legendarnym wołyńskim Dywizjonie Jazdy Kresowej pod komendą majora Feliksa Jaworskiego. „Jaworczycy” wsławili się jako oddział bliższy stylem walki partyzantce konnej, niż regularnej kawalerii. Brawura w boju i bezwzględność wobec wroga, stały się „znakiem szczególnym” tego dywizjonu, który nie bez podstaw przyjął złowieszczy emblemat: granatowy proporczyk z trupią czaszką i piszczelami. Insygnia tego rodzaju nie miały oczywiście żadnych politycznych podtekstów – był to znany od wieków, międzynarodowy symbol oddziałów wyborowych, które gardzą śmiercią i nie oszczędzają wroga. Swoich „huzarów śmierci” miała podczas I wojny światowej armia niemiecka i rosyjska. Tu należałoby chyba upatrywać pierwowzoru dla makabrycznej symboliki, tak chętnie przyjętej przez zagończyków z Wołynia i ochotników por. Siły-Nowickiego. Oficer ten rozpoczął tworzenie powierzonego mu dywizjonu 23 lipca 1920 roku w Białymstoku, a więc na bezpośrednim zapleczu frontu. W ciągu kilku dni, do służby zgłosiło się około 50 ochotników, głównie młodzieńców, którzy poza gorliwym patriotyzmem i ciekawością wojennej przygody posiedli podstawowe elementy wyszkolenia jeździeckiego. Zapewne właśnie ze względu na chęć przyciągnięcia takich ludzi Siła-Nowicki samowolnie zmienił nazwę swojego oddziału na Dywizjon Huzarów Śmierci, słusznie uważając, że tak bojowa i groźna nazwa pozytywnie wpłynie na morale „świeżo upieczonych” kawalerzystów. Innym źródłem powiększania „stanu osobowego”, było wypatrywanie na drogach odwrotu maruderów i niedobitków z rozproszonych pułków. Odpowiedni żołnierze byli zatrzymywani i wcielani do dywizjonu, aby „krwią odkupić hańbę dezercji”. Najliczniejszą jednak część huzarów stanowili twardzi weterani z frontowej kawalerii, a wśród nich „Jaworczycy”, ułani z pułku jazdy tatarskiej, a nawet pluton 18. Pułku Ułanów i grupa artylerzystów konnych.

26 lipca huzarzy musieli opuścić Białystok, który wpadł w ręce bolszewików dwa dni później. Kawalerzystów skierowano do rejonu Małkini, gdzie pośpieszne przygotowania do walki zostały zakończone. Dywizjon składał się dwóch szwadronów (jeden konny, drugi – z braku wierzchowców – pieszy) oraz plutonu ciężkich karabinów maszynowych i liczył niewiele ponad 500 szabel i 20 kaemów. Umundurowanie i uzbrojenie dywizjonu było dalekie od ujednolicenia, a wobec niesamowitej „pstrokacizny” szybko przyjął się wspólny dla wszystkich huzarski emblemat, wzorowany na oznace „Jaworczyków” – czaszka wycięta z blachy konserwowej lub nawet wymalowana białą farbą na okrągłych, „angielskich” czapkach, noszonych wówczas powszechnie w polskiej kawalerii.

Pierwsza potyczka huzarów miała miejsce już 30 lipca, a więc zaledwie po tygodniu od rozpoczęcia tworzenia oddziału. Zwycięska szarża pod wsią Dzierzby przyniosła trofeum w postaci dwóch karabinów maszynowych. Dywizjon skierowany został nad Bug, gdzie wszedł w skład 15. DP jako konny zwiad i zabezpieczenie pozycji piechoty z 29. Brygady. Kolejne dni przyniosły dalszy odwrót ku Warszawie. Mimo zatrważającej sytuacji strategicznej, huzarzy z odwagą i poświęceniem osłaniali swoich „podopieczych” z 15. DP, wycofujących się pod ciągłym naporem Rosjan. Dywizjon zyskał sobie pochlebną opinię dowództwa armii, a przy okazji, dzięki zdobyczom na przeciwniku, stał się wreszcie jednostką w pełni konną. W ogniu ciągłych walk huzarzy dotarli aż do podwarszawskiej Jabłonny, gdzie czekał ich krótki odpoczynek i nieoczekiwane uzupełnienie.

