Narodowy Jawor

Strona główna » 2013 » Czerwiec

Archiwa miesięczne: Czerwiec 2013

Świny

ŚWINY 007

Gdy zamek Świna w murach nie miał więcej pana,
Niszczał z wolna, od czasu szarpany okrutnie,
Wilgotniał, gnił powoli. Dziś wygląda smutnie:
Zapadły się piwnice, niegdyś pełne wina.
Wszędzie ruina niedbałość, upadku przyczyna.
Ślady komnat, w których są malowań oznaki,
Deszcz zalewa, pełzają po mechach robaki (…)

B. Z. Stęczyński

IMG BORDER=1 style=

ZAMEK W ŚWINACH – ŚREDNIOWIECZNA WIEŻA MIESZKALNA Z KLATKĄ SCHODOWĄ

 


istoria osadnictwa obronnego w Świnach sięga X wieku, gdy w miejscu tym powstał drewniany dwór, strzegący przejścia przez Przełęcz Lubawecką, wymieniony w roku 1108 w dokumentach czeskiego kronikarza Cosmasa jako Suini in Poloniae. Być może w niedługi czas potem dwór ten rozwinął się w znaczący ośrodek administracyjno-wojskowy, noszący wówczas miano kasztelanii. Wymienia ją bowiem już w 1155 roku protekcyjna bulla papieża Hadriana IV. W okresie od 1230 do 1248 wzmiankowani są kasztelanowie Tader, Jaxa i Petrico. Z chwilą wzniesienia w nieodległym Bolkowie zamku gród stracił istotne dla władców świdnickich znaczenie i przeszedł w prywatne ręce. Jest to jedna z hipotez. Druga zakłada, że Świny jeszcze za czasów pogańskich stanowiły prywatną rezydencję słowiańskich władyków śląskich z rodu panów Świńska Głowa, rozprzestrzenionym na ziemach śląskich oraz na Morawach, którzy po zajęciu Śląska przez Mieszka I stali się zwolennikami Piastów i otrzymali od potomków Władysława Wygnańca funkcję kasztelanów, którą pełnili do chwili wzniesienia przez Bolka I warowni w pobliskim miasteczku Hain (Gaj, ob. Bolków).

 

PLAN ZAMKU W XIV WIEKU

 


 

ŚWINY

Pierwszym znanym nam terminem określającym gród było Suini lub Zvini użyte przez kronikarza Kosmasa w swej kronice z datą 1108. Od roku 1155 nazywano go Zpini, w 1331 funkcjonowała wciąż słowiańska terminologia Swinino, w 1317 Swin, w 1325 Sweina, zaś po 1407 – Sweyne. Przed drugą wojną światową miejscowa ludność określała warownię jako das alte Sauhausel. Po wojnie przez krótki okres zamek nazywano Świniogrodem.

 


 

IMG BORDER=1 style=

ZAMEK NA OBRAZIE FLEGLA Z LOŻY ŚWINKÓW
W KOŚCIELE POKOJU W JAWORZE (ok.1655)

 

d zarania dziejów warowni władał w Świnach ów możny ród Świnków(*), z którego wielkopolskiej gałęzi (pieczętującej się innym herbem) pochodził m.in. arcybiskub gnieźnieński Jakub Świnka. Ród ten posiadał własnych przedstawicieli zarówno w Polsce, Czechach, jak i na Śląsku, gdzie najszerzej rozwinęła się jego linia, dochodząc z czasem do kilku odgałęzień. Z upływem wieków słowiańsko brzmiące nazwisko ulegało germanizacji, i tak określenie Swyn, Zuini i Swinino przechodziło stopniowo w Swin i Swein, aby pod koniec XV stulecia przekształcić się ostatecznie w Schweinichen. Pierwszym właścicielem dworu był zapewne Jaxa De Swyn. Dokumenty z lat 1288 i 1313 wskazują odpowiednio na Jana, Piotra oraz Gunczela Świnkę (Johann, Peter i Gunzelin De Swyn) jako posiadaczy zameczku, którym w latach następnych zarządzali Konrad (1316), Peter oraz Henricus (1316-51). Postacią szczególnie wyróżniającą się był tu Henricus de Swyn, rycerz u boku Henryka jaworskiego, potem Bolka ziębickiego, w roku 1323 uczestnik wyprawy krzyżowej na Rodos, który dwadzieścia lat później przewodził rycerstwu strzelińskiemu podczas hołdu składanego królowi Czech Janowi Luksemburskiemu, i który na stałe rezydował w Świnach. Prawdopodobnie w połowie XIV stulecia na terenie grodu zbudował on potężną, otoczoną murem kamienną wieżę mieszkalną (niektórzy jako datę powstania budowli podają ostatnią dekadę XIII wieku). Z czasem zamek uległ sukcesywnej rozbudowie. Podejmowali ją kolejni przedstawiciele rodziny: Gunczel oraz Nickel, bracia von Swein, a później m.in. kolejny Gunczel, urodzony w 1456 i żyjący 110 lat Burgmann (który zmarł nie ze starości ale na zwyczajną grypę), a także niemal równie długowieczny Johann (1510-1606). Renesansowa przebudowa skupiła się na założeniu nowego dziedzińca oraz sanacji gotyckich budynków, w których przekształcono wnętrza mieszkalne, m.in. zaopatrując je w większe otwory okienne. Kolejna poważna rozbudowa zamku, która rozmyła jego dotychczasowy charakter i nadała mu piętno zamku-rezydencji, przeprowadzona została przez Johanna Sigismunda von Schweinichen w pierwszej i drugiej tercji XVII wieku. Johann Sigismund (Jan Zygmunt), wieloletni turysta po krajach Europy, podczas swojego pobytu w Italii poddał się urokowi sztuki włoskiej i być może właśnie stamtąd sprowadził architekta, aby ten zrealizował jego estetyczne ambicje. Przy okazji warto wspomnieć, że Johann był owocem makabrycznego według dzisiejszych standardów związku 81-letniego Johanna von Schweinichen i Katarzyny von Sommerfeld, która w chwili ślubu liczyła sobie…15 wiosen.

 

IMG BORDER=1 style=

ZAMEK W ŚWINACH NA XIX-WIECZNEJ LITOGRAFII

 


 

PIJANY JAK ŚWINKA

Rycerski ród von Schweinichen od dawien dawna znany był z ogromnego zamiłowania do alkoholi, a w szczególności do wina, które kupowano często i w ogromnych ilościach. Wielowiekowa praktyka konsumencka sprawiła, że z pokolenia na pokolenie organizmy Świnków ewoluowały, wytwarzając taką odporność na procenty, o jakiej mógł pomarzyć niejeden polski pijaczek. Legendą już obrósł przypadek Jerzego Schweinichen, który założył się z pewnym polskim szlachcicem, kto więcej wina wypije i pod stół nie padnie. Stawka zakładu wydawała się poważna: ze swej strony Jerzy postawił 1000 dukatów, a ów szlachcic – przepiękną karetę zaprzężoną w sześć wspaniałych koni. Kiedy osuszali dwudziestą butelkę i nasz zawodnik był już mocno wstawiony, Świnka rozkazał, aby przynieść drewniany ceber do pojenia koni i napełniwszy go winem wypił całą zawartość za jednym zamachem. Pod Polakiem nogi się ugięły. Nie odezwawszy się słowem wyszedł z zamku w asyście odprowadzającego go pewnym krokiem gospodarza.

Te oraz inne opowieści stworzyły mit o nieograniczonych możliwościach Świnków, w jakie zapewne niektórzy z nich uwierzyli, chełpiąc się publicznie, nieopatrznie prowokując los i sprowadzając na siebie kłopoty. Jednym z takich naiwnych był Konrad von Schweinichen, który podobno podczas suto zakrapianej uczty, będąc już mocno pijanym, oświadczył głośno, iż nawet sam diabeł nie dałby mu rady, a jeśli ma go porwać, to niech zrobi to tu i teraz. Po tych słowach rozległ się grzmot i pojawił piorun celując prosto w gospodarza ze skutkiem wiadomo jakim. Trzymany przez Świnkę kielich uległ całkowitemu stopieniu i wraz z nim został pochowany.

 


 

IMG BORDER=1 style=

REKONSTRUKCJA ŚCIANY PÓŁNOCNEJ ZAMKU (1887)

 

ybudowany ogromnym nakładem sił oraz środków zamek niedługo cieszył się swym wspaniałym wyglądem. Po śmierci Jana w 1664 przeszedł on na własność bratanka Jana Zygmunta: Ernesta (zm.1696), a następnie jego syna Jerzego von Schweinichen (1656-1702), ostatniego z linii Świnków na Świnach, by w 1702 roku przy podziale majątku trafić w ręce zięcia Jerzego Ernesta – Sebastiana Heinricha von Schweinitz, potomka innego znanego śląskiego rodu słowiańskiego pochodzenia (pierwotne nazwisko: ze Swięca, von Svenz). Sebastian Heinrich von Schweinitz sprzedał zamek swemu kuzynowi, w rękach potomków którego Świny pozostały aż do 1769. W czasie wojny siedmioletniej zamek został (1761) ograbiony przez rosyjskich żołnierzy, którzy rozbili i splądrowali nawet grobowce Świnków w pobliskim kościele zamkowym pw. Św. Mikołaja. Po tym budowla podupadła tak mocno, że od tego czasu stała opuszczona. W 1769 prawa do niej nabył na poprowadzonej przez syndyka upadłości przymusowej aukcji pruski minister stanu Johann Heinrich hr. von Churschwandt. Niezamieszkany zamek szybko popadł w ruinę, a dzieła zniszczenia dopełnił huragan z 1848 roku i wielki pożar z roku 1876. Rezydujący w Austrii potomkowie (z 2. małżeństwa) żony i spadkobierczyni Churschwandta Marii Teresy z rodziny hr. von Nimptsch h. Bończa, hrabiowie Hoyos von Sprinzenstein, dopiero w 1875 przenieśli się na Śląsk – na ocalenie zamku było już wtedy za późno. Początek XX wieku przyniósł wzrost świadomości historycznej i potrzebę ratowania upadłego zabytku. Od 1905 oddany przez hrabiego Stanisława Hoyosa w opiekę lokalnemu związkowi „Heimatverein Bolkenhain” zamek poddany został gruntownej restauracji: mury odgruzowano i wzmocniono, a w latach 30-ych przykryto dachem zamkową wieżę. W 1941, podczas II wojny światowej, niechętni Hitlerowi gospodarze musieli sprzedać zamek państwu. Władze III Rzeszy zamierzały „po zwycięskiej wojnie” odbudować go z przeznaczeniem na ośrodek młodzieży Hitlerjugend. W roku 1942 ruiny przekazano wojsku, które zorganizowało tutaj magazyn produkowanych w podziemnych fabrykach Bolkowa części do samolotów. Prace remontowe kontynuowano po II wojnie światowej. Po transformacji ustrojowej ruiny warowni trafiły w prywatne ręce.

 

IMG  BORDER=1 style= IMG  BORDER=1 style=

RUINA ZAMKU ŚREDNIEGO

 


 

SKARBY

Od zakończenia 2. wojny światowej nieustannie krążą po okolicy opowieści, legendy i wspomnienia z czasów jej zakończenia, kiedy Niemcy likwidowali założoną tu fabrykę uzbrojenia, do której prowadzi położona poniżej zamku sztolnia. Żyjący jeszcze świadkowie twierdzą, że hitlerowcy przed ucieczką ze Śląska przywieźli tu kilkaset skrzyń, te umieścili w owych sztolniach, do których dojścia następnie wysadzili w powietrze. Jedna z bardziej fantastycznych wersji sugeruje związek z Bursztynową Komnatą, inna podąża tropem zaginionego złota z czeskiej Pragi, jeszcze inna postrzega to miejsce jako ukryty magazyn dla dóbr skradzionych z Krakowa przez siepaczy Gauleitera Generalnej Guberni Hansa Franka. Być może wszystkie te hipotezy są efektem głęboko zakorzenionej mitologizacji Sudetów jako obszaru wolnego od nalotów alianckich, przez to niezwykle atrakcyjnego dla Niemców pod wieloma względami. Faktem pozostaje jednak, że tuż po wojnie teren ten był długo i dokładnie strzeżony przez Rosjan, którzy na wzgórzu zamkowym urządzili obóz szkoleniowy Hagady, żydowskiej organizacji militarnej działającej w Palestynie. Mówi się, że jeden z sowieckich generałów podjął poszukiwania na własną rękę. Czy coś znalazł? Pewnie nigdy się tego nie dowiemy.

 


 

POCZTÓWKI Z LAT 1940/41: FASADA PÓŁNOCNA Z PRZEJAZDEM BRAMNYM I WIDOK OD POŁUDNIA

 


sytuowany przy starej drodze prowadzącej z Jawora przez Kamienną Górę i bramę Lubawską do Czech, w najwyższej części skalnego cypla, zespół obronny składał się z gotyckiego zamku górnego oraz renesansowego zamku dolnego. W obrębie części gotyckiej mieściła się XIV-wieczna, otoczona murem potężna wieża mieszkalna – donżon. Wzniesiona z łamanego kamienia pięciokondygnacyjna (bez piwnic) budowla miała prostokątny plan o wymiarach 18×12 metrów i grube na 2,5 metra mury. Chronione zasuwaną broną wejście do wieży wiodło przez zachowany do dziś gotycki portal; jej parter zajmowała sala rycerska, a na wyższe piętra prowadziły drewniane schody. Góra najprawdopodobniej zwieńczona była blankami i przykryta wysokim dachem na wzór wieży mieszkalnej w Siedlęcinie. W wieku XV budowla została powiększona o przylegający do niej od zachodu gmach mieszkalny, a całe założenie (częściowo) otoczone zostało murem obronnym. Wjazd na dziedziniec prowadził usytuowaną w południowej jego części ostrołukową bramą.

 

ZAMEK NA POCZTÓWKACH Z POCZĄTKU XX WIEKU

 

ajwiększe przekształcenia siedziby Świnków miały miejsce w pierwszej połowie XVII stulecia. Znacznie rozszerzyły one obszar zamku i jego walory obronne. Powstał wtedy trójkondygnacyjny pałac, łączący się krótkim skrzydłem północnym z gotycką wieżą. Jego naroża umocniono dwiema cylindrycznymi basztami, a całość wpisano w nowożytne, trapezoidalne w planie fortyfikacje, które obejmowały przystosowane do walki z użyciem broni palnej dwie baszty i dwie basteje. Podczas wojny trzydziestoletniej w połowie kurtyny zachodniej obwodu obronnego wzniesiono niewielki bastion wzmacniający pośrodku długi odcinek murów fortyfikacji, tzw. piatta forma. Przebudowie uległa także stara wieża, do której od południa dostawiono wygodną klatkę schodową. Wjazd uzupełniony został murem kurtynowym, ciągnącym się od północno-wschodniej baszty do przyczółka mostowego nad fosą. Zamurowane podłucze mostu otrzymało otwory strzelnicze, ufortyfikowano również położoną na wschód od budynków równinną terasę, na której stanął kościół.

 

W całym okresie funkcjonowania zamek w Świnach, jako jeden z niewielu
na Śląsku, nigdy nie został zdobyty

 

 

PLAN ZAMKU W ŚWINACH: (PO ROZBUDOWIE)
1. DONŻON, 2. DOM ZACHODNI, 3. PAŁAC, 4. BRAMA WJAZDOWA, 5. BASTEJE, 6. BASTION

 


 

IMG  BORDER=1 style= IMG  BORDER=1 style=

FASADA PÓŁNOCNA ZAMKU I ALEJKA PROWADZĄCA WPROST DO BRAMY

 


arownia stanowi dziś dobrze czytelną, malowniczą ruinę. W obrębie zamku górnego w całości zachowała się wieża z resztkami sgraffitowych dekoracji oraz pozbawiony dachu renesansowy dom zachodni. Na zamku dolnym stoi zrujnowany pałac z barokowymi portalami bramnymi, nad którymi widnieje tarcza rodowa Świnków. Wewnątrz pałacowych bastei widoczne są jeszcze, wykonane przez znudzonych pilnowaniem lotniczych silników żołnierzy Wermachtu, malowane postacie XVII-wiecznej szlachty. Przetrwały też fragmenty murów obwodowych z bastejami w południowej części zamku. Ruiny, mimo że od pewnego czasu znajdują się w rękach prywatnych, czasami bywają dostępne dla zwiedzających. W najbliższym czasie planowana jest pełna odbudowa zamku.

 

IMG  BORDER=1 style= IMG  BORDER=1 style=

WIEŻA MIESZKALNA, DZIŚ POZBAWIONA STROPÓW,
OD NIEDAWNA OTWARTA JEST DLA ZWIEDZAJĄCYCH

WIDOK NA MURY DOMU ZACHODNIEGO I WIEŻĘ
OD STRONY POŁUDNIOWO-ZACHODNIEJ

 


Dojazd tak jak do Bolkowa plus dwa kilometry w kierunku północnym (droga na Legnicę). Pod bramą darmowy parking. (mapa) (2011)

 


1. M. Chorowska: Rezydencje średniowieczne na Śląsku, OFPWW 2003
2. O. Czerner, J. Rozpędowski, Bolków i Świny, Ossolineum 1960
3. B. Guerquin: Zamki w Polsce, Arkady 1984
4. I. T. Kaczyńscy: Zamki w Polsce południowej, Muza SA 1999
5. L. Kajzer, J. Salm, S. Kołodziejski: Leksykon zamków w Polsce, Arkady 2001
6. R. Łuczyński: Zamki, dwory i pałace w Sudetach, Wspólnota Akademicka 2008
7. M. Świeży: Zamki, twierdze, warownie, Foto Art 2002

 

Tekst we współpracy z p. Alexandrem von Freyer

 

IMG  BORDER=1 style= IMG  BORDER=1 style=

FRESKI W BASZCIE WSCHODNIEJ JAKO PRZEJAW WRAŻLIWOŚCI ŻOŁNIERZY WERMACHTU

WIDOK Z ZAMKU NA POBLISKI BOLKÓW

 

(*) Nazwisko Świnka pochodzi od dawnego określenia dzika, zwanego wówczas świnią. Jak mówi legenda, wywodzi się ono od niejakiego Biwoja, który w 712 roku podarował królowej Libuszy własnoręcznie upolowanego odyńca, za co w nagrodę otrzymał herb z dzikiem, okoliczne ziemie i cnotę królewny Kazi.

 

HERB ŚWINKÓW

 


 

Bolków – ruina zamku książęcego XIIIw., ok. 2 km
Lipa – ruina zamku XIVw., ok. 7 km
Kłaczyna – relikty zamku XVw., ok. 8 km
Płonina – ruina zamku rycerskiego, XIVw., ok. 10 km
Myślibórz – relikty zamku XIII/XIVw., ok. 15 km
Jawor – zamek książęcy XIII/XIVw., przebudowany, ok. 16 km

 


 

Będąc w Świnach warto przy okazji zobaczyć również:

IMG

Nieopodal zamku kościółek św. Mikołaja z XIVw., jednonawowy, z wieżą dostawioną od zachodu. W środku wyposażenie z XVIw., m.in. malowane Stalle, nagrobki rodziny Świnków oraz epitafium Jana Zygmunta Świnki z roku 1664.

 

TADEUSZ GLUZIŃSKI – ŻOŁNIERZ IDEI

TADEK

 

 

Postać o której nie wolno zapomnieć. Współtwórca ONR a po rozłamie głos ONR- ABC. Świetne opracowanie Dawida Zadury na temat tej wybitnej postaci.

 

fot, kurier lubelski-684x0

 

TADEUSZ GLUZIŃSKI – ŻOŁNIERZ IDEI

W 1940 roku na obcej, ale przyjaznej węgierskiej ziemi zakończył życie Tadeusz Gluziński, jeden z “ojców-założycieli” Obozu Narodowo-Radykalnego a zarazem jego główny ideolog, zaliczany często do grona najzdolniejszych uczniów Szkoły Dmowskiego.

Tadeusz Gluziński na świat przyszedł 30 czerwca 1888 roku. Był najstarszym synem profesora Antoniego Gluzińskiego (1856-1935) – światowej sławy lekarza i swego czasu rektora Uniwersytetu im. Jana Kazimierza we Lwowie. Miał aż pięcioro rodzeństwa: dwie siostry i trzech braci. Od najmłodszych lat wychowywano go w duchu polskiego patriotyzmu i starannie kształcono pod kierunkiem najlepszych lwowskich nauczycieli. Po części za namową ojca ale głównie z powodu własnych zainteresowań zdecydował się studiować filozofię na Uniwersytecie Jana Kazimierza, gdzie uzyskał tytuł doktora filozofii. Na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie obronił doktorat z prawa (1). Od początku mocno angażował się w życie lwowskiej społeczności studenckiej, gdzie był pierwszym prezesem Czytelni Akademickiej – prekursorki bratniaków studenckich. Już wówczas wykazywał duże zainteresowanie problematyką społeczno-polityczną, pisząc do przeróżnych studenckich pism i uczestnicząc w spotkaniach dyskusyjnych.

Jesienią 1918 roku w bólach zaczęła się rodzić niepodległa Polska. Wybuch wojny polsko-ukraińskiej w listopadzie 1918 roku zaskoczył rodzinę Gluzińskich we Lwowie. Ich wspólny dom znajdował się w tej części miasta, którą przez 3 tygodnie kontrolowali Ukraińcy. Gluzińscy bezpiecznie przetrwali okres najintensywniejszych walk w mieście. Na dzień przed wyzwoleniem Miasta Lwa naszli ich jednak nocą ukraińscy żandarmi w celu przeprowadzenia rewizji. Te chwile grozy zapamiętali sobie Gluzińscy na całe życie. W czasie wielogodzinnej rewizji Ukraińcy znalezieniu w mieszkaniu kilka starych rewolwerów, po czym aresztowali Antoniego, Tadeusza i Kazimierza Gluzińskich oraz ich gościa inżyniera Witolda Sokołowskiego a mieszkanie zdemolowali bombą. Aresztowanych przez 14 godzin poniewierano i bito, a następnie wyprowadzono na rozstrzelanie. Tadeusza Gluzińskiego żandarmi zrzucili ze schodów. Świadek tamtych czasów Franciszek S. Krysiak pisał: – “Jeden z [ ukraińskich ] żołnierzy chciał prof. Gluzińskiego przebić bagnetem, lecz na szczęście bagnet podbity przez syna Kazimierza Gluzińskiego ominął profesora i zranił Kazimierza w ucho. […] W Domu Narodnym dokąd wprowadzono aresztowanych […] jeden z żołnierzy konwoju uderzył prof. Gluzińskiego w twarz. […] Sytuacja zmieniła się nagle z chwilą przystąpienia do aresztowanych pułkownika Stefaniuka, który jako były pacjent profesora […] polecił internowanych uwolnić. O godz. 11 w nocy odstawiono aresztowanych do domu. […] Męka prof. Gluzińskiego skończyła się prawie równocześnie z chwilą, gdy dzięki bohaterstwu dzieci lwowskich i nadesłanej z Krakowa odsieczy, Lwów został uwolniony i jego chwilowi oprawcy zmuszeni zostali do spiesznej ucieczki.” (2)

Miesiąc po opisanej sytuacji w walce z Ukraińcami poległ młodszy brat Tadeusza, 24- letni Lech Gluziński ( absolwent Wydziału Lekarskiego na Uniwersytecie Lwowskim ). Jego ciało spoczęło w jednej z krypt na Cmentarzu Orląt Lwowskich.

Te dwa tragiczne wydarzenia roku 1918 wywarły duży wpływ przyszłego ideologa ONR i na treść jego późniejszych publikacji poświęconych tematyce stosunków polsko-ukraińskich.

Swoją działalność polityczną Tadeusz Gluziński rozpoczął na początku lat dwudziestych w szeregach Związku Ludowo-Narodowego, gdzie zasłynął z dużego zaangażowania i dał się poznać jako osobowość o nadzwyczajnych zdolnościach organizatorskich. Sukcesy odnosiły też jego artykuły oraz teksty publikowane w „Myśli Narodowej”. Na początku lat dwudziestych w ramach publicystycznego cyklu „Zmierzch liberalizmu” ( na łamach „Gazety Warszawskiej” ) mocno krytykował mało efektywne, parlamentarne metody działalności Związku. Po rozwiązaniu ZLN podobnie jak większość działaczy stał się członkiem Stronnictwa Narodowego. W 1933 roku był – obok H. Rossmanna, J. Jodzewicza, J. Mosdorfa oraz Al. Heinricha – jednym z działaczy „Straży”, tajnego kierownictwa “grupy młodych” wewnątrz warszawskiej sekcji SN. Za działalność niezgodną z założeniami kierownictwa SN został wraz z innymi aktywistami zawieszony na rok przez komisję w pracach tajnego zespołu. Organ wydający wyrok podał krótkie uzasadnienie: „próby wykorzystania fermentu przez czynniki zewnętrzne” (3). Żaden z zawieszonych działaczy nie przyjął orzeczenia komisji i na znak protestu solidarnie opuścili szeregi Stronnictwa.

14 kwietnia 1934 w Warszawie 46-letni dr Tadeusz Gluziński jako członek Komitetu Organizacyjnego podpisał Deklarację Obozu Narodowo-Radykalnego. Tak jak zawczasu przypuszczał, miał przez to potem spore kłopoty z pracodawcą czyli Ministerstwem Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego. W dzień po podpisaniu Deklaracji opublikował w „Sztafecie” przełomowy artykuł pt. „Prosta droga”, w którym między innymi pisał: ”Wypadki idą szybko i u wielu wyprzedzają myśli. Kto nie nadąży, musi zostać w tyle. Kto zbyt silnie wrósł w przeszłość, w stare metody działania, stare nawyki myślenia, kto boi się własnego cienia, zaś przed myślą własną ucieka w najciemniejszy zakątek, ten nie znajdzie dla siebie miejsca w szeregach ludzi dzisiejszych. Gdy walą się ściany starej, tandetnej budowy, podpórki nie wystarczą, trzeba rozebrać resztki, odsłonić zdrowe fundamenty i na nich budować gmach przyszłości” (4).

W nowej organizacji Gluziński stał niemal na samym jej czele. Obóz Narodowo-Radykalny był kierowany przez tajną Organizację Polską, która – podobnie jak jej poprzedniczka „Straż” – podzielona była na szczeble oraz stopnie wtajemniczenia a jej członkowie, zgodnie ze złożoną i obowiązującą aż do śmierci przysięgą, zobowiązani byli do zachowania tajemnicy. Dlatego dzisiaj można jedynie domniemywać jaką dokładnie funkcję pełnił Gluziński w ONR. Wiemy jednak, że w Organizacji Polskiej ( podzielonej na cztery stopnie wtajemniczenia ) był wraz z Janem Mosdorfem i Janem Jodzewiczem w trzyosobowym Komitecie Politycznym wybieranym przez siedmioosobowy Komitet Wykonawczy ( zawierający się w najwyższym stopniu – „Z” czyli Zakonie Narodowym) (5).

Po zamknięciu przez rząd 14 czerwca 1934 roku drukarni „Sztafety” Gluziński postanowił wraz z Mosdorfem i Jodzewiczem interweniować w tej sprawie u ministra Pierackiego. Niebawem jednak minister został zamordowany przez nacjonalistów ukraińskich, przy czym rząd o morderstwo oskarżył… ONR. W nocy z 15 na 16 czerwca nastąpiły aresztowania ONR-owców, które nie ominęły również Gluzińskiego. Wraz z większością działaczy Obozu przebywał w więzieniu, jednak nie tak długo jak inni. W lipcu, po interwencji kogoś wpływowego został zwolniony, dzięki czemu uniknął osadzenia w obozie odosobnienia Bereza Kartuska. Dostępne materiały poświęcone tym wydarzeniom nie wyjaśniają, komu Gluziński zawdzięcza ową życzliwość. Rodzina miała podstawy do przypuszczeń, że był to jakiś wyskoki hierarcha Kościoła katolickiego, być może sam kardynał prymas August Hlond…

Po rozłamie w Obozie Narodowo-Radykalnym w 1935 roku, Tadeusz Gluziński pozostał w grupie najstarszych działaczy i założycieli ONR kierowanej przez Henryka Rossmanna, później określanej jako ONR-ABC. Gdy w 1937 r., po wzajemnych atakach prasowych, między ONR-ABC a Falangą doszło do fizycznej konfrontacji, 49-letni Gluziński został dotkliwie pobity przez falangistowskie bojówki. Nigdy im tego nie mógł zapomnieć. Nie zatracił jednak zdrowego rozsądku ani nie uniósł się ambicjami. Jako jeden z pierwszych apelował na łamach dziennika „ABC” o jedność między wszystkimi narodowcami. Chciał, aby wszystkie ugrupowania narodowo-radykalne, a także Sekcja Młodych z SN, skupione były wokół jednej organizacji – Konfederacji Polskiej. Mimo iż propozycja ta nie została przez nie przyjęta, wzajemne napaści ustały.

W 1937 r. wobec stale rosnącego zagrożenia komunistycznego skierował w imieniu ONR list do sanacyjnych przywódców. Deklarował w nim możliwość taktycznego, antykomunistycznego sojuszu z ONR-ABC. „Będąc w posiadaniu informacji o przygotowaniach „fołksfrontu”, zmierzających do zagarnięcia władzy, wobec powagi sytuacji oświadczamy, że w rozprawie z czynnikami tzw. „fołksfrontu” można liczyć na nasze całkowite poparcie w granicach naszych technicznych i propagandowych możliwości i to bez względu na postawę taktyczną innych ugrupowań narodowych” (3) – pisał.

W 1938 r. Tadeusz Gluziński opisał program i koncepcje polityczne narodowych radykałów oraz opracował statut Stronnictwa Narodowo-Radykalnego – projektowanej legalnej organizacji narodowo-radykalnej, która niestety w wyniku usilnych starań sanacji nigdy nie powstała (6). Plany pracy dla Polski w ramach oficjalnego ugrupowania zostały więc odłożone na czas późniejszy.

Gluziński był nie tylko organizatorem i ideologiem. Dla narodowo-radykalnej młodzieży był także moralnym i intelektualnym autorytetem. Jego przyjaciółka Maria Rutkowska-Kurycuszowa odnotowała w swoich wspomnieniach:

– “Bardzo lubiłam odwiedzać jego dom. W niewielkim mieszkaniu, pełnym antycznych bibelotów, wspaniale gwarzyło się przy czarnej kawie i pysznym torcie. […] Był małego wzrostu. Siwa, gęsta czupryna wznosiła mu się nad czołem jak srebrny czub, szare oczy głęboko osadzone obdarzały nas spojrzeniami […] tak skoncentrowanymi, że odnosiło się wrażenie ulegania niemal hipnozie. Było to oczywiste złudzenie. Doktor nie zamierzał nikomu narzucać par force swoich myśli. Jedynie w nim samym, gdy podejmował jakiś temat, dokonywał się proces koncentracji. Cały był pochłonięty myślą, której się w danej chwili oddawał. […] Był idealistą, tworząc takie pojęcie jak <<idealizm polityczny>>. Nie wierzył, aby można było osiągnąć dobro i szczęście kraju rękami ludzi, którzy do władzy dochodziliby dla osobistych korzyści. Nosił w swych myślach wizję Polski, którą kierować będzie <<zakon>> ludzi szlachetnych. Kiedy mi było trzeba pewności, co jest a co nie jest etyczne, szłam na rozmowę do Gluzińskiego.” (7)

Po upadku Polski we wrześniu 1939 roku nowy polski rząd i prezydent przenieśli się na emigrację do formalnie sojuszniczej Francji. Tadeusz Gluziński musiał nawiązać z nowymi, już nie sanacyjnymi. władzami osobisty kontakt jako przedstawiciel ONR i wybadać możliwości obustronnej współpracy. W tym celu należało przedostać się do Francji. Jego towarzyszem w tej niebezpiecznej podróży został Jerzy Kurcyusz – jeden z przywódców ONR, usunięty swego czasu z organizacji z powodu skandalu obyczajowego, którego był bohaterem (8). W podroż do Francji wyruszyli z Warszawy w grudniu 1939 r. Maria Rutkowska-Kurcyuszowa:

– “Chwila odjazdu nastąpiła w drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia. Pożegnanie moje z Jerzym [ Kurcyuszem ] odbyło się na peronie Warszawy Zachodniej. Tadeusza Gluzińskiego odprowadzała jego żona Janka. Mróz szczypał w twarz, a łzy zwisały jak szron na czarnych rzęsach Janki. Po peronie kręciło się wielu ludzi. Z plecakami, z walizkami w rękach. Jerzy i Tadeusz także mieli walizki i starali się udawać spokojnych podróżnych. Było nam wszystkim ogromnie trudno spