Narodowy Jawor

Strona główna » 2013 » Lipiec

Archiwa miesięczne: Lipiec 2013

UBECKIE ZBRODNIE

NSZ

Jedna z tysięcy podobnych ubeckich zbrodni.; Do dziś komuniści chodzą dumni i bezkarni za to co robili ludziom.

Zagipsowali jej usta, a potem rozstrzelali. Aniela Życzyńska ps. ANIA

 

Mija rocznica tragicznej śmierci Anieli Życzyńskiej ps. „Ania”. Do dziś nie wiadomo, gdzie pochowana jest łączniczka i sanitariuszka NSZ na Lubelszczyźnie. Za to jej oprawca spokojnie sobie odpoczywa w Alei Zasłużonych na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach.
Aniela Życzyńska urodziła się 12 maja 1902 r. w Rzeczycy Ziemiańskiej w powiecie kraśnickim. Ukończyła Pomaturalną Szkołę Pielęgniarek i Położnych w Warszawie. Do 1939 r. mieszkała w Jabłonowie Pomorskim, gdzie pracowała jako położna.

Podczas kampanii wrześniowej została powołana do służby cywilnej. Aresztowana przez Niemców, trafiła do więzienia w Brodnicy, gdzie zachorowała. Przewieziono ją do szpitala, z którego uciekła w grudniu 1939 r. Początkowo ukrywała się w Jabłonowie Pomorskim, a następnie w Grudziądzu. W styczniu 1940 r. dotarła do Łychowa Szlacheckiego na terenie Generalnego Gubernatorstwa.

W 1940 r. wstąpiła do Narodowych Sił Zbrojnych i przyjęła pseudonim „Ania”. Trafiła do oddziału partyzanckiego kapitana Wacława Piotrowskiego ,,Cichego”, gdzie została łączniczką z Komendą Okręgu Lublin NSZ oraz centralą w Warszawie. W lubelskiej komendzie pełniła też funkcję szefowej służby sanitarnej. W jej domu przebywali ranni żołnierze AK i NSZ oraz „spaleni” i ochotnicy do partyzantki.

Po zajęciu Lubelszczyzny przez armię sowiecką w dalszym ciągu działała jako łączniczka w oddziale „Cichego”. Współpracowała również ze zgrupowaniem majora Hieronima Dekutowskiego ,,Zapory” oraz z oddziałem NSZ Stanisława Młynarskiego ,,Orła”, gdzie zastępcą dowódcy był jej syn – Antoni ps. „Tolek”.

W lipcu 1945 r. udało się jej ostrzec stacjonujące w Lasach Lipskich i Janowskich oddziały partyzanckie przed wymierzoną przeciwko nim operacją sił bezpieki.

W tym samym miesiącu „Ania” została aresztowana przez funkcjonariusza UB, majora Edwarda Gronczewskiego, dowodzącego tzw. pozorowanym oddziałem partyzanckim stworzonym w celu rozpracowywania podziemia antykomunistycznego.

12 lipca 1945 r., bez jakiegokolwiek procesu i sądu, Aniela Życzyńska „Ania” została rozstrzelana w pokazowej egzekucji w Lipie. Wcześniej, przed egzekucją w brutalny sposób zagipsowano jej usta, aby nic nie mogła powiedzieć. Ciała zamordowanych, dla zwiększenia efektu zastraszenia, leżały na rynku przez cały dzień.

W nocy partyzanci oddziału „Zapory” zabrali je i prawdopodobnie pochowali na cmentarzu w jednej z okolicznych miejscowości. Miejsca pochówku Anieli Życzyńskiej nie ustalono do dnia dzisiejszego.

Jej nazwisko umieszczono na tablicy w kościele pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny w Potoku Wielkim, poświęconej poległym i zamordowanym mieszkańcom ziemi janowsko-kraśnickiej.

Odpowiedzialny za aresztowanie „Ani” ubek Edward Gronczewski ma swój grób w Alei Zasłużonych na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach.

SLOT ART. FESTIVAL

SLOT 2013 (35) SLOT 2013 (60) SLOT 2013 (22) SLOT 2013 (75) SLOT 2013 (95) SLOT 2013 (59)

Sztuka życia
Slot Art Festival to jeden z największych festiwali kultury alternatywnej w Polsce, to pięć dni wypełnionych dziesiątkami warsztatów, koncertów, imprez, projekcji filmowych i wykładów. To również coś daleko więcej – pięć dni wyjętych spod ogólnych praw wyścigu szczurów, walki i pośpiechu.

Od ponad 10-ciu lat kolorowa festiwalowa wioska rozkwita w niezwykłym miejscu – w murach barokowego, pocysterskiego zespołu klasztornego w Lubiążu na Dolnym Śląsku. Rozłożyste drzewa, chłodne, porośnięte bluszczem mury, tajemnicze zaułki i sklepienia katedry nadają ponadczasowy wymiar jak najbardziej współczesnej sztuce.

Slot Art Festival to pieć dni rozrywki na wysokim poziomie, a także brama do nowych możliwości, przyjaźni i kontaktów. Festiwal, po którym zostaną Ci nie tylko wspomnienia, ale także marzenia i świeża energia do działania.

WIĘCEJ O SLOCIE:

Jak długo trwa Slot Art Festival?
Festiwal trwa pięć nocy i cztery dni. Bramę festiwalu otwieramy 9 lipca (wtorek) rano. Program festiwalu rusza wieczorem – o godzinie 20:00 oficjalnie otwieramy Slot Art Festival koncertem na dużej scenie. Następnie bawimy się przez cztery kolejne dni – do soboty 13 lipca. Ostatnie imprezy kończą się w niedzielę rano, a po południu zamykamy pole namiotowe.

Jak wygląda dzień na Slot Art Festival?
Przez cztery pełne dni festiwalu (10-13 lipca) możesz uczestniczyć w szeregu wydarzeń:
Codziennie odbywają się trzy tury warsztatów i wykładów, a także spotkania z gośćmi specjalnymi festiwalu (godz. 11:00, 13:00, 15:00). Codziennie możesz uczestniczyć nawet w trzech warsztatach lub wykładach. Możesz wybrać swój ulubiony warsztat i uczestniczyć w nim przez cztery dni (opcja dla wnikliwych), lub codziennie próbować czegoś nowego (opcja dla ciekawych).

Popołudnia i wieczory pełne są wydarzeń muzycznych:
Od 20:00 do północy gra duża scena prezentująca największe gwiazdy festiwalu;
O 17:30 rusza mała scena (konkursowa), gdzie prezentują się młode zespoły;
Na miłośników muzyki klubowej czekają dwa parkiety (od 22:00), zwolennicy muzyki zaangażowanej uczestniczą w koncertach na scenie HC/Punk (od 21:00).
Po północy możesz wybrać się się do katedry, by rozmarzyć się przy klimatycznych koncertach na scenie doświadczalnej, posłuchać akustycznego grania na scenie unplugged, lub pobujać się do białego rana w reggae tencie.
Slot Art Festival to także bogata oferta kinowa: o 18:00 prezentujemy ważne filmy dokumentalne, a o 0:30 możesz zobaczyć ambitne fabuły.

Czy to wszystko?
Na festiwalu prezentują się rozmaite organizacje pozarządowe, dostępnych jest 9 kafejek, Namiot Wschodni snujący orientalne opowieści, Skimboard dla chcących się ochłodzić w upalne dni, wystawy, przedszkole dla najmłodszych uczestników festiwalu.

Jak się odnaleźć w programie festiwalu?
Każdy z uczestników festiwalu otrzymuje przy rejestracji bezpłatny informator, w którym opisane są wszystkie wydarzenia festiwalowe. Warto dokładnie go przejrzeć i zaznaczyć interesujące wydarzenia. Informator będzie można pobrać przed festiwalem na naszej stronie.

Skąd pomysł na taką imprezę, jaka jest jej historia?
Historia Slotu sięga lat 80 i kontrkulturowego fermentu tamtych lat. Wtedy na zaproszenie kilku osób przyjechał z Amsterdamu do Polski punkowo – nowofalowy zespół No Longer Music. Mieli wystąpić na scenie festiwalu w Jarocinie, ale ponieważ ich koncert był de facto spektaklem opartym na ewangelicznej historii pasji Jezusa to dostali zakaz i koncert odbył się nieoficjalnie poza terenem festiwalu. Oczywiście hasło “zakazany koncert” był wtedy najlepszą reklamą więc spory tłum się zebrał.
Potem ekipa dzisiejszego Slotu jeszcze kilkakrotnie organizowała w Polsce trasy dla No Longer Music. Były to  niepowtarzalne, magiczne, uduchowione spotkania – ludzie zostawali po koncertach – chcieli rozmawiać, modlić się. Przekonaliśmy NLM, żeby zamiast kolejnych koncertów zorganizować zlot. Do miejscowości Stacze przyjechało ok 60 osób. Była to punkowa impreza – centralnym miejscem była scena pod folią rozciągniętą między dwoma wojskowymi beczkami na której grały dwa zespoły z tym samym składem. Jeden z nich nazywał się oczywiście “Folia Band”.

Ponieważ to wydarzenie szybko obrosło legendą, trzeba było szukać większego miejsca na kolejny rok. Wybór padł na Twierdzę Boyen w Giżycku. Festiwal zaczął się rozwijać z dynamiką śniegowej kuli. Praktycznie bez żadnej promocji, prawie co rok podwajała się liczba uczestników, koncertów, potem warsztatów, spektakli, projekcji i… czasu który trzeba było poświęcić na zorganizowanie wszystkiego.

W 2001 roku Slot Art Festiwal został przeniesiony do Lubiąża. Dlaczego właśnie tu?
Powodów było kilka. Razem z rozwojem imprezy pojawiła się potrzeba większego miejsca, już nie na kilkaset, ale na kilka tysięcy uczestników. Slot stawał się znany poza Polską, szukaliśmy lokalizacji bardziej dostępnej dla osób z zagranicy. Na Lubiąż zwrócił nam uwagę nasz znajomy, który tam mieszkał. Po pierwszych wizytach byliśmy jednocześnie zachwyceni i przerażeni. Miejsce było absolutnie niezwykłe i magiczne, ale również zupełnie nieprzygotowane. Wszystko trzeba było zbudować od początku – sceny, instalację elektryczną, sanitarną, ogrodzenia. Ale, jako, że lubimy wyzwania, dość szybko podjęliśmy decyzję. Bardzo ważna była dla nas również otwartość, wsparcie i zaufanie jakimi obdarzyli nas gospodarze Lubiąża – Fundacja Lubiąż i władze lokalne – Urząd Miasta Wołów i Starostwo Powiatowe w Wołowie. Bez ich przychylności i praktycznej pomocy nie bylibyśmy w stanie realizować Slotu w Lubiążu.

Czy SAF jest imprezą chrześcijańską? Czy osoby niereligijne mają tam czego szukać?
Czy osoby niereligijne mają tam czego szukać?  Można by równie dobrze zapytać, czy osoby niereligijne mają czego szukać na koncertach U2, w powieściach Tolkiena czy w fugach Bacha.
Z chrześcijaństwa płynie dla wielu z nas inspiracja do tworzenia, do zaangażowania w otoczenie, w którym żyjemy. Stąd wynika nasz sposób postrzegania świata i rozwoju człowieka. To źródło jest dla SAF bardzo istotne.
Festiwal może być atrakcyjny dla każdego człowieka, niezależnie od światopoglądu i religijności bądź jej braku. Spotkanie ludzi o różnych przekonaniach i pomysłach na życie i to, co z tego wynika jest dla nas wartością samą w sobie.

Promujecie coś, co określacie mianem „kultury alternatywnej”. Czym właściwie jest kultura alternatywna?
W kulturze intrygują nas zjawiska świeże, rodzące się, poszukujące i z tego powodu często nieobecne w popularnych mediach. Cenimy sobie artystów niezależnych, autentycznych, czyli tworzących ze względu na wewnętrzną potrzebę wyrażenia się i komunikowania a nie pod dyktando speców od zwiększania nakładów i sprzedaży.
Dla wielu będzie to oznaczać realizację swoich pomysłów w myśl zasady DIY (Do it yourself). Poszukujemy wykonawców, którzy odpowiedzialnie traktują publiczność, przekaz i nie są zbyt zaabsorbowani sami sobą. Stawiamy również na publiczność, która nie jest zainteresowana jednostronną i indywidualną konsumpcją, ale interakcją, podjęciem dialogu, współtworzeniem, przeżywaniem czegoś razem z innymi,

Co jest największym sukcesem idei SLOT-u?
Chyba sam Slot Art Festival i to jak się rozwinęła ta impreza od początku jej istnienia. To, że udało się stworzyć od podstaw coś nowego, niepowtarzalnego i cennego.  Że realizujemy nasz zamysł konsekwentnie, ale i w otwartości na zmiany. Cieszy nas to, że udaje nam się coraz sprawniej realizować coraz większą imprezę, a jednocześnie, że cały czas jest to impreza tworzona przez poszerzającą się grupę przyjaciół i pasjonatów. Zawsze chcieliśmy nie tylko zapewniać sobie i innym rozrywkę, ale rozwijać się, budzić coś w ludziach, inspirować. Jest wiele imprez w Polsce, ale i na Ukrainie, w Czechach i w Niemczech, których organizatorzy stwierdzają, że Slot był dla nich dużą inspiracją. Kiedy widzimy rozwój i pozytywne zmiany w życiu konkretnych osób, nowe inicjatywy i wartościowe projekty to mamy poczucie sukcesu.

Lato to czas imprez kierowanych do młodzieży. Czym SAF się wśród nich wyróżnia?
Po pierwsze jest to festiwal ludzi i spotkanie. Dopiero potem muzyki, imprez i warsztatów. Dlatego poza wieloma scenami muzycznymi, organizujemy w różnych zakamarkach kluby i kafejki z dobrą kawą i herbatą. To przestrzeń gdzie ludzie ze sobą rozmawiają, dyskutują, przeżywają coś razem, uczą się od siebie, pomagają sobie.

Staramy się kontynuować tradycje wolnych festiwali bez dryfowania w kierunku bachanalii. Stąd oprócz imprezowania, kładziemy nacisk na pogłębianie refleksji nad ważnymi tematami, takimi jak: rozwój, duchowość chrześcijańska, odpowiedzialność społeczna i ekologiczna.

Impreza w pewnym sensie robiona przez ludzi samych dla siebie, bo Slot tworzą pasjonaci i wolontariusze – łącznie to ponad tysiąc osób. Granica między organizatorami a uczestnikami dość mocno się zaciera. SLOT skonstruowany jest w sposób umożliwiający zaangażowanie się i wpływ na jego kształt każdemu, kto do niego dołącza. Jeżeli ktoś ma jakiś pomysł, coś ciekawego i wartościowego do zaoferowania innym to znajdzie tu przestrzeń by to zrealizować.

Slot jest także festiwalem zaangażowanym. Organizujemy Strefę Inicjatyw Społecznych, gdzie prezentujemy ciekawe organizacje i projekty. Angażujemy się w Ruch Sprawiedliwego Handlu, który jest ciekawym modelem wsparcia rozwoju dla ubogich społeczności z krajów południowych.

Slot jest imprezą międzynarodową – przyjeżdżają tu nie tylko zespoły z zagranicy, ale i zorganizowane grupy uczestników i wolontariuszy.

Jakie zasady obowiązują na Festiwalu?
Zasady obowiązujące na festiwalu są proste i można je sprowadzić do hasła 4 dni bez chemii i przemocy. Na terenie festiwalu obowiązuje zakaz wnoszenia i spożywania narkotyków i alkoholu. Osoby pijane nie są wpuszczane. Dla niektórych takie zasady na festiwalu są pewnym zaskoczeniem, ale jak się okazuje ma to zdecydowanie pozytywny wpływ na atmosferę, która panuje w trakcie imprezy.

Czy wszyscy prowadzący warsztaty, biorący udział w koncertach, pracujący wokół SAF to wolontariusze? Jak wygląda cała impreza od strony organizacyjnej?
SAF funkcjonuje tylko i wyłącznie dzięki pracy wolontariuszy. Grubo ponad tysiąc osób jest zaangażowanych w prowadzenie warsztatów i wykładów, ekipy techniczne i administracyjne. Większość wykonawców gra na slocie za zwrot kosztów podróży, a czasami nawet przyjeżdża na własny koszt. Kilkadziesiąt osób jest zaangażowanych w przygotowanie festiwalu przez cały rok, również jako wolontariusze. Jest oczywiście kilka funkcji, które wymagają dużo większego zaangażowania i kilka osób otrzymuje za swoją pracę wynagrodzenie. Chodzi tu o koordynację produkcji całego wydarzenia, administracji, programu, warsztatów i promocji. Co ciekawe, większość z tych osób wywodzi się ze slotowych wolontariuszy.
Opieranie tak dużej imprezy na osobach współpracujących tylko z swojej własnej dobrej woli to duże wyzwanie, ale jeszcze większy przywilej.

SLOT to nie tylko kilkudniowy festiwal, choć ten jest najbardziej spektakularnym przejawem działalności Stowarzyszenia. Co dzieje się w ciągu roku?
SLOT to bardziej ruch niż organizacja. Lokalne Ośrodki Twórcze to rozsiane po całej Polsce, mniej lub bardziej zorganizowane grupy ludzi współpracujących ze SLOTEM. Zwykle są to ludzie, którzy w wymiarze lokalnym realizują pomysły, które nawiązują do Slot Art Festiwalu – Slot Festy, wystawy, DKF-y, grupy dyskusyjne, koncerty, imprezy.

Nasza nazwa – Stowarzyszenie Lokalnych Ośrodków Twórczych oddaje przyświecającą nam wizję tworzenia opartej na relacjach i podobnych wartościach sieci autonomicznych i aktywnie zaangażowanych w swoje otoczenie kolektywów, inicjatyw i organizacji.

Staramy się przenosić ideę SLOTU w wymiar lokalny, m.in. organizując lub wspierając organizację SLOT DNI. Są to miejskie mini festiwale, podobnie jak  SAF realizowane przez wolontariuszy. Na ich program składają się koncerty, imprezy, warsztaty, spektakle, projekcje, wykłady. Niektóre gromadzą kilkaset osób inne kilkadziesiąt. Każda z tych imprez ma swój własny koloryt. W ciągu ostatnich kilku lat w całej Polsce odbyło się dobre kilkadziesiąt tego typu imprez.

Dobrym przykładem lokalnej inicjatywy jest slotowa grupa w Krakowie. Ponieważ wielu z nich podróżuje, zaczęli organizować imprezy pt. SLOT Fest „O Wschodzie”, których główną osią nie są koncerty, ale slajdowiska i opowieści z podróży. Debiutancki „Slot o Wschodzie zakończył się wielkim sukcesem, w niewielkim pubie przy krakowskim rynku pojawiło się kilkaset osób, wielu nie było w stanie dostać się do środka. Impreza jest kontynuowana i wpisuje się już w miejski krajobraz. A zaczęło się od tego, że kilka osób zorganizowało coś wypływającego z ich autentycznej pasji, razem z i dla swoich znajomych, którzy tą pasję podzielają.

Opracowane na podstawie wywiadu publikowanego w portalu polska.pl

http://slot.art.pl/pl/

JAWOR – Z ŻYCIA KIBICA

KUŹNIA 068

Kuźnia Jawor w czerwcu świętowała awans do IV ligi, a już piłkarze, działacze i kibice myślą o kolejnym sezonie. Kibice już czynią kroki, aby jak najlepiej przygotować się do pierwszego meczu sezonu 2013/2014, w którym MRKS zagra z Pogonią Oleśnica, czyli z jedną bardziej znanych marek w IV lidze. Oprócz oleśniczan i Kuźni, są także inne kluby z bogatą historią. Karkonosze Jelenia Góra, KP Brzeg Dolny (dawniej Rokita), Orzeł Ząbkowice Śląskie czy BKS Bobrzanie Bolesławiec. Wracając do kibiców, Fan Club  „Dostojnicy” to są zbierane zapisy na zakup smyczy Kuźni Jawor. Jej cena to 13 złotych, ale każde 5 złotych z zysku będzie przeznaczone na oprawę na mecz z Pogonią. Próbkę tego jak dobry doping można stworzyć w Jaworze, mieliśmy zobaczyć okazję na meczu z Iskrą Kębłów, gdzie w „młynie” w dopingu uczestniczyło ponad 30 osób. W IV lidze Kuźnia pod względem kibicowskim nie będzie osamotniona jak w okręgówce. W IV lidze nie ma jakiejś wielkiej liczby grup kibicowskich, ale oprócz piłkarzy Kuźni, na doping mogą liczyć także gracze Olimpii Kowary, KP Brzeg Dolny, Orła Ząbkowice Śląskie. W Jeleniej górze przy Karkonoszach ruch kibicowski z docierających informacji powoli się odradza. W IV lidze z pewnością będziemy w Jaworze wielu emocjonujących meczów. Inauguracja sezonu 15 sierpnia przy na stadionie ulicy Parkowej.

Żelazny Legion Michała Archanioła

AA MOTORY

WPIS POŚWIĘCAM ŻELAZNEJ GWARDI MICHAŁA ARCHANIOŁA

Żelazny Legion Michała Archanioła

http://www.youtube.com/watch?v=7jS09TT_ZGE

Wokół Rumunii lat międzywojennych narosło wiele mitów i nieporozumień. Gdy czytamy o Rumuni tego czasu, to napotykamy – a jest to głównie zasługa historiografii marksistowskiej i współczesnej politycznie poprawnej myśli – opinie, w których faszyzmem nazywana jest zarówno działalność założonego w 1927 roku Legionu Michała Archanioła (w tym Żelaznej Gwardii), dyktatura króla Karola II, jak i autorytarne rządy generała Iona Antonescu. Wszystko, co działo się między tymi politycznymi podmiotami, traktuje się niemal jak spory w rodzinie.

Być może nigdy nie usłyszelibyśmy o Corneliu Zelea Codreanu (1899-1938), założycielu Legionu Michała Archanioła, gdyby nie niedowład instytucjonalny rumuńskiej demokracji. W latach międzywojennych powszechne były w Rumunii malwersacje, korupcja, nepotyzm i fałszowanie wyborów. Z jednej strony panowała tolerancja dla zwyrodniałych i sadystycznych urzędników państwowych (na przykład oficerów żandarmerii), z drugiej typowe było radykalne i dosłowne pojmowanie niezawisłości rumuńskiego wymiaru sprawiedliwości, który przejawiał pełną dowolność w ferowaniu wyroków. Sądy potrafiły wydawać bardzo surowe wyroki za błahostki, a jednocześnie traktowały z wyjątkowym pobłażaniem ludzi dokonujących krwawych samosądów na przedstawicielach władz lokalnych, uzasadniając swoje werdykty tym, że oskarżeni „działali w uniesieniu patriotycznym”. Podobnie było z Codreanu. Gdy w 1924 roku zabił prefekta policji – człowieka, który, co prawda, wielokrotnie poddawał grupy studentów-nacjonalistów temu, co lubił najbardziej, czyli represjom w postaci aresztowań, tortur i brutalnych pobić – to wkrótce wyszedł z sądu uniewinniony, na dodatek w glorii bohatera sprawy narodowej.

Od rozczarowania do sukcesu

Legionista

nie wdaje się

z nikim w polemiki

Po przejściu przez kilka różnych organizacji nacjonalistycznych Codreanu, rozczarowany kłótniami między partiami prawicy, brakiem dyscypliny i oportunizmem w ich szeregach, postanowił założyć własną organizację, która ukształtowałaby Nowego Rumuna i odrodziła ducha rumuńskiego. Kiedy powstawał Legion Michała Archanioła, Codreanu miał już bogatą studencką przeszłość – był znany z brawury i poświęcenia podczas licznych strajków i blokad.

Przepełniony heroicznymi ideałami i młodzieńczym zapałem Codreanu starał się zawsze zaszczepić innym własne cechy: zdecydowanie, żarliwość, odwagę, potrzebę głoszenia niepopularnych poglądów, gotowość do największych poświęceń – z ofiarą z własnego życia włącznie. Zaczynał od małej elitarnej grupy studentów, której narzucił klasztorno-koszarową dyscyplinę. Był wtedy bardziej prorokiem nowej wiary, religijnym mistykiem niż przywódcą politycznym. Pragnął rewolucji serc. Wraz z rozrostem organizacji Codreanu zmienił jej charakter na bardziej polityczny, ale rozbudował równocześnie system praktyk ascetycznych. Jego narodowo-prawosławny ruch miał wychować odpowiedzialnego Rumuna, walczącego z zagrożeniem komunistycznym, masońskim, żydowskim, z korupcją władzy i oportunizmem cerkwi.

Mistycyzm religijny, kult poświęcenia i śmierci (wyrażony powołaniem Oddziałów Ochotników Śmierci vel Komand Śmierci), ascetyzm, częste stosowanie samosądu wobec prześladowców (także dokonywanie zabójstw politycznych), a wreszcie propaganda poprzez ochotniczą i dobrowolną pracę przyniosły Legionowi rozgłos w całym kraju. Legion, używając haseł nacjonalistycznych i antysemickich, antykapitalistycznych, antykomunistycznych i antyparlamentarnych, obiecując chłopom równość, młodzieży nowy świat, a mieszczaństwu porządek, wypowiadał wojnę prawie wszystkim siłom politycznym w Rumunii. Maksymalizm celów i fanatyzm zagrażały odtąd wielu środowiskom i partiom, bo każdy, kto przejmował władzę, mógł się stać w legionowej propagandzie „zdrajcą ojczyzny” lub „politykiem zaprzedanym sługom szatana”.

Roponośny zaścianek

Dzięki traktatowi wersalskiemu Rumunia podwoiła po I wojnie światowej swoją powierzchnię i zaludnienie. Urzeczywistniło się hasło Wielkiej Rumunii, która z liczbą 15,5 mln mieszkańców i powierzchnią prawie 300 tys. km2 znalazła się w gronie największych państw Europy Wschodniej. W takiej sytuacji nietrudno było o konflikt z sąsiadami – Rosją, Węgrami i Bułgarią. Mimo iż ówczesna Rumunia stanowiła europejski zaścianek, była jednak od innych zaścianków ważniejsza, a to za sprawą złóż ropy naftowej, o czym nigdy nie należy zapominać, analizując geopolityczne położenie ojczyzny Codreanu.

W dziejach Rumunii okresu międzywojennego można wyróżnić cztery etapy: lata 1918-1928 to rządy liberałów, od roku 1928 do 1930 trwają rządy Partii Narodowo-Chłopskiej, na lata 1930-1937 przypadają rządy króla Karola II i podporządkowanych mu partii, wreszcie w latach 1938-1940 dochodzi do dyktatury króla. Dla Legionu – jak dla wielu innych znanych z historii radykalnych ugrupowań, głoszących maksymalistyczne programy – zmiany gabinetów nie miały większego znaczenia.

W pierwszym numerze legionowego pisma „Pămăntul Strămoşec” (Ziemia Ojców-Przodków) z 1927 roku Codreanu napisał epitafium dla króla Ferdynanda, zjednoczyciela kraju i w opinii wielu obrońcy przed „czerwoną zarazą”, który w 1924 roku zdelegalizował partię komunistyczną. W 1933 roku w Carticica Sefului de Cuib (Podręcznik dowódcy Gniazda) Codreanu pisał tak: „Legion stoi niezłomnie na straży wokół Tronu, na którym zasiadali Książęta i Królowie poświęcający się w obronie chwały i dla dobra Narodu”. Jednak pięć lat później to właśnie człowiek zasiadający na tronie bezpowrotnie wysłał Codreanu wprost w objęcia patrona Legionu.

Karolu, łapy precz od Rumunii!

Legionista pogardza

światem politykierów

i nie dyskutuje z nimi

Legionista rozsiewa
dobre ziarno w czystych

duszach ludu

Król Ferdynand odsunął od dziedziczenia swojego syna Karola, ponieważ uważał, że egoizm i upór nie uczynią z niego dobrego władcy. Młody Karol musiał się wynieść nad Sekwanę. Po śmierci ojca zaczął jednak myśleć o powrocie do ojczyzny. Wreszcie przyjechał, zapewniając rodaków o swoich rozlicznych kontaktach na Zachodzie. Liberałów oraz narodowych chłopów zasypał obietnicami potężnych kredytów i sprowadzenia do

kraju poważnych inwestorów. W Rumunii ogarniętej przez gospodarczy chaos Karol pojawił się niczym mąż opatrznościowy. Gdy parlament wyraził wreszcie zgodę na objęcie przez Karola II tronu, ten szybko zrzucił maskę i przy wsparciu ze strony konkubiny Heleny Lupescu vel Wolf zaczął konsekwentnie dążyć do skupienia w swych rękach pełnej władzy. Udało mu się to już po kilku latach. Wymyślił nawet własną metodę walki z korupcją – sam „brał” i kradł, żeby nie mogli tego robić inni.

Początkowo rumuńskie elity traktowały Legion Michała Archanioła jako nieszkodliwą zbieraninę marzycieli i fantastów. Jednak wraz ze zradykalizowaniem się Legionu, poszerzaniem jego wpływów i dynamicznym rozwojem zaczął on być zwalczany przez partie władzy oraz przez dwór królewski. Po 1930 roku organizacja Codreanu była już poważną siłą polityczną, z siedzibą przeniesioną z Jass na prowincji do stolicy. Uroczysty pogrzeb legionistów poległych w wojnie domowej w Hiszpanii po stronie generała Franco uświadomił wszystkim dobitnie rozległość oddziaływania Legionu.

Gdy w 1927 roku Legion zaczynał działalność, liczył zaledwie kilkunastu członków-studentów, 10 lat później posiadał blisko 34 tys. gniazd (najmniejszych jednostek organizacyjnych) skupiających prawie 350 tys. legionistów i dwa razy tylu ludzi w różnych przybudówkach i organizacjach afiliowanych.

Karol II tolerował Legion, kiedy ten zwracał się przeciw jego wrogom politycznym (na przykład w rozgrywkach z prawicą), gdy zaś zaczynał zagrażać jemu samemu, wtedy królewska tolerancja się kończyła. W 1935 roku władze postanowiły dokonać rozłamu w Legionie, posługując się jednym z jego wysoko postawionych członków, Mihailem Stelescu. Było to możliwe, ponieważ Stelescu nie zachowywał politycznego izolacjonizmu zalecanego przez Codreanu i przez to łatwo było do niego trafić z sowicie opłaconą propozycją. Wbrew nakazom władz legionowych Stelescu nawiązał liczne kontakty z przedstawicielami partii władzy i kół biznesu, a ponadto przejawiał wygórowane ambicje polityczne, będąc przy tym człowiekiem – jak się wkrótce okazało – naiwnym i mało przewidującym.

Zdradę po pewnym czasie wykryto i odszczepieniec Stelescu został wydalony z Legionu. Rozpoczął wtedy kampanię oszczerstw przeciw organizacji i samemu Codreanu, którego nazywał komediantem i pyszałkiem. Przebrał miarkę, co skończyło się dla niego fatalnie. Członkowie Żelaznej Gwardii, zbrojnego ramienia Legionu, weszli do szpitala, gdzie Stelescu czekał na nieskomplikowaną operację, i rozstrzelali go, a ciało… porąbali siekierami.

Czas konfrontacji

Legionista rozpoczyna

każde dzieło z myślą

zwróconą ku Bogu

i składa Mu dzięki, kiedy osiągnie

zamierzony cel

 

Do Żelaznej Gwardii przylgnęła, nie bez powodu, „czarna legenda”. Wśród jej najbardziej krwawych akcji znalazło się zabójstwo premiera Duci – odpowiedzialnego ze falę represji w roku 1933 (w tym unieważnienie list wyborczych i delegalizację Legionu), wspomniana już egzekucja legionowego zdrajcy Stelescu w 1936 roku oraz zabójstwo premiera (wcześniej ministra spraw wewnętrznych) Armanda Călinescu w roku 1939. Ten ostatni odpowiadał za faktyczną likwidację Legionu, najcięższą falę represji jeszcze za życia Codreanu i wreszcie za zabicie przywódcy Legionu zgodnie z wolą króla.

Jednak to same władze często usiłowały sprowokować Legion i Żelazną Gwardię do gwałtownych reakcji. Wśród najczęściej stosowanych represji dominowały masowe aresztowania, rewizje, konfiskaty mienia, zastraszanie wyborców, niszczenie urn wyborczych i kart do głosowania, zakazy organizowania wystąpień publicznych, unieważnianie list wyborczych, delegalizacje Legionu (do 1937 roku za każdym razem cofane przez sądy). Zdarzały się również pobicia i morderstwa, które najczęściej dokonywane były przez „nieznanych sprawców”. Szacuje się, że do 1939 roku włącznie zamordowano z rozkazu władz około 5 tys. legionistów (dzień po zamachu na premiera Călinescu król wydał dekret sankcjonujący rozstrzeliwanie pojmanych legionistów bez sądu), kilkadziesiąt zaś tysięcy trafiło do więzień.

Wszystkie te represje i procesy wszczynano na podstawie oskarżeń o szykowanie zamachu stanu, próbę obalenia porządku konstytucyjnego, zdradę ojczyzny, gromadzenie broni, przygotowywanie ataków terrorystycznych i mordów politycznych, dążenie do obalenia ustroju demokratyczno-parlamentarnego. Oskarżeń tych było znacznie więcej.

Z kim i w co zagrać?

Legionista

jest zdyscyplinowany

mocą własnej woli

i świadomości

Król Karol II usiłował jak najdłużej utrzymać Rumunię z dala od wpływów niemieckich. To tłumaczy zaciekłą walkę dworu z Legionem, traktowanym jako niemiecka agentura. Gdy Karol II nie miał już złudzeń, że Hitler jest gotów uczynić wiele, aby na czele rządu Rumunii postawić Codreanu, podjął w 1938 roku decyzję o ostatecznej rozprawie ze znienawidzonymi żelaznogwardzistami. Codreanu został zamordowany. Według oficjalnej wersji zastrzelono go razem z trzynastoma innymi legionistami podczas próby ucieczki. W rzeczywistości wyglądało to nieco inaczej: legionistów wraz Codreanu wywieziono do lasu, uduszono, ciała przestrzelono, wrzucono do głębokiego dołu, oblano kwasem, zasypano palonym wapnem i zalano kilkoma tonami cementu. Chodziło o to, aby nikt nie znalazł grobu „wysłannika Michała Archanioła”, aby nie zaczęto czcić w nim męczennika. Represje wobec Legionu przypominające polowanie na zwierzynę zamieniły się po zabójstwie premiera Călinescu w istną rzeź.

O proniemieckiej orientacji Legionu przed rokiem 1940 należy mówić z pewną ostrożnością. Codreanu nie chciał niczego kopiować, miał wizję własnej para-religijnej, sanacyjnej organizacji i choć z pewnością imponowały mu niektóre rozwiązania włoskie i niemieckie, sam jednak pisał o różnicach: „Dla faszyzmu najistotniejszy jest ubiór [forma organizacji państwowej – przyp. M.D.]; narodowy socjalizm na pierwszym miejscu stawia ciało [problem rasy – przyp. M.D.], tymczasem Ruch Legionowy zajmuje się duszą”.

Wedle historiografii marksistowskiej kadry Żelaznej Gwardii wywodziły się z marginesu społecznego, który rozrósł się bezpośrednio po wielkim kryzysie, lub spośród ludzi, którzy nie znaleźli sobie miejsca w innych partiach. A przecież członkami gniazd byli od połowy lat 30. przeważnie studenci, urzędnicy, robotnicy, a także wojskowi – wszyscy oni mieli oczywiście chłopski rodowód. W orbicie oddziaływania Legionu pozostawali również intelektualiści tej miary co profesor Nae Ionescu oraz ludzie, o których świat usłyszał dopiero później, a wśród nich Mircea Eliade czy Emil Cioran. Legion Michała Archanioła i Żelazną Gwardię odróżniała od faszystowskich partii europejskich także niska średnia wieku – w ich szeregach znajdowało się dużo młodzieży, a mało kombatantów.

Królewski OZON

Legionista boi się wyłącznie Boga,

grzechu i chwili,

w której siła materialna

lub duchowa wyrwie go z walki

Okres rządów Karola II w latach 1938-1940 historiografowie marksistowscy określali mianem monarcho-faszyzmu. Faktycznie król podejmował jedynie żałosne i rozpaczliwe próby ratowania pozycji Rumunii (a także własnej twarzy) na arenie międzynarodowej wobec pogarszającej się sytuacji gospodarczej oraz nacisków ze strony Niemiec zainteresowanych podporządkowaniem sobie tego kraju i uczynieniem z niego zaplecza przemysłowo-surowcowego.

Tak zwana faszyzacja w wydaniu królewskim sprowadzała się do kilku inicjatyw Karola II. Było wśród nich między innymi powołanie w 1937 roku obowiązkowej organizacji paramilitarnej dla młodzieży w wieku lat 7-18 pod nazwą Straja Tzarji (Straż Ojczyzny), która naśladowała w stylistyce przybudówkę młodzieżową Legionu i miała odciągnąć od niego młodzież.

Po zamachu stanu oraz po rozwiązaniu parlamentu i partii politycznych król stworzył w 1939 roku monopartię Front Odrodzenia Narodu, przemianowaną rok później na Partię Narodową, która miała zapewnić mu zaplecze polityczne i wzbudzić entuzjazm wśród mas. Nowa-stara władza wprowadziła wkrótce pierwsze ustawy antysemickie. Widać tu pewne analogie do wydarzeń w Polsce, a konkretnie do polityki władz sanacyjnych po śmierci marszałka Piłsudskiego. Utworzenie Związku Młodej Polski oraz nieudanej monopartii w postaci Obozu Zjednoczenia Narodowego w 1937 roku należy uznać po pierwsze za próbę zdyskontowania przez piłsudczyków wpływów endecji, po drugie za usiłowanie przejęcia jej programu łącznie z elementami polityki antyżydowskiej i wreszcie po trzecie za staranie idące w kierunku zbudowania podwalin pod quasi-wojskową dyktaturę z mocarstwowym programem politycznym.

Wróćmy jednak do Rumunii. W 1939 roku król ogłosił amnestię dla tych legionistów, którzy wstąpią do Frontu Odrodzenia Narodu. Część amnestionowanych legionistów zdołała „reanimować” Legion w szczątkowej formie, pojawił się jednak problem braku przywódcy. Następcą Codreanu został w końcu Horia Sima, który już po kilku tygodniach dokonał niemożliwego – postawił zdziesiątkowany Legion na nogi.

Wobec słabości zachodnich aliantów, osaczony przez Hitlera i jego sojuszników, Karol II zaczął szukać porozumienia z Simą. Próbując ratować własną skórę, powołał proniemiecki rząd, w którym wskutek nacisków Niemiec Sima objął stanowisko ministra oświaty i nauki.

Pod dyktatem Hitlera Rumunia wystąpiła z Ligi Narodów, zerwała sojusz z zachodnimi aliantami, a po tak zwanym drugim arbitrażu wiedeńskim została zmuszona do oddania Węgrom północnego Siedmiogrodu, a Bułgarii południowej Dobrudży. Mimo „życzliwości” wobec nowego przywódcy ruchu legionowego III Rzesza najwyraźniej nie zrezygnowała z poparcia dla roszczeń terytorialnych Węgier i Bułgarii.

Gdy owoc dojrzeje…

Legionista kocha śmierć,

gdyż jego krew służyć

będzie jako cement

przy wznoszeniu gmachu

Legionowej Rumunii

Część rumuńskich oficerów skupionych wokół generała Iona Antonescu, człowieka o nastawieniu nacjonalistycznym i antyfrancuskim, weszła w tym czasie w taktyczny sojusz z Simą. Celem było zorganizowanie przewrotu wojskowego, obalenie Karola II i uratowanie z dawnej Rumunii tego, co jeszcze można było – ich zdaniem – uratować. Osaczony król powierzył Antonescu funkcję premiera, ten jednak postawił warunek – monarcha musi abdykować. Tak też się stało. Władzę objął Legion oraz armia, a Rumunię proklamowano Narodowym Państwem Legionowym z generałem Antonescu jako wodzem nowego państwa. Horia Sima został wicepremierem i ministrem spraw zagranicznych, w ręce zaś legionistów trafiły ważne stanowiska w aparacie państwowym.

Trudno się oprzeć wrażeniu, że w podobnej sytuacji znajdował się po wojnie domowej w Hiszpanii generał Francisco Behamonde Franco, „skazany” na współpracę z José Antoniem Primo de Riverą i jego Hiszpańską Falangą Tradycjonalistyczną i Juntami Ofensywy Narodowo-Syndykalistycznej (Falange Espańola Tradicionalista y de las Juntas de Ofensiva Nacional-Sindicalista), którą po zlikwidowaniu systemu wielopartyjnego wcielił do własnego ruchu społecznego. Wspólnie zdobywali władzę, wspólnie przelewali krew, ale Franco reprezentował prawicę autorytarną i zamożniejsze warstwy społeczne, niechętne rewolucji, podczas gdy José Antonio uosabiał – mimo swego szlachetnego pochodzenia – faszyzujący, syndykalistyczny, narodowo-radykalny program średnich i niższych warstw społecznych. Takie sojusze w żadnym europejskim państwie nie trwały długo, i zawsze prędzej czy później dochodziło do konfliktu programu zachowawczego i rewolucyjnego społecznie, w którego tle toczyła się walka o władzę. Historia pokazuje, że zazwyczaj w takiej sytuacji wygrywał, czy to w starciu zbrojnym, czy w jakiejkolwiek innej próbie sił, ten, kto miał po swojej stronie przemysłowców, bankierów, ziemian itd. Nie inaczej było w Rumunii, w której dotychczasowi sojusznicy skoczyli sobie do gardeł, nie inaczej też stało się w Hiszpanii, gdzie liderzy Falangi początkowo „doceniani” za zasługi w walce z republiką i lewicą zostali z biegiem lat pozbawieni wpływów we władzach państwa. Porzućmy jednak wycieczkę w lata powojenne i wróćmy do Rumunii połowy lat 40.

Antonescu podjął się misji rumuńskiego „męża opatrznościowego” ze świadomością ceny, którą będzie musiał zapłacić. Mógł bowiem działać tylko w takim zakresie, na jaki pozwalali Niemcy w końcu lat 30.

Gdy po przystąpieniu do Osi rumuńska delegacja złożona z generała Antonescu i legionistów odwiedziła Rzym, jeden z faszystowskich hierarchów zadał pytanie: „Ile są warci tacy sojusznicy? Czy Antonescu nie jest więźniem ‚zielonych koszul’ [legionistów – przyp. M.D.], które mu towarzyszą?”. W grudniu 1940 roku doszło do pierwszych napięć miedzy Simą i Antonescu. Simie marzyła się realizacja radykalnych społecznie postulatów Codreanu: pragnął sprawiedliwego podziału dóbr w społeczeństwie oraz ziemi dla chłopów. „Nowy” Legion ufny w poparcie hitlerowców (miał poparcie NSDAP, SS i Gestapo, podczas gdy za Antonescu stały Wehrmacht i Abwehra) spuścił swoje bojówki ze smyczy, a wtedy te zaczęły szaleć i uprawiać zwykły bandytyzm, mszcząc się między innymi na winnych śmierci Codreanu.
http://www.youtube.com/watch?v=ken3TbhtQs4&feature=related

Radykałowie versus konserwatyści

Legionowi niechętne było zaplecze generała: oficerowie, spośród których niektórzy mieli udział w prześladowaniach Legionu, a także bankierzy, fabrykanci oraz wielcy posiadacze ziemscy. Własne obawy wyrażała również rumuńska prawica. Gdy generał Antonescu zaczął usuwać legionistów ze stanowisk w ministerstwie spraw wewnętrznych i policji, doszło do pojedynczych starć Legionu z armią. W styczniu 1941 roku Antonescu po wysondowaniu stanowiska Niemiec, które szykowały się do wojny z ZSRR i potrzebowały sojuszniczej armii rumuńskiej, podjął decyzję o rozprawie z Simą. Miał pewność, że stacjonujące w Rumunii wojska niemieckie, które liczyły wtedy już 500 tys. żołnierzy, nie będą interweniowały po stronie Legionu. Usunął Simę i pozostałych legionistów z rządu, administracji państwowej i policji. Ten w odpowiedzi zorganizował serię ulicznych demonstracji i podjął próbę przeprowadzenia puczu. W całej Rumunii zaczęły się mnożyć starcia zwaśnionych stron. Na ulicach Bukaresztu między 21 a 23 stycznia 1941 roku doszło nawet do zbrojnej konfrontacji z armią, która użyła artylerii i czołgów. W walkach zginęło około 2,5 tys. legionistów, a szala zwycięstwa przechyliła się na stronę autorytarnej prawicy. Na wezwanie Simy legioniści poddali się, on sam zaś uciekł do Niemiec błagać o łaskę dla Legionu. W tym czasie 60 tys. legionistów trafiło do więzień, inni udali się do „zaprzyjaźnionych” Włoch i Niemiec, gdzie czekało ich jednak internowanie, a potem obóz koncentracyjny. Do obozu trafił także Horia Sima. Niemcy „poświęciły” Legion na ołtarzu wojny na Wschodzie, a zbiegłym legionistom udzieliły „schronienia”, aby mieć ich na wszelki wypadek jako straszak na zbyt ambitnego generała-dyktatora.

Ostatnia próba reanimacji Legionu

Pokonanie interesu osobistego jest fundamentalną cnotą Legionisty.

Jest to postawa pozostająca w całkowitej opozycji wobec postawy polityków,

dla których jedynym motywem działania i walki jest włącznie interes osobisty,

wraz ze wszystkimi towarzyszącymi mu zdegenerowanymi zjawiskami: żądzą zysku,

luksusem, arogancją, korupcją.

Oto dlaczego, drodzy towarzysze, tak długo, jak długo trwać będzie życie Legionu,

powinniście być świadomi, że jeśli kiedykolwiek poczujecie, czy to w duszy któregoś

z bojowników, czy też we własnej duszy, pomruk osobistego interesu. Legion przestanie istnieć. Wówczas Legionista umrze, a swoje kły ukaże „polityk”.

Spoglądajcie nowo wstępującym Legionistom uważnie w oczy i jeśli odkryjecie w nich błysk chociażby najmniejszego osobistego interesu [czy to materialnego, czy też ambicji, pasji, dumy], wiedzcie, że człowiek ten nie może stać się Legionistą.

Aby stać się Legionistą, nie wystarczy nosić zieloną koszulę i używać legionowego

pozdrowienia, ani nawet znać zasady legionowe, trzeba prowadzić życie zgodne

z normami życia legionowego. Normy te są bowiem dla Legionu nie tylko systemem

logicznym, łańcuchem argumentów: jest to „żywa wiara”. Tak samo, jak nie jest

chrześcijaninem ten, kto zna i rozumie Ewangelię, lecz tylko ten, kto żyje zgodnie

z normami życia wyłożonymi w Ewangelii, ten kto „żyje Ewangelią”.

Po 1941 roku wojskowo-policyjny reżim generała Iona Antonescu zaczął tracić popularność. Sojusz z III Rzeszą i wojna z ZSRR u boku Niemiec nie wzbudziły w rumuńskim społeczeństwie entuzjazmu. Nadszedł rok 1944 i Tysiącletnia Rzesza zaczynała powoli trząść się w posadach. Trwała bolszewicka kontrofensywa – Armia Czerwona wraz z sojusznikami wkroczyła już między innymi na Bałkany i zbliżała się do granic Rumunii, w której w międzyczasie doszło do zamachu stanu. Generał Antonescu został wyeliminowany z gry, a Rumunia z nowym królem Michałem przeszła do obozu alianckiego.

W tym momencie Niemcy postanowili uwolnić z obozów przetrzymywanych legionistów, a Horii Simie zaproponowali utworzenie rządu rumuńskiego na okupowanych jeszcze przez siebie terytoriach (był to manewr podobny do inicjatywy znanej jako Włoska Republika Społeczna) i sformowanie jednostek wojskowych w ramach armii niemieckiej. Sytuacja na froncie zmieniała się bardzo szybko, Sima przybył więc do Wiednia (dokąd jeszcze nie zdążyła się zbliżyć Armia Czerwona) i stworzył tam Rumuński Rząd Narodowy. Z legionistów przebywających na emigracji i tych, którzy uciekli z Rumunii wraz z armią niemiecką, utworzył samodzielną dywizję, która wkrótce stanęła do walki nad Odrą i w obronie Berlina.

Po upadku generała Antonescu i abdykacji króla Michała w 1947 roku władze komunistyczne wznowiły krwawe prześladowania legionistów – kontynuując testament polityczny Karola II i generała Antonescu, choć z innych pobudek, rzecz jasna. Legion trwał jednak w konspiracji, a luźne grupy legionistów nadal prowadziły swoją działalność, dokonując aktów dywersji oraz egzekucji na działaczach komunistycznych i urzędnikach służb bezpieczeństwa. Ostatnie oddziały legionistów zostały zlikwidowane dopiero w 1952 roku. Wedle innej wersji do 1964 roku walczyły one w Karpatach, wykorzystywane przez służby wywiadowcze państw zachodnich.

 

6-latek molestowany przez parę gejów

A GASZYŃSKI

 

Kolejny tragiczny przykład na to, że gejom nie można dawać pod opiekę dzieci. Mark Newton został skazany na 40 lat więzienia za molestowanie 6-letniego chłopca, którego adoptował. Drugi „rodzic” zastępczy malucha Peter Truong czeka na wyrok.
Szef grupy badającej wykorzystywanie seksualne dzieci, inspektor Jon Rouse, w bardzo emocjonalny sposób skomentował to co przeżywał 6-latek:
– Smutny jest sposób, w jaki to dziecko weszło w ich życie. To po prostu tragedia, skrajna deprawacja…
Chłopiec był molestowany przez „rodziców” zastępczych od kiedy miał niespełna 2 latka. Według ustaleń śledczych „rodzice” – geje nie byli jedynymi ludźmi, którzy wykorzystywali seksualnie chłopca.
– Mówimy o dość rozległej sieci przestępców seksualnych – dodał inspektor Jon Rouse.
Słuszności swoich podejrzeń wobec pary gejów policja potwierdziła po spenetrowaniu domu mężczyzn. Znaleźli w nim materiały pornograficzne. W toku sprawy służby odkryły również zapisy rozmów miedzy rodzicami zastępczymi a pozostałymi przestępcami.
Para gejów, Mark Newton i Peter Truong, w 2005 roku postanowiła w Rosji poszukać matki zastępczej dla swojego dziecka. Nie wiadomo, czy chłopiec został spłodzony z nasienia jednego z gejów. Para mieszkała wraz z chłopcem w północnym Queensland w Australii. Obaj zostali aresztowani w roku 2012 w Kaliforni.
Jeden z rodziców – gejów Mark Newton został skazany w USA na 40 lat więzienia, na wyrok czeka drugi rodzic Peter Truong. Policja zapewnia, że znalazła również pozostałych sprawców.
Na świecie trwa batalia o prawo do adopcji dzieci przez pary homoseksualne. Równocześnie raz po raz dowiadujemy się o kolejnych gejach, którzy molestowali seksualnie swoich podopiecznych. Dobrze, że kara – jak w przypadku Marka Newtona – nie jest jedynie symboliczna. Jednak czy to rozwiązuje problem. Przecież żaden wyrok nie uleczy zranionej psychiki dziecka…
Co powinno być odpowiedzią na molestowanie seksualne przez gejów ich adoptowanych dzieci? Bezwzględny zakaz adopcji oraz powierzania opieki nad maluchami osobom preferującym związki jednopłciowe.
Agata Bruchwald
Źródło: polskatimes.pl

PRACA DLA NARODU

STRZELNICA 040

 

Praca jako wspólny wysiłek jako budowa wielkiej Polski dla Nas samych i przyszytych pokoleń. Tak rozumiana praca dająca poczucie wspólnej budowy czegoś wielkiego po przez swój mały wkład dawał ludziom radość budowy na przykład miasta Gdynia, Stalowej Woli i wielu innych wielkich przedsięwziąć. Pojedynczy człowiek – Polak widział że powstaje na jego oczach Wielka Polska , Polska dla niego samego i jego dzieci , to dawało poczucie wspólnoty i radość życia i pracy. Dzisiaj etos pracy ZOSTAŁ ZABITY W LUDZIACH – POLAKACH. Praca kojarzy sie z wyzyskiem , upodleniem i walką o przeżycie w tym wyścigu szczurów. Nie ma już pracy dla Polski bo nie mamy w Polsce już nic polskiego , jako naród tyramy na obcy kapitał i jesteśmy wyzyskiwany na jego potrzeby. Tak zwany polski rząd nie pilnuje polskiego narodowego interesu lecz interesu międzynarodowego kapitału . My jako Polacy tyramy nie tylko na zyski zagranicy ale i na spłaty długów , które nie wiadomo kto wziął , nie wiadomo na co i na jakich warunkach. Jeśli słyszę w tv jakiegoś rządowego mądrale gadki o polskim przemyśle motoryzacyjnym to ja się pytam jakim polskim ? Czy polski jest fiat, opel , volkswagen ? Coś się tym panom z rządu pojebałos ! To nie jest polski przemysł motoryzacyjny , on tylko jest na terenie państwa”polskiego”, bo tutaj może robić z ludźmi-robotnikami-polakami co chce , i tak jest w każdej branży. Państwo co tylko z nazwy jest polskie skoro już wszystko wyprzedało z dorobku narodowego wypracowanego przez dziesięciolecia przez naród polski , dampinguje swoje istnienie pracą Polaków i ich zaniżonymi zarobkami. Mało tego , przedstawiciele tego tworu państwowego libero-komuny odsyłają ludzi bez pracy i perspektyw na szczaw !

Oprawca jeszcze żyje

A GASZYŃSKI

Mamusia nie mogła uciekać. Postanowiłem z nią zostać. Jeden z Ukraińców trzymał mnie za rękę, a trzej położyło matkę na ziemi i zaczęło ją przeżynać! Jak bluznęła krew, mama krzyknęła – Wacek uciekaj! – Wyrwałem się tym bandziorom i zacząłem uciekać. Strzelali za mną, ale nie trafili. Twarze ukraińskich morderców , którzy przeżynali mamę piłą, zapamiętałem na całe życie! Wciąż w moich uszach rozbrzmiewa krzyk mordowanej matki, Niektórych ze zbirów zadających jej śmierć w męczarniach rozpoznałem. Jeden z nich Iwan Rybczuk żyje jeszcze i mieszka w Gruszówce. To on przeżynał matkę piłą.

 

– Moja rodzina pochodzi z Zasmyk gmina Lubitów powiat Kowel – wspomina Wacław Gąsiorowski. – Urodziłem się w 1929 r. Moi rodzice mieli na imię Władysław i Amelia z Wiśniewskich, prowadzili gospodarstwo rolne o powierzchni 12 ha. Miałem jeszcze trzech braci Czesława, Ludwika i Stanisława. W naszym domu, jak pamiętam, zawsze panowała patriotyczna atmosfera. Ojciec walczył w Legionach marszałka Józefa Piłsudskiego i często nam o swych bojach opowiadał. Jak jeździliśmy do Kowla, to wskazywał nam miejsca, w których walczył. Zawsze nas uczył, że krwi dla Ojczyzny żałować nie wolno. Dodam też, że ojciec był także osadnikiem wojskowym i gospodarstwo w Zasmykach dostał za udział w walkach, zwłaszcza zaś za uczestnictwo w wojnie 1920 r. z bolszewikami. Ukraińcy mu tego nigdy nie zapomnieli. We wrześniu 1939 r. , gdy wracał furmanką z Kowla, napadli go w lesie i ciężko pobili.

Pochowaliśmy go w Zasmykach

– Zatłukli go praktycznie na śmierć. Koń z jego ciałem jakoś doczłapał się do domu. Pochowaliśmy ojca na cmentarzu w Zasmykach. Była to pierwsza ofiara mordów ukraińskich w naszej miejscowości. Miałem wtedy 10 lat i bardzo śmierć ojca przeżyłem. Nie bardzo zdawałem sobie sprawę z tego, co dzieje się na Wołyniu, ani z tego, że ukraiński sąsiad może zarąbać polskiego sąsiada. Matka starała się mnie chronić przed tymi wszystkimi okropieństwami. Do 1943 r. jakoś w Zasmykach dało się żyć. Owszem, trwała wojna, ale do naszej wsi związane z nią wydarzenia nie docierały bezpośrednio. Ja co prawda szybko dorastałem, ale dalej nie zdawałem sobie sprawy z tego, co nam grozi. Razem z braćmi pomagałem matce prowadzić gospodarstwo i jakoś się żyło. W 1943 r. jak zaczęły się rzezie Polaków, matka zachorowała. Pojechałem z nią do lekarza w Budkach Ossowskich, który ją leczył. Miejscowość ta była odległa od Zasmyk o jakieś 25 kilometrów. Przespaliśmy się u jakiegoś gospodarza, znajomego mamy. Nad ranem zostaliśmy obudzeni przez hałas na dworze. Okazało się, że Ukraińcy otoczyli wieś i zaczynają łapać i zbierać Polaków. Wyciągnęli nas na podwórko.

Wacek, uciekaj!

– Mamusia nie mogła uciekać. Postanowiłem z nią zostać. Jeden z Ukraińców trzymał mnie za rękę, a trzej położyło matkę na ziemi i zaczęło ją przeżynać! Jak bluznęła krew, mama krzyknęła – Wacek uciekaj! – Wyrwałem się tym bandziorom i zacząłem uciekać. Strzelali za mną, ale nie trafili. Twarze ukraińskich morderców , którzy przeżynali mamę piłą, zapamiętałem na całe życie! Wciąż w moich uszach rozbrzmiewa krzyk mordowanej matki, Niektórych ze zbirów zadających jej śmierć w męczarniach rozpoznałem. Jeden z nich Iwan Rybczuk żyje jeszcze i mieszka w Gruszówce. To on przeżynał matkę piłą. Po wojnie wpadł w łapy NKWD i odsiedział w łagrze 15 lat. Teraz jest kombatantem i chodzi w aurze bohatera walczącego o wolność Ukrainy. Ma pewnie wiele odznaczeń i dodatek kombatancki. Ja wtedy przez las uciekłem do Zasmyk. Po jakimś czasie wstąpiłem do oddziału samoobrony. By do niego się dostać, musiałem oszukać „Jastrzębia” i powiedzieć, że jestem starszy. Dzieci bowiem do partyzantki nie przyjmowano. Trafiłem do plutonu, którym dowodził ppor. „Nagiel” czyli Jan Witwicki.

W obronie mordowanej ludności

– Ja przeważnie byłem pozostawiany z plutonem na osłonę Zasmyk, choć uczestniczyłem też w pochodach oddziału. „Jastrząb” nie stał zbyt długo w jednym rejonie, ale krążył po terenie, starając się uprzedzić ruchy Ukraińców. Co rusz pokazywał się w nowym m miejscu, starając się stworzyć wrażenie, że w okolicy działa nie jeden, ale kilka dużych polskich oddziałów. Boje z Ukraińcami w obronie mordowanej ludności polskiej musieliśmy toczyć na okrągło. Zdarzało się, że przybywaliśmy z późno, tuż po dokonanej zbrodni. Nie pamiętam, jaka to była wieś, chyba Moczułki, wtedy po raz pierwszy zobaczyłem, jak „Jastrząb” płacze. A to był twardy żołnierz, który rzadko pokazywał emocje. Widok, jaki tam zastaliśmy, przechodził ludzkie pojęcie. Maleńkie dzieci powbijane na kołki w płocie. Kobiety leżały na podwórku z rozprutymi brzuchami. Jedna z nich była w ciąży. Wyrwany z jej brzucha płód leżał obok niej. Wszyscy mężczyźni mieli odrąbane siekierami głowy.

Grób dla matki

– Wszyscy zastanawiali się, jak można się posunąć do takiego zwyrodnialstwa. Wszyscy mocniej ściskali w rękach karabiny. Przechodziliśmy też przez miejscowość, w której zarżnięto moją matkę. Jej szczątki wraz z innymi pomordowanymi wrzucono do studni, które upowcy następnie zrównali z ziemią. Powiedziałem o tym ppor. „Naglowi”, ale ten orzekł, że jak wygramy wojnę to zadbamy, by pomordowani tu Polacy mieli swoje mogiły. To oczywiście nie stało się nigdy! Jak zaczęliśmy jeździć na Wołyń, to usiłowałem zlokalizować te studnie, ale tam już tak wszystko zarosło, ze nie można było niczego odszukać. Mamie urządziłem na cmentarzu w Zasmykach symboliczną mogiłę razem z grobem ojca. Napisałem na tablicy, że tu spoczywa Amelia Gąsiorowska z Wiśniewskich, która zginęła tragicznie. Nie napisałem na tablicy, że zamordowali ją Ukraińcy. Takie tablice są bowiem często rozbijane. Prawdziwy chrzest bojowy przeszedłem w Zasmykach, kiedy UPA podjęła kolejną próbę zajęcia wioski. Stałem wtedy na warcie z Józefem Łukaszewskim, jak zobaczyliśmy idącą kolumnę. Natychmiast daliśmy znać „Naglowi” , który zarządził alarm placówki.

Złapaliśmy popa

– Zajęliśmy cztery wyznaczone rubieże obronne. Przywitaliśmy napastników silnym ogniem, a później przystąpiliśmy do kontrataku. Pognaliśmy ubowców aż pod Turię za Zieloną. Tam złapaliśmy popa z torbą. – Nie bejte mene, bo ja swiaszczalnik! – zaczął krzyczeć na nasz widok. Bić go nikt nie chciał, ale jeden z chłopaków zajrzał mu do torby. Pop miał w niej noże i ulotki z napisem – smert Lacham! – Chłopaki złapali go za brodę i odciągnęli na bok. Mnie kazali się odwrócić. Pop już długo nie skamlał… Gdy następnie wyruszyliśmy na koncentrację dywizji w rejon Mosuru, zostałem łącznikiem. Jeździłem na koniu i przewoziłem meldunki. Dalej podlegałem „Naglowi”, ale ten był podporządkowany już nie „Jastrzębiowi”, ale kpt. Hrubemu. Najpierw miałem takiego konia poniemieckiego, był duży i niezgrabny. Nadawał się bardziej do celów pociągowych niż do jazdy na wierzch. Szybko go przehandlowałem, zamieniając na mniejszego konika kałmuckiego, który mi bardzo spasował. Jechał na nim ruski partyzant, też pewnie łącznik. Jak zobaczył mnie na koniu, to powiedział – ty partyzant pomieniajem! – Powiedziałem mu, że bardzo chętnie, ale pod warunkiem, że do swojego konika dołoży jeszcze pepeszę. –

Zdołałem uciec

– Ten zgodził się i po chwili jechałem na jego koniku i z jego pepeszą, a on cwałował na tym wielkim koniu. Ten „ruski kałmuczek” do partyzantki nadawał się znakomicie. Był ostrzelany, nie bał się walki i strasznie się do mnie przywiązał. Pewnego razu jechałem na tym koniku z meldunkiem i na leśnym dukcie natknąłem się na zakręcie na niemiecki posterunek. Było za późno na ucieczkę. Miałem w siebie wycelowany ciężki karabin maszynowy. Zgodnie z instrukcją wyjąłem meldunek i połknąłem, żeby się nie dostał w ręce Niemców. Ześlizgnąłem się błyskawicznie z konika i chodu w las. Niemcy puścili za mną serię z ckm-u , ale ten był nastawiony na blokowanie ogniem drogi i seria poszła w górę. Zdołałem uciec w las. Po kilkudziesięciu metrach zdążyłem się opanować i zacząłem myśleć. Usłyszałem, że ktoś za mną biegnie. Myślałem, że to Niemcy. Wycelowałem wiec w ich stronę pepeszę i czekam aż któryś wychyli łeb. Patrzę, a to mój konik za mną pędzi. Razem z nim po błotach udało mi się dotrzeć do Mosur. Porucznik „Nagiel”, jak mnie zobaczył, bardzo się ucieszył. Myślał, że na tym dukcie Niemcy mnie zabili. Spytał tylko, czy zdążyłem zjeść meldunek, czy nie wpadł on w ręce Niemców.

Pepesza się przydała

– Oczywiście jak trzeba było, to brałem udział w bojach, robiąc użytek ze swojej pepeszy, która dobrze sprawdzała się w walce. Musiałem co prawda pozbyć się złotego zegarka, żeby wymienić go na kilka zapasowych magazynków u radzieckiego partyzanta, ale się opłaciło. Pamiętam, jak raz stałem na warcie z Eugeniuszem Mariańskim moim przyjacielem z Zasmyk. Patrzę, a tu skrada się w naszą stronę kilku Ukraińców. Cofnęliśmy się w Gienkiem w opłotki, oparłem pepeszę o płot i jak podeszli bliżej, puściłem długą serię. Żaden z nich już się nie podniósł. Pozostało nam z Gienkiem tylko pójść i pozbierać ich broń. Zdobyliśmy erkaem i trzy polskie karabiny mauzery. Broni zaś nam przecież stale brakowało. Okręg AK Wołyń wymagał przecież stałego dozbrajania. Z okresu pobytu w dywizji zapamiętałem nie tylko uporczywe walki najpierw z Ukraińcami, a później z Niemcami, ale także szkolenie. Nasi przełożeni dbali nie tylko o nasze umiejętności bojowe, ale także morale. Co rusz przypominano nam, ze nie wolno w czasie akcji zabijać kobiet i dzieci. Dowództwo w rozkazach dziennych stale przypominało, że za gwałt na Ukraince każdy może zastrzelić kolegę i nie będzie za to karany.

Szturm na Świniarzyn

– Równolegle do szkoleń toczyliśmy walki o poszerzenie bazy operacyjnej do przyszłych bojów z Niemcami. Polegały one na usunięciu z terenów, na których formowała się dywizja oddziałów UPA, które przed frontem cofały się na Zachód. Plany operacyjne dywizji zakładały m.in. opanowanie lasów świniarzyńskich. Kompleks ten położony był w południowej części powiatu kowelskiego na wschód od Włodzimierza Wołyńskiego. Stanowił on drugą pod względem wielkości bazę okręgu UPA tzw. „Sicz Świniarzyńską”. Oddziały UPA kwaterowały zazwyczaj we wsiach znajdujących się w pobliżu kompleksu leśnego, a w jego środku znajdowały się kwatery w ziemiankach i barakach, w którym mieściło się zaplecze gospodarcze i usługowe takie jak: składy żywnościowe, piekarnia, rzeźnia, garbarnia, młyn, tartak, rusznikarnia i warsztaty szewskie. Obiekty te były chronione przez system fortyfikacji ziemnych ułatwiających ich obronę. Bazę tę trzeba było opanować ze względów operacyjnych, a także, by wymierzyć bandziorom karę za ich zbrodnie. Oddziały UPA, bazujące w lasach świniarzyńskich były odpowiedzialne za mordy dokonane na ludności polskiej w całej okolicy. Kwaterowały one we wsiach, w których wcześniej wyrżnęły wszystkich Polaków.

Ciężkie boje

– Akcję zaczął „Jastrząb”, w oddziale którego wówczas jeszcze byłem. Wyruszyliśmy z Jezierzan, osiągając rejon Tuliczowa. Następnie uderzyliśmy na Wierzbiczno, zajmując je prawie bez boju. Następnie wkroczyliśmy do Ossy też nie napotykając oporu. Inne oddziały m.in. „Sokoła” i „Siwego” też uderzyły w próżnię. Zajęły Czerniejów i Świniarzyn, nie zostawiając w nim upowców. Oddział „Łuna” wdarł się do lasu, nie zastając w nim Ukraińców. Zostawili swoje bunkry, ziemianki i okopy i najzwyczajniej uciekli. Upowcy wykazywali „bohaterstwo” w mordowaniu bezbronnej ludności polskiej. W starciu z uzbrojonymi i dobrze wyszkolonymi oddziałami polskimi i radzieckimi cofały się, rzadko przyjmując bój. Na lasach świniarzyńskich walki z UPA oczywiście się nie zakończyły. UPA dalej stanowiła zagrożenie. Duże ich siły były zgrupowane w rejonie Kisielina, Oździutycz, Twerdyń i Ośmigowicz i stale stanowiły duże zagrożenie zarówno dla ludności polskiej, jak i oddziałów dywizji. Ciągle wiec musieliśmy toczyć z nimi walki, niemal codziennie wyruszając na akcje, by zminimalizować zagrożenie ze strony Ukraińców. Potem zaczęły się walki z Niemcami, w porównaniu z którymi starcia z Ukraińcami były tylko przygrywką. Niemcy rzucili przeciwko dywizji czołgi, samoloty i artylerię. Starali się zamknąć nas w kotle i wydusić. Po bardzo ciężkich walkach znaleźliśmy się w okrążeniu. Poległ nasz dowódca ppłk. „Oliwa” Jan Wojciech Kiwerski, a Niemcy zamknęli kocioł w lasach mosurskich, w którym się znaleźliśmy. Położenie dywizji wydawało się rozpaczliwe. Mjr „Kowal” Szatowski, który przejął dowodzenie dywizją podjął decyzję, że będziemy przebijać się przez tory na północ w kierunku lasów szackich.

Strzelali jak do kaczek

– Dla mnie było to bardzo przykre wydarzenie. Głównie zaś dlatego, że musiałem rozstać się ze swoim konikiem. Tory mieliśmy przejść w absolutnej ciszy, w związku z czym koni, naszych wiernych towarzyszy, nie mogliśmy zabrać ze sobą , mogłyby robić za dużo hałasu. Z bólem serca zdjąłem mojemu konikowi kantar i siodło i puściłem go luzem. Na koniec jeszcze pocałowałem tego mojego „kałmuka”. Bałem się, że będzie chciał iść za mną, ale jak zobaczył inne konie, to poszedł za nimi. Część kolumny zdołała przejść przez tory, ale jak my tam dotarliśmy, to natychmiast musieliśmy się wycofać. Tam już rozpętało się piekło. Niemcy strzelali do nas jak do kaczek. Walili z bunkrów i pociągu pancernego. Cały teren był oświetlony rakietami i mieli nas jak na dłoni. Co rusz padali zabici i ranni, którzy strasznie jęczeli. Rannych zaś przybywało, bo oddziały cofały się i nie były w stanie zabrać ze sobą rannych. Cofnęliśmy się poza zasięg niemieckiego ognia i ukryli się w lesie. Tam zapanował straszny harmider.

Oddziały szły w rozsypkę

– Plutony szły w rozsypkę, nikt nad tym nie panował. Grupie, do której ja trafiłem, następnego dnia udało się przejść nocą tory bez przeszkód i idąc po śladach dotarliśmy do dywizji. Jak każdy szeregowy żołnierz zapamiętałem tylko głód, błoto, wodę, brak amunicji, bombardowania. Połowie chłopaków rozpadły się buty. Niekiedy udawało się nam znaleźć niewielką ukraińską kolonię, składającą się z kilku niewielkich chałupek, wówczas ich mieszkańcy ugotowali nam kartofli, czy dali kawałek chleba. Niemcom udało się nas zamknąć w kotle w lasach szackich i znów musieliśmy uciekać. Kolumna, w skład której wchodził mój oddział, została skierowana na Lubelszczyznę. Ruszyliśmy w kierunku Bugu.

Cdn

Marek A. Koprowski

http://www.kresy.pl/kresopedia,historia,ii-wojna-swiatowa?zobacz%2Fwaclaw-gasiorowski

 

Dewianckie tańce na ulicach i aresztowani księża na kolanach. Dokąd zmierza świat?

A GASZYŃSKI

 

Grzebiąc w brudach we własnym ogródku nie zauważamy w jakim kierunku idzie świat i co tylnymi drzwiami wprowadza do naszej ojczyzny. Powielając wzorce naszych bliższych i dalszych sąsiadów, zaczynając już od najmłodszych dzieci brutalnie choć często podświadomie, określone środowiska zmieniają światopogląd Polaków.
Nie tak dawno na ursynowskim ratuszu zawisła tęczowa flaga, która zapoczątkowała tzw. ‘tydzień równości’ w tej dzielnicy. Burmistrz Ursynowa, Piotr Guział, wieloletni działacz lewicy i środowisk pro-gejowskich, członek honorowy Parady Równości zlecił Fundacji ‘Wolontariat Równości’, założonej i prowadzonej przez ruch LGBT zorganizowanie i przeprowadzenie warsztatów w publicznych szkołach średnich.
Co ciekawe, większość warszawiaków nie jest świadoma, że nasze dzieci uczestniczyły w obowiązkowych zajęciach prowadzonych przez środowiska pro-gejowskie. Tygodniowa propaganda, podczas której do umysłów Ursynowian wtłaczane były treści zgodne z ruchem poparcia dla homoseksualistów poprzez zorganizowanie darmowych projekcji kontrowersyjnych filmów, dyskusji z udziałem przedstawicieli Ruchu Palikota czy konkursów plastycznych promujących tolerancję dla osób LGBT zakończyła się Paradą Równości w stolicy. Ulicami miasta przejechały platformy z poprzebieranymi mężczyznami za kobiety, całującymi się lesbijkami czy kręcącymi tylną częścią ciała, skąpo ubranymi gejami.
Działania w Polsce środowisk pro-gejowskich są obecnie bardzo nasilone i ich częstotliwość i obszerność znacznie zwiększone. Nic dziwnego, skoro Polska w krótkim czasie musi dogonić w tej dziedzinie kraje już bardziej cywilizacyjnie upadłe, zarówno te w Europie jak i na kontynencie amerykańskim.
W największym mieście Kanady, Toronto, 1 lipca, Święto Kanady to doroczne święto homoseksualistów. Dzień ten kończy tygodniowy festyn środowisk LGBT. Toronto, zamknięte dla zwykłych obywateli, celebruje osiąganie coraz to większych przywilejów w tym kraju. W tym roku, największym osiągnięciem jest jawne i oficjalne uczestnictwo w gejowskim festynie premier Ontario, zadeklarowanej lesbijki, Kathleen Wynne, która w tym roku pójdzie na czele pochodu ze swoją ‘żoną’.
Ontario, znane w kraju i na świecie, ze swojej promocji homoseksualizmu, szczycące się największymi paradami gejów na naszym globie, właśnie zrównało małżeństwa homo z heteroseksualnymi. Mimo, iż już 10 lat temu ‘małżeństwa’ homoseksualistów były legalne, jednak obecnie obalenie przez ontaryjski sąd uchwały o ochronie małżeństw zawartych pomiędzy kobietą i mężczyzną sprawia, iż ruchy mniejszościowe w Kanadzie zaczynają posiadać więcej przywilejów niż normalna większość.
Jednocześnie grupy osób wyznających inne poglądy i szanujących wartości ochrony życia, wiary i rodziny są systematycznie dyskryminowane i coraz częściej wręcz prześladowane.
Cały świat dowiedział się nie dawno o zwolnieniu z pracy polskiego pochodzenia, agenta nieruchomości, żyjącego w Kanadzie od 20 lat, Andrzeja Ciastka za umieszczenie w swoim biuletynie informacyjnym danych naukowych dotyczących wychowania dzieci przez pary gejowskie.
Podkreślić należy, że Andrzej Ciastek wydawał swój biuletyn z rubryką o ciekawostkach psychologicznych od wielu lat, jako formę marketingu i kontaktu z lokalnymi klientami i nikt nigdy wcześniej zastrzeżeń co do tej formy reklamy nie miał. To właśnie umieszczenie tych treści, które nie zawierały prywatnych opinii agenta, a jedynie cytowały wyniki określonych badań spowodowały, że obywatel Kanady został przesłuchany przez policję, otrzymał dziesiątki gróźb telefonicznych, zmuszony został do publicznych przeprosin, a na końcu spektakularnie wyrzucony z pracy.
W ‘demokratycznym’ kraju Stanów Zjednoczonych Ameryki, wolność słowa, przekonań i wolność do zgromadzeń wydaje się być dana wyłącznie grupom o określonym światopoglądzie.
Śp. Ksiądz Norman Weslin, który odszedł rok temu, w wieku 81 lat znany był w Ameryce ze swojej walki o prawa do życia dla nienarodzonych dzieci. Po wielu latach służby w amerykańskiej armii, kiedy śmierć poniosła jego żona w wypadku samochodowym, został księdzem i całkowicie poświecił się pomaganiu innym i chronieniu życia.
Założył i prowadził dom pomocy dla niezamężnych matek, w stanie błogosławionym. Był fundatorem organizacji ‘Owieczki Chrystusa’, której członkowie wraz z ks. Weslinem na czele, organizowali pokojowe manifestacje przeciw aborcji za co został przeszło osiemdziesiąt razy aresztowany.
Spektakularne zatrzymanie Księdza miało miejsce w 2009 roku na terenie katolickiej uczelni w Notre Dame gdzie grupa obrońców życia pokojowo demonstrowała swój sprzeciw dla uhonorowania i wygłoszenia przemowy Baracka Obamy, który jawnie popiera aborcję. Ksiądz Weslin został skuty kajdankami i wyprowadzony siłą na komisariat przy akompaniującym mu śpiewie zgromadzonych pieśni ‘Ave Maryja’.
W trakcie kiedy był wyprowadzany, a później niesiony przez policję pytał: “Czemu aresztujecie katolickiego księdza, na terenie uniwersytetu katolickiego, za to, że próbuje powstrzymać zabójstwo dziecka?” Miał wówczas prawie 78 lat. Wcześniej skazywany był wielokrotnie, między innymi w 2001 roku na pięć miesięcy aresztu za modlitwę na kolanach przed kliniką aborcyjną w Buffalo.
Przypadków inwigilowania i prześladowania osób głośno wyrażających swoje opinie na tematy związane z ruchami gejowskimi lub w obronie życia poczętego są setki. Jednocześnie wielokrotnie zauważane są coraz dalej idące, forsowane zmiany w świadomości społeczeństw.
Niestety głośno nie mówi się o skali tego zjawiska i faktyczny stan ‘wolności i demokracji’ w krajach zachodnich nie jest powszechnie znany. Polacy nie mają również świadomości do czego zmierza systematyczna propaganda ‘tolerancji’ dla dewiacji i akceptacji cywilizacji śmierci.
Świat zmienia kierunek. Zamiast wartości, ochrony życia i rodziny, wiary i patriotyzmu promuje się dewiacje, zabijanie, rozpustę i chaos. W efekcie końcowym ludzkość sama się wykończy i stanie przed Sądem Ostatecznym na Końcu Świata.
Wszystkiego zmienić się nie da, ale każdy może i ma obowiązek chronić świat wokół siebie, zaczynając od własnej rodziny i własnej ojczyzny biorąc przykład z tych, którzy w imię sprawiedliwości i miłości do Boga i drugiego człowieka gotowi są poświęcić wszystko.
Barbara Rode

 

http://www.prawy.pl/z-zagranicy2/3403-dewianckie-tance-na-ulicach-i-aresztowani-ksieza-na-kolanach-dokad-zmierza-swiat

 

NOP W AKCJI – Przeszłość Baumana trafiła pod strzechy

A GASZYŃSKI

Z Dawidem Gaszyńskim, działaczem NOP, jednym z uczestników happeningu w trakcie wykładu Zygmunta Baumana na Uniwersytecie Wrocławskim, rozmawia Maciej Walaszczyk

 

Kiedy postawiono Panu zarzuty – zaraz po zatrzymaniu czy dopiero po kilku dniach?

– Najpierw zostałem wylegitymowany przez policję, a dopiero po kilku dniach dostałem wezwanie na komisariat, gdzie postawiono mi zarzuty. Nie wiem, ile osób jest w takiej samej sytuacji. Prasa pisała o ponad 20, z dnia na dzień sytuacja się zmienia. Jeśli policja ustali tożsamość kolejnej osoby, to wzywana jest w tej sprawie.

O co jesteście oskarżeni?

– To kodeks wykroczeń artykuł 51 paragraf 1, a więc zakłócanie porządku publicznego. Jeśli ktoś w nocy zakłóca ciszę nocną albo puszcza w mieszkaniu głośno muzykę, to również podpada pod ten właśnie artykuł.

Jaka sankcja grozi za takie zakłócenie?

– Kara grzywny do 5 tys. złotych. Mowa jest również o areszcie, ale pewnie w grę wchodzi ograniczenie wolności poprzez zasądzenie jakichś prac społecznych. Głowy sobie tym nie zaprzątam, ponieważ po naszych kilku wrocławskich manifestacjach próbowano nam stawiać gorsze zarzuty.

Policja jako dowód ma świadków czy nagrania?

– Trudno mi powiedzieć. Pewnie jedno i drugie. Podejrzewam, że świadkami będą sami policjanci, a nie jakieś osoby mocno zaangażowane w sprawę po drugiej stronie barykady. Do tego ekipa policyjna miała również kilku kamerzystów. Akcja była monitorowana, więc nie będą mieli z tym problemów, bo my niespecjalnie zaprzątaliśmy sobie głowę tym, że ktoś nas filmuje.

Jaką grupą stawiliście się na uniwersytecie?

– Było nas około stu. Akcja była nagłośniona do tego stopnia, że w prasie pojawiały się zapowiedzi naszego wystąpienia. W związku z tym z jego nagłośnieniem wśród ludzi nie było problemu, a my występowaliśmy z otwartą przyłbicą. Nie było tak jak w innych miastach, że ktoś z partyzanta próbował się wedrzeć na salę. Grzecznie zapowiedzieliśmy nasz udział w tym wykładzie i po prostu przyszliśmy.

Zaskoczył Pana fakt, że była tak duża ekipa policyjna, w tym antyterroryści?

– Dla mnie nie jest to już takie zaskoczenie. Od 13 lat angażuję się w działalność Narodowego Odrodzenia Polski. Tam, gdzie się angażujemy, służby na poziomie operacyjnym działają jeszcze mocniej. Dla mnie największym zaskoczeniem było to, że ogóle wpuszczono nas na wykład. Byłem przekonany, że ten budynek będzie obstawiony policją, która będzie wyławiać ludzi wchodzących na uniwersytet. Dlatego zetknięcie ze służbami porządkowymi było wkalkulowane w całą akcję.

Zetknąłem się z opiniami, że władza chciała wykorzystać obecność pikietujących do bieżącej polityki, liczono na prowokację, że będzie awantura z funkcjonariuszami, jakieś antysemickie hasła. Nazajutrz wypowiadał się na ten temat minister spraw wewnętrznych. Jak Pan to skomentuje?

– Czasem, gdy jakaś akcja wymknie się spod kontroli, dorabia się od razu do tego opinie, że to są prowokatorzy. Przy okazji wykładu Baumana ktoś nawet mówił, że to Tusk miał wyjść z tak przemyślaną prowokacją itp. Ja naprawdę bardzo nie lubię tej ekipy rządowej, ale wydaje mi się, że posługiwanie się tak daleko idącymi teoriami jest nieporozumieniem. Jedno jest pewne: służby doskonale wiedziały, co się będzie działo, i się do tego przygotowały. Natomiast my nie ukrywaliśmy niczego z naszych zamiarów. Zaskoczeniem dla tych, którzy organizowali ten wykład, była po prostu skala tego, co udało nam się zrobić. Oni nie byliby w stanie wyreżyserować czegoś bardziej spektakularnego.

Kilka lat temu IPN publikował teksty naukowe opracowane na podstawie materiałów zgromadzonych w archiwach, demaskujące postać majora Baumana jako funkcjonariusza KBW i współpracownika Informacji Wojskowej. Skutek zakłócenia przez Was wykładu jest taki, że duża część opinii publicznej nadrobiła braki w wiedzy na jego temat. Cel został osiągnięty?

– To był nasz jedyny cel. Natomiast celem doraźnym było wskazanie grupom działającym w różnych niewielkich miastach, by występować w takich sytuacjach z przytupem, by zrobić wszystko, co jest możliwe, gdy spotyka się na swojej drodze NKWD-zistę. Dzisiaj na pewno Bauman jest na ustach wszystkich i nie ma problemu ze znalezieniem informacji, że był w KBW i IW. Niestety, nie zawsze książki pisane przez ciekawych ludzi są czytane.

Byli wśród Was również kibice Śląska Wrocław, na trybunach którego motyw choćby żołnierzy wyklętych pojawił się kilka lat temu. Były spotkania, manifestacje z okazji 1 marca, marsz rotmistrza Pileckiego.

– Byli kibice Śląska Wrocław i Sparty Wrocław. Ostatnio byłem zaskoczony prawdomównością „Gazety Wyborczej”, która napisała o tych środowiskach, że są obecnie jednością, ponieważ trudno określić linie podziału, kto jest narodowcem czy kibicem. To się wzajemnie uzupełnia, ktoś hobbystycznie chodzi sobie na stadion, a w sferze politycznej działa np. w NOP.

 

Dziękuję za rozmowę.

Maciej Walaszczyk

http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/42584,przeszlosc-baumana-trafila-pod-strzechy.html

 

 

„Walczmy razem o Europę Narodów” – rozmowa z liderem LTJS

Europejskie Nacjonalizmy

julius-pankaStosunki pomiędzy Polską a Litwą są trudne już od dawna, a często dochodzi do gwałtownych napięć. Litewscy nacjonaliści są demonizowani przez polskojęzyczne media i pakowani do jednego worka wraz z innymi uczestnikami sceny politycznej, a podobnie rzecz ma się na Litwie. Jaki jest prawdziwy stosunek litewskich nacjonalistów do Polski i naszego ruchu nacjonalistycznego? O to warto zapytać u źródeł. Na kilka pytań odpowiedział Julius Panka, szef Litewskiego Związku Młodzieży Narodowej (Lietuvių tautinio jaunimo sąjunga).

View original post 957 słów więcej