Granatowe uzupełnienie

Groźba bezpośredniego ataku bolszewików na Warszawę spowodowała, że wielu funkcjonariuszy Policji Państwowej zadeklarowało zamiar wstąpienia do powstających wówczas spontanicznie oddziałów ochotniczych. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, obawiając się niekontrolowanego odpływu kadr, postanowiło uregulować ten patriotyczny poryw policjantów poprzez powołanie odrębnych formacji bojowych. Mocą rozkazu Komendanta Głównego PP, powołano do życia Samodzielny Szwadron Policji Konnej, który zbierał się w Łodzi. Policjanci byli wartościowym „materiałem ludzkim”, gdyż w ogromnej większości mieli już za sobą frontową służbę w szeregach armii państw zaborczych lub w Legionach Polskich. Po zaledwie dwudniowym przygotowaniu szwadron policyjny dotarł do Warszawy już 10 sierpnia. Dowódca oddziału, komisarz Andrzej Jezierski i jego zastępca, podkomisarz Stefan Rozumski mieli pod komendą 88 policjantów, podzielonych na cztery plutony konne i pluton karabinów maszynowych. Wkrótce dołączyli do nich ochotnicy z policji stołecznej oraz funkcjonariusze ewakuowani z Kresów Wschodnich, razem 30 policjantów. Do sztabu szwadronu dołączył także podkomisarz Sarnecki. Policjanci byli jednolicie umundurowani, gdyż zachowali swoje granatowe uniformy służbowe, czarne buty i charakterystyczne okrągłe czapki ze skórzanym daszkiem. Już nazajutrz szwadron z rozkazu gen. Franciszka Latinika, nowego dowódcy 1. Armii, włączony został w skład Dywizjonu Huzarów Śmierci, stając się jego 3. szwadronem w sile 3 oficerów, 118 podoficerów i szeregowych, uzbrojonych w angielskie karabiny typu Enfield, szable i 8 karabinów maszynowych różnych systemów. Policjanci otrzymali przy tym stopnie wojskowe, równorzędne posiadanym rangom policyjnym.

Od Narwi do Niemna

Dywizjon huzarów, liczący już około 500 szabel i niespełna 30 km, przydzielony został 12 sierpnia do improwizowanej doraźnie z wszelkich dostępnych sił Grupy „Zegrze”, którą tworzyły ponadto 7. Brygada Rezerwowa, 6. Pułk Strzelców Granicznych, batalion ze 157. Rezerwowego Pułku Piechoty i kombinowany dywizjon artylerii polowej. Zadaniem grupy było uniemożliwienie wojskom sowieckim przekroczenia Narwi, ostatniej większej przeszkody wodnej przed Warszawą. Rano 13 sierpnia huzarzy rozpoczęli intensywne patrolowanie przedpola, aby ustalić położenie nieprzyjaciela. Szwadron policyjny zajął najtrudniejszy odcinek – przyczółek mostowy na Narwi, który mimo wielokrotnych ataków bolszewickich skutecznie utrzymał aż do nadejścia własnych piechurów. Huzarzy walczyli także pod Serockiem, skutecznie wspomagając piechotę 155. pułku w uporczywych bojach o miasto. 14 sierpnia huzarzy rozpoznawali okolice Nieporętu, gdzie oddziały przeciwnika przełamały po raz kolejny obronę polską. Przez cały dzień wiązali walką nadciągające siły nieprzyjacielskie, aby zyskać na czasie i umożliwić piechocie skonsolidowanie obrony na nowej linii. Także i w tych drobnych, ale gwałtownych utarczkach swoją wartość bojową potwierdzili policjanci, zyskując uznanie nie tylko dowództwa, ale i towarzyszy broni, spoglądających początkowo z pewną nieufnością na tak nietypowe uzupełnienie. Zresztą już sam fakt obecności ruchliwej i energicznej, „wszędobylskiej” kawalerii własnej, znakomicie poprawił nastroje polskiej piechoty i artylerii, która po raz pierwszy od ponad miesiąca skutecznie zatrzymała natarcie wroga, zadając atakującym bardzo ciężkie straty. Bój na przedpolach Warszawy związał poważną część armii Tuchaczewskiego i ułatwił wojskom polskim zwycięski manewr oskrzydlający, nazwany później „cudem nad Wisłą”. Dywizjon huzarski w tych gorących dniach przesilenia wojennego (13-16 sierpnia 1920 r.) stracił 9 poległych, 11 rannych i kilku zaginionych żołnierzy, co jak na tak zażarte starcia z przeważającą liczebnie piechotą i kawalerią sowiecką nie wydaje się liczbą wielką.

Po jednodniowym wypoczynku dywizjon wyruszył do pościgu za nieprzyjacielem, tym razem w składzie 10. DP. 17 sierpnia huzarzy zlokalizowali znaczne siły bolszewickie, przekraczające pośpiesznie Bug koło Kuligowa. Usiłowali związać przeciwnika walką, aż do nadejścia rozpaczliwie wzywanej piechoty. Nie zdołali jednak zapobiec przeprawie. Pluton policjantów z 3. szwadronu poszedł tropem bolszewików, w nocnym boju rozproszył zaskoczonych na biwaku „bojców” i nad ranem dołączył do sił głównych dywizjonu. W tym czasie por. Siła-Nowicki osobiście poprowadził szarżę huzarów na kolumnę rosyjską i odbił cztery działa polskie, zagarnięte przez nieprzyjaciela w niedawnych walkach. Rosjanie stawiali coraz słabszy opór, porzucali sprzęt i tabory, by jak najszybciej oderwać się od pościgu. Warszawa była uratowana, łatwo więc zrozumieć świetne nastroje, panujące mimo strat i wyczerpania walką w szeregach wojska polskiego. Poczucie zwycięstwa uskrzydlało także huzarów, którzy nieprzerwanie parli w awangardzie kontrataku 1. Armii. Pościg zaprowadził ich aż do Puszczy Kurpiowskiej, gdzie ukrywały się znaczne grupy sowieckich niedobitków. Kilkudniowa akcja oczyszczająca lasy doprowadziła 22 sierpnia do decydującego starcia, w którym huzarzy zdobyli kolejne 6 dział, wielu jeńców i liczne konie, natychmiast „powołane do służby” w dywizjonie.
Najtrudniejszy jednak bój huzarzy mieli dopiero przed sobą. Rosyjski III Korpus Kawalerii zagrożony otoczeniem, skutecznie przebił się przez linie polskiej Brygady Syberyjskiej i ruszył na Kolno, aby przekroczyć granicę Niemiec i w ten sposób uniknąć niewoli. Kozacy „Gaj-Chana” wiedzieli, że nie mogą liczyć na miłosierdzie Polaków, gdyż ich zbrodnicze wyczyny, takie jak wymordowanie pacjentów i personelu szpitala w Płocku, nie uszłyby bezkarnie. Dlatego desperacko przebijali się ku granicy, słusznie licząc na sympatię władz niemieckich. Za nimi maszerowali piechurzy z 4 Armii. Drogę zastąpili im Huzarzy Śmierci. 24 sierpnia pod Myszyńcem doszło do wielogodzinnej walki, w wyniku której dywizjon huzarów zmierzył się z liczniejszym i uzbrojonym w silną artylerię wrogiem. O wyniku boju zadecydowała szarża, przeprowadzona przez główne siły dywizjonu pod osobistym dowództwem por. Siły-Nowickiego. Gwałtowny atak huzarów, którzy szablami rąbali ogarniętą paniką piechotę nieprzyjacielską, zdezorganizował obronę i zmusił sowietów do bezładnej ucieczki. Na placu boju pozostało 9 armat, tabory z różnorodnym zaopatrzeniem i wielu jeńców. W tym czasie podjazd huzarski, wydzielony z „policyjnego” 3 szwadronu, zniósł brawurową szarżą inną kolumnę nieprzyjacielską, biorąc dwa działa i 10 karabinów maszynowych. Pozostałe patrole huzarskie zagarnęły kolejne 4 armaty i 5 kaemów. Oprócz tego dywizjon zdobył około 200 koni (tych w kawalerii nigdy nie było zbyt wiele!) i „kilka kilometrów taborów”.

Uskrzydleni kolejnymi sukcesami huzarzy bez kompleksów skrzyżowali szable z bolszewicka kawalerią. Do walki doszło wieczorem 25 sierpnia w pobliżu miejscowości Leman. Dywizjon, wspomagany przez piechotę z 77. pułku, starł się wówczas całością swoich trzech szwadronów z równym liczebnie, trójszwadronowym zgrupowaniem „czerwonych kozaków”, którzy przez wiele tygodni bez trudu rozpraszali oddziały polskie na szlaku lipcowo-sierpniowego odwrotu. Bój przeżyło około 100 przeciwników, którzy na czas rzucili broń. Pozostali zalegli na pobojowisku, wybierając śmierć w walce. Zdobycz objęła 10 karabinów maszynowych i znaczną liczbę koni. W działaniach oczyszczających okolice Myszyńca z niedobitków, maruderów i dezerterów, huzarzy pozostali aż do 29 sierpnia, kiedy rozkazem dowództwa przeniesieni zostali do rejonu Ostrołęki. Tam w miejscowościach Rydzewo, Kołbiel i Stara Wieś huzarzy mogli wreszcie odpocząć. Nastąpiła także reorganizacja dywizjonu. 13 września 1920 roku szwadron policyjny został „zwrócony” MSW i tym samym zakończył swój huzarski epizod wojenny. Huzarzy Śmierci z żalem żegnali 3. szwadron, gdyż więzi braterstwa broni, choć niedawne, okazały się bardzo silne. Porucznik Siła-Nowicki specjalnym rozkazem podziękował odchodzącym za wspólną służbę, a ponadto przedstawił do oznaczenia za waleczność dowódcę konnych policjantów i jego czterech podwładnych. Szwadron policyjny powrócił 16 września do Łodzi, swojego miejsca powstania, gdzie powitany został z wielkim entuzjazmem, a następnie uległ rozformowaniu. Policjanci powrócili do swojej codziennej służby.

Uszczupleni odejściem jednego szwadronu, huzarzy uzupełniali w tym czasie wyposażenie i szkolili nowych ochotników. Zbliżała się decydująca o losach wojny polsko-bolszewickiej bitwa nad Niemnem. Dwuszwadronowy Dywizjon Huzarów Śmierci, liczący ponownie blisko 500 szabel i 20 karabinów maszynowych, zaliczony został do armijnych odwodów wraz z 3. Brygadą Jazdy, a zatem we własnym przekonaniu „awansował” z roli kawalerii dywizyjnej, czyli skazanej na „usługiwanie piechocie” do szeregów „jazdy samodzielnej”. Do walki wszedł 28 września, ale ku rozczarowaniu huzarów znów w charakterze kawalerii dywizyjnej, gdyż rozkazy operacyjne nakładały na dywizjon obowiązki zabezpieczenia skrzydeł na styku Dywizji Ochotniczej i 1. Dywizji Litewsko-Białoruskiej. Rozejm zastał huzarów w rejonie Lidy. Stamtąd huzarzy przeniesieni zostali do podwarszawskiego Teresina na dwumiesięczny odpoczynek.

Litwa Środkowa. Długie pożegnanie

Dywizjon huzarski, pod koniec listopada 1920 roku, skierowany został do formalnie „zbuntowanych wobec Warszawy” oddziałów tzw. Armii Litwy Środkowej, czyli formacji złożonych w większości z Polaków z Litwy i Białorusi, przeciwnych zamierzonemu przez mocarstwa zachodnie przekazaniu tych ziem Republice Litewskiej. Znaczny procent huzarów także pochodził z tych terenów, a jako jednostka ochotnicza, dywizjon z łatwością mógł oficjalnie „zbuntować się” i przyłączyć do wojsk gen. Żeligowskiego. W grudniu huzarzy zaliczeni zostali do I. Korpusu Wojsk Litwy Środkowej i objęli straż na odcinku Rudniki-Olkieniki. Ku rozgoryczeniu por. Siły-Nowickiego, dywizjon utracił samodzielność i oddany został pod dowództwo nowo formowanego 210. Ochotniczego Pułku Ułanów, jednak aż do końca stycznia 1921 roku zdołał zachować formalną odrębność wyrażaną nazwą: I. Dywizjon Huzarów Śmierci Litwy Środkowej. Nowe zadania i podległość służbowa osłabiły morale huzarów. Wkrótce zasłynęli oni jako „wojacy swawolni”, wszczynali bijatyki z żołnierzami z innych oddziałów, a nawet (wobec niedostatecznego zaopatrzenia) dopuszczali się grabieży mienia ludności cywilnej. Wielu huzarów samowolnie porzuciło służbę. Mimo sprzeciwu swojego komendanta, z dniem 1 lutego 1921 roku huzarzy przeniesieni zostali do 23. Pułku Ułanów Grodzieńskich jako jego szwadrony nr 5. i 6. Porucznik Siła-Nowicki udał się więc do Warszawy, aby uzyskać u władz wojskowych zgodę na wymarzoną reorganizację dywizjonu w pełnoetatowy pułk kawalerii. Pod jego nieobecność byłych huzarów dotknęła kolejna reorganizacja. Szwadrony zostały rozdzielone i skierowane do służby w 1. i 2. Dywizji Litewsko-Białoruskiej. Na wieść o tym, do sztabu Wojsk Litwy Środkowej przybył porucznik Józef Siła – Nowicki, aby upomnieć się o swój oddział. Jak się wydaje, podczas burzliwej dysputy ze swoim przełożonym porucznikowi „puściły nerwy”, i zapominając o starszeństwie stopnia i służby dopuścił się aktu niesubordynacji. Od tej chwili ślad po nim zaginął. Według jednej z teorii został aresztowany przez żandarmerię i osadzony w wileńskim więzieniu na Antokolu, gdzie zmarł. Możliwe też, że jego zachowanie zostało uznane za bunt i ukarane odpowiednio do zasad prawa wojennego. Ta zagadka wciąż czeka na swoje wyjaśnienie.

„Osieroceni” huzarzy pozostali rozdzieleni jako szwadrony dywizyjne piechoty litewsko-białoruskiej aż do 27 kwietnia 1922 roku. Nastąpiło wtedy ostateczne pożegnanie z huzarską nazwą i groźnym emblematem. Szwadrony ponownie połączono, ale już jako II. Dywizjon 3. Pułku Strzelców Konnych, o którym złośliwa żurawiejka głosiła: „kawał d… zamiast pyska, to są strzelcy z Wołkowyska”. Tak zakończył swoje istnienie jedyny oddział huzarski w kawalerii polskiej 1920 roku.

Szwedzcy złodzieje

husaro-sarvu-komplektas-xviii-a-karo-muziejaus-nuotr-60441175

 

Niby takie lewusy a nie chcą oddać tego co nam zjebali.  Nie wiem czy można by w odwecie zarekwirować na poczet zwrotu ukradzionych naszych skarbów ich promy morskie ? :mrgreen:

Szwecja: łupy wojenne z Polski na wystawie

Dziś w Zbrojowni Zamku Królewskim w Sztokholmie zostanie otwarta wystawa prezentująca najcenniejsze szwedzkie łupy wojenne. Spośród 135 eksponatów sporą część stanowią skarby kultury i sztuki zagrabione Polsce podczas Potopu Szwedzkiego. Organizatorzy wystawy podkreślają, że chcą pokazać wspólne dziedzictwo historyczne Europy.

Na ekspozycji będzie można zobaczyć kilkadziesiąt przedmiotów wywiezionych z naszego kraju. Wśród nich znajdują się między innymi księgi z bibliotek w Braniewie i Fromborku czy tkaniny liturgiczne skradzione z polskich kościołów. Na wystawie zostaną pokazane także tarcze i hełmy, w tym elementy uzbrojenia przywiezione przez Polaków z oblężenia Moskwy.

Szanse na odzyskanie tych przedmiotów są raczej nikłe. Szwedzi stoją bowiem na stanowisku, że ponad 350 lat temu zwycięzcom przysługiwało prawo do przejęcia własności wroga. W 17-tym wieku z najcenniejszych skarbów została ograbiona nie tylko Polska, ale też Dania, Czechy czy Łotwa. Szwedzi do swojej ojczyzny sprowadzili tysiące dzieł sztuki, setki książek oraz broni. Dokładna liczba ich łupów wojennych nie jest znana. Wiele z nich spłonęło jednak podczas pożaru zamku

POLSKIE SKARBY ZE SZWECJI

Szwedzkie łupy wojenne są drażliwą sprawą w relacjach naszych północnych sąsiadów z wieloma państwami europejskimi, także z Polską. Wystawa, która otwarta od 8 kwietnia 2002 na Zamku Królewskim w Warszawie „Orzeł i Trzy Korony – Sąsiedztwo polsko-szwedzkie nad Bałtykiem w epoce nowożytnej”, z pewnością wzbudzi duże
Miłośnicy słowa pisanego
W centrum uwagi najeźdźców znalazły się też biblioteki – ich rabowanie wzbogaciło Szwecję m.in. o Codex Argenteus (znany pod nazwą Srebrnej Biblii) ukradziony w Pradze w 1648 roku. Srebrna Biblia jest najcenniejszym bibliofilskim kąskiem w szwedzkich zbiorach, a znalazła się ona w uppsalskiej Bibliotece Uniwersyteckiej za sprawą królowej Krystyny, która wydała rozkaz zabierania wszystkich książek, które wpadną w ręce szwedzkich żołnierzy.

Wiele polskich bibliotek zostało „karnie przeniesionych” na północ Europy – zbiory uppsalskie wzbogaciły m.in. biblioteki z Braniewa, Fromborka, dwie z Poznania (jezuitów i bernardynów). Kazimierz Śląski w Tysiącleciu polsko-skandynawskich stosunków kulturalnych oblicza, że na początku XVII wieku zasoby Biblioteki Uniwersyteckiej w Uppsali liczyły kilkaset tomów, natomiast w roku 1641 zbiory te wzbogaciły się o blisko 8000 woluminów pochodzących z łupów wojennych Gustawa II Adolfa.

Śladami monarchy podążyli jego następcy i w 1702 roku ta sama biblioteka mogła pochwalić się już 30 000 książek. W Uppsali znajduje się m.in. pierwsze norymberskie wydanie dzieła Mikołaja Kopernika O obrotach ciał niebieskich z 1543 roku. Własnością wielkiego astronoma były też dwa traktaty astronomiczne z 1490 i 1492 roku, inkunabuł treści lekarskiej z 1490 roku i słownik gramatyczny – wszystkie te dzieła są podpisane przez Kopernika oraz zawierają jego odręczne notatki. Te cenne tomy pochodzą ze złupionego Fromborka – do dzisiaj w Uppsali zachowało się 141 tomów stamtąd pochodzących.

Do Szwecji „zawędrował” także Statut Łaskiego, wydany w 1506 roku w Krakowie, w którym na piątej stronie znajduje się najdawniejszy drukowany tekst Bogurodzicy. W szwedzkich rękach znajduje się również pierwsze wydanie Kazań na niedziele i święta całego roku księdza Piotra Skargi z 1595 roku i Polonia Marcina Kromera z 1577 roku – jedno z ważniejszych dzieł poświęconych Polsce, które ukazały się w XVI wieku.

Zbiory uniwersyteckie w Uppsali wchłonęły całą, liczącą 1353 książki bibliotekę kolegium jezuickiego w Braniewie. Wśród bibliofilskich poloników znajduje się Chronica Polonorum Macieja Miechowity z 1521 roku, Zielnik Szymona Syreńskiego z 1613 roku i Agenda Hieronima Powodowskiego z 1605 roku – pięknie zachowany egzemplarz jednego z ważniejszych dzieł liturgii katolickiej.

Oprócz polskich skarbów do Szwecji trafiły też cenne obce książki z naszych kolekcji, np. w prowincjonalnej bibliotece w Jätlandii znajdują się dwie cenne pozycje z prywatnej biblioteki Zygmunta Augusta: Opera Omnia Hipokratesa, wydrukowana w 1546 r. w Bazylei, i De historia animalium Arystotelesa wydana w 1533 roku w Paryżu. Wpadły w szwedzkie ręce podczas zdobycia Warszawy w 1655 roku.

Nieudolne akcje, trudne powroty
Jak twierdzi Kazimierz Śląski, Polacy nie zdawali sobie początkowo sprawy z pełni strat spowodowanych grabieżą dzieł kultury, co wpłynęło na nieudolność zabiegów o choćby częściowe odzyskanie utraconych skarbów. W traktacie z 1635 roku, kończącym okres pierwszego najazdu szwedzkiego, nie wspomniano nawet o zwrocie zbiorów warmińskich obejmujących kopernikana. Dopiero w traktacie oliwskim z 1660 roku pojawiła się klauzula o zwrocie polskich archiwaliów.

Polski wysłannik Godfryd von Schroer niedbale jednak zajmował się egzekwowaniem naszych należności, co przyniosło opłakane rezultaty. Wiele cennych tomów pozostało w Szwecji.

Król Stanisław August wysłał do Szwecji Jerzego Potockiego i znanego wówczas badacza Jana Albertrandego z misją odnalezienia polskich akt. Ale niezręczność posła udaremniła ten plan, który nie przyniósł żadnych wymiernych rezultatów.

Zawieruchy historyczne przewalające się przez Polskę w późniejszych czasach nie sprzyjały próbom rewindykacji. Mimo to znacznymi sukcesami mógł pochwalić się książę Adam Czartoryski, który w 1810 roku wysłał do Szwecji swego puławskiego bibliotekarza Felicjana Biernackiego. Biernacki po odnalezieniu poloników w zbiorach uppsalskich i sztokholmskich rozpoczął starania o ich zwrot. Szwedzki król przychylił się do prośby Polaka. Dzięki Biernackiemu do Puław wróciła część rękopisów i książek zrabowanych 100 lat wcześniej.

Kolejne próby zidentyfikowania polskich skarbów w Szwecji podejmowane w XIX wieku nie przyniosły istotnych rezultatów. W 1911 roku krakowska Akademia Umiejętności zorganizowała ekspedycję, której zadaniem było przeszukanie szwedzkich zbiorów i odnalezienie poloników – przede wszystkim rękopisów. Tym ambitnym zadaniem zostali obarczeni doktor Eugeniusz Barwiński, dyrektor Archiwum Państwowego we Lwowie oraz profesorowie Uniwersytetu Jagiellońskiego Ludwik Birkenmajer i Jan Łoś. Polakom pomagał uppsalski bibliotekarz Isac Collijn.

Najwięcej polskich dzieł badacze odnaleźli w uniwersyteckiej bibliotece w Uppsali i Bibliotece Królewskiej oraz w Archiwum Państwa w Sztokholmie. Szczegóły misji uczestnicy opisali w Sprawozdaniu z poszukiwań w Szwecyi (Kraków 1914). Jest to świadectwo żmudnej, detektywistycznej pracy polskich uczonych, którzy nie ograniczali się do przeglądania katalogów, tylko przeczesywali tom po tomie. Uczestnicy mogli „z czystym sumieniem odpowiedzieć, że zostały zbadane wszystkie zbiory, co do których były jakiekolwiek poszlaki, że mogą coś polskiego zawierać…”. Naukowcy odkryli 205 rękopisów pochodzących z Polski oraz 168 nieznanych polskich książek.

Trofea czy łupy?
Ostatnia dyskusja na temat prawa do łupów wojennych rozpętała się w Szwecji pod koniec lat 90. przy okazji wizyty czeskiego prezydenta Vaclava Havla, domagającego się zwrotu Srebrnej Biblii oraz rzeźb Adriaena de Vriesa zrabowanych w Pradze, a zdobiących dzisiaj park rezydencji Drottningholm króla Karola XVI Gustawa.

Szwedzi konsekwentnie odmawiają zwrotu jakichkolwiek zdobyczy wojennych, gdyż byłoby to „odwróceniem biegu historii” i zaprzeczają oskarżeniom o rabunek obcych skarbów kultury. Przypadki zwrotu łupów wojennych krytykowane są w szwedzkim środowisku muzealniczym jako niepotrzebne. Nie było tego wiele. Wyspom Owczym oddano historyczne dokumenty, Islandii – niektóre sagi uznawane za narodowy skarb.

W 1974 roku ówczesny premier Szwecji Olof Palme w czasie wizyty w Polsce podarował zrabowaną podczas zajęcia Warszawy w 1655 roku tzw. Rolkę Sztokholmską [Rulon Polski] – papierowy zwój o długości 15 metrów. Pokazywana na wystawie „Orzeł i Trzy Korony” jest arcydziełem z początków XVII wieku, przedstawiającym wjazd Zygmunta III Wazy i jego żony wraz z orszakiem weselnym do Krakowa. W zbiorach Zamku Królewskiego figuruje jako… dar Królestwa Szwecji.

Rulon Polski (fragment): Chorągiew Rzeczpospolitej Obojga Narodów, wczesny XVII w.
Jedyny przedmiot z łupów wojennych, który w czasach współczesnych został oddany Polsce przez Szwecję.
Zamek Królewski w Warszawie.

Szwedzi podkreślają, że nikt nie może zmusić państw do zwrotu łupów wojennych, a ewentualna rewindykacja musi opierać się na zasadzie całkowitej dobrowolności. W dyskusjach na temat moralnych aspektów zawłaszczania dóbr kultury, należących do innych państw, nasi północni sąsiedzi chętnie powołują się na przykład Brytyjczyków i fryzów z Parthenonu przechowywanych w British Museum. Szwecja nie podpisała ONZ-owskiej rezolucji z 1983 roku jasno określającej, że zrabowane podczas wojen przedmioty, nie posiadające charakteru militarnego, powinny być zwrócone prawowitym właścicielom.
W tej sytuacji chętnym do przejrzenia notatek Kopernika pozostaje tylko wycieczka do Uppsali…

 

Szwedzi – bezkarni rabusie polskich skarbów

 

Szwecja powinna zwrócić nam zrabowane podczas potopu archiwa i biblioteki, m.in. Bibliotekę Królewską. Nie ma jednak kto wydać w tej sprawie wyroku.

 

Rzeczpospolita przypomina, że Szwecja zobowiązała się do tego w zawartym w 1660 r. pokoju oliwskim. Traktat wciąż obowiązuje. Zgodnie z jego postanowieniami zwrot polskich książek i archiwaliów miał nastąpić w ciągu trzech miesięcy od ratyfikacji. Po 353 latach wciąż znajdują się one jednak w szwedzkich archiwach i bibliotekach, w tym m.in. w Uppsali.

W prawie międzynarodowym roszczenia o zwrot zagrabionych dóbr kultury nie ulegają przedawnieniu. Nie ma jednak trybunału, który mógłby dziś wydać wyrok nakazujący wykonanie traktatu oliwskiego.

 

Bitwa o Górę Św. Anny

 

góra

 

Góra Świetej Anny to żadna nowość, ale wypada podać choć pare informacji o tak ważnym miejscu dla wielu Polaków.

Okres niemiecki

Pierwotnie w miejscu dzisiejszego amfiteatru znajdował się kamieniołom, z którego
wydobywano wapienie. Wydobycia ostatecznie zaprzestano po I wojnie światowej. Bitwa w rejonie Góry Św. Anny (także Bitwa o Górę Św. Anny) – w dniach 21-26 maja 1921 Góra Świętej Anny była miejscem zaciekłych walk z Freikorpsem w czasie III powstania śląskiego.

W 1934 r. właścicielka tego terenu, hrabina von Francken-Sierstorpff z Żyrowej, przekazała dawny kamieniołom NSDAP. Nowe władze niemieckie postanowiły upamiętnić Niemców poległych w 1921 r. i już w tym roku rozpoczęto przebudowę kamieniołomu na amfiteatr. Projektantami byli architekci berlińscy Franz Böhmer i Georg Petrich. Obiekt miał 7 tys. miejsc siedzących i 20 tys. stojących.

Mauzoleum

Nad krawędzią amfiteatru powstawało mauzoleum ku czci pięćdziesięciu jeden poległych Niemców. Zaprojektował je Robert Tischler. Prace trwały do 1938 r. Mauzoleum, otwarte uroczyście 22 maja miało kształt monumentalnej, ale niskiej rotundy z wąskimi oknami, wzorowanymi na średniowiecznych strzelnicach. Jedną z inspiracji artystycznych był zamek cesarza Fryderyka II Castel del Monte. Współczesnym bardziej kojarzyło się z wieżyczką czołgu. Niemal w całości wykonano je z bloków wapienia triasowego przywiezionych z pobliskich miejscowości, olicowano nimi także dwanaście zewnętrznych przypór wspierających ściany. Stało się tak zgodnie z zaleceniem, by budowla była jak najbardziej związana z otoczeniem. Po wejściu do wewnątrz zwiedzający stawali w wielkiej, wysokiej Hali Zmarłych (Totenhalle), wykutej kilka metrów w głąb skały. Przypory rotundy zostały wykonane z czerwonego granitu dolnopermskiego, wydobytego w okolicach Lipska – użycie tej skały symbolicznie nawiązywało do bitwy z Napoleonem w 1813 r., gdzie koalicja (w tym wojska Królestwa Prus) pokonały Francuzów. Pomiędzy przyporami umieszczono porfirowe sarkofagi z prochami niemieckich żołnierzy poległych w walce z powstańcami. Na sarkofagach znajdowały się napisy wykonane z brązowych liter ilustrujące dzieje Niemiec w zgodzie z nazistowską propagandą: 1914: Niemcy, 1915: Spiżowy front, 1916: Żelazna wola, 1917: Bohaterska ofiara, 1918: Zdradzone zwycięstwo, 1919: Upadek w otchłań, 1920: Bojowy okrzyk honoru, 1921/22: Cięcie świętym mieczem, 1923: Święty siew, 1924/25: Lud w niebezpieczeństwie, 1931/32: Niemcy, obudźcie się. Na środku hali znajdowała się rzeźba umierającego germańskiego wojownika. Rzeźbiarz monachijski Fritz Schmoll genannt Eisenwerth wraz z pomocnikami wykonał ją na miejscu. Wielkość rzeźby uniemożliwiała bowiem jej transport przez wąskie drzwi hali. Wykonano ją z porfiru, skały wulkanicznej, która w starożytnym Rzymie była zastrzeżona tylko dla cesarskiej rodziny.

Ceglasta kopuła rotundy była kryta mozaiką, na której znajdował się niemiecki orzeł oraz swastyka. Mozaikę rozświetlało światło z latarni na szczycie budowli.

Już po niedługim czasie okazało się, że rotunda powstała zbyt blisko skarpy, za którą znajdował się amfiteatr. Pękające skały groziły, że pewnego dnia runie w dół, więc już w 1942 r. poproszono geologa Assmana z Berlina o zaprojektowanie prac ratunkowych.

Amfiteatr

Za mauzoleum znajdowało się urwisko o wysokości trzydziestu metrów. Powstały tam amfiteatr miał siedem tysięcy miejsc siedzących w dolnej części oraz dwadzieścia tysięcy stojących na wyższych platformach. Przestrzeń między sektorami oraz w przejściach i na koronie mogło zająć dalsze dwadzieścia tysięcy stojących osób. W sumie pełną pojemność szacowano na pięćdziesiąt tysięcy osób. Trybuny powstały z tzw. wapieni gogolińskich, w których widoczne były liczne skamieniałości.

W dole amfiteatru wybudowano niewielką estradę oraz postument flagowy, a w celu właściwego odwodnienia w ziemi powstał labirynt tuneli, w których mieszkają dzisiaj nietoperze. Dodatkowo wybudowano również trzy drewniane baraki z toaletami. Ich resztki przetrwały do czasów współczesnych. Architekci Franz Böhmer i Georg Petrich zaprojektowali drewniane dwupiętrowe schronisko młodzieżowe otwarte 17 października 1937 r. przez przywódcę Hitlerjugend Baldura von Schiracha. Po wojnie służyło jako harcówka i dom wypoczynkowy, uległo spaleniu ok. 2000 roku.

Od 1945

Prac renowacyjnych nie zdążono przeprowadzić – w styczniu 1945 w okolicy pojawiła się Armia Czerwona. Naturalnie pomnik nie mógł być pozytywnie odebrany przez sowieckich żołnierzy i polskie władze, więc jesienią został wysadzony przez saperów. Dla celów propagandowych ówczesny wicewojewoda śląski Jerzy Ziętek informował Xawerego Dunikowskiego, że zniszczyła go miejscowa ludność w samorzutnym odruchu, co było niemożliwe choćby z powodu materiałów, jakie zostały użyte do jego budowy.

Nowe władze polskie, które administrowały teraz tym terenem, postanowiły wybudować nowy pomnik, tym razem upamiętniający powstańców. 16 sierpnia 1946 wybrano projekt Dunikowskiego (odrzucając prace M. Wnuka oraz S. Momota).

Początkowo dzieło miało zostać ukończone w 1948, ale ostatecznie budowa trwała siedem lat. Przyczyną były problemy finansowe oraz polityka. Pierwotny projekt zakładał przebudowę amfiteatru – na całej długości miał zostać przekuty w trzy płaszczyzny o wysokości trzydziestu metrów, nad środkową przewidziano ogromne rzeźby piastowskich łuczników, a na obu bocznych zaplanowano zespoły kariatyd. Z kolei rotunda miała przypominać niemiecką, ale w jej centrum zaprojektowano wieżę. Ostatecznie po analizie kosztów zrezygnowano z przebudowy amfiteatru, jedynie obmurowano uskok w środku ściany.

Pomnik Czynu Powstańczego

Później pojawiły się problemy polityczne. Początkowo pomnik miał skupiać się na upamiętnieniu powstańców, ale w 1947 wojewoda Aleksander Zawadzki polecił uwzględnić historię walk o polskość Śląska – od czasów piastowskich aż do II wojny światowej. Powstania śląskie stały się więc tylko jednym z wielu tematów. Później pojawiały się kolejne sugestie o tematyce takiej jak Braterstwo ludów pod przewodem ZSRR, Wyzwolenie Śląska przez Armię Czerwoną i Ludowe Wojsko Polskie oraz Solidarność Robotniczo-Chłopska w XIX/XX w.. W związku z tym nie powstał jeden z głównych elementów pierwotnego założenia – pomnik powstańca z brązu. W jego miejscu pojawił się obelisk z Krzyżem Grunwaldu oraz Śląskim Krzyżem Powstańczym.

Postępy prac spowalniał też trudny charakter Dunikowskiego. Prowadził on ciągłe wojny z robotnikami, często miał pretensję do władz, w pewnym momencie żądał, aby przysłano mu robotników z Włoch. Wielokrotnie upominał się również o podwyżkę honorarium.

Uroczyste otwarcie nastąpiło dopiero 19 czerwca 1955. Ostatecznie pomnik (pod oficjalną nazwą pomnik Czynu Powstańczego) ma postać czterech pylonów z bloków granitowych o wymiarach 100 x 80 x 40 cm i wysokości 11 metrów (2 metry ukryte są w granitowym postumencie). W środku postumentu jest rozległa sala, która nigdy nie została zagospodarowana. Można z niej wejść do wnętrza pylonów – w każdym jest kanał prowadzący na szczyt wieży.

W okresie Polski Ludowej amfiteatr był miejscem masowych uroczystości podkreślających polskość Górnego Śląska. Po 1989 zmienił się charakter takich imprez – zaczęła się pojawiać na nich mniejszość niemiecka oraz wspólne gesty pojednania.

Z powodu braków finansowych oraz zainteresowania miejscowych władz amfiteatr jest obecnie w bardzo złym stanie technicznym[1].

Klasztor franciszkański na Górze Św. Anny [edytuj]

W zamierzchłych czasach stała tu pogańska świątynia. Obecnie na Górze znajduje się bazylika i sanktuarium, z figurką św. Anny Samotrzeciej (XV wiek) z jej relikwiami, franciszkański zespół klasztorny z Rajskim Placem (dziedzińcem arkadowym) z lat 1733-1749, na którym stoi 15 stuletnich konfesjonałów, jest także grota wykonana na wzór groty z Lourdes oraz 40 kaplic kalwaryjnych z lat 1700-1709. Na szczycie Góry Św. Anny zbudowano w latach 80. XV wieku klasztor i kościół, który od XVIII wieku jest ważnym centrum pielgrzymkowym.


Klasztor w środku

http://www.swanna.pl/

http://www.goraswanny.yoyo.pl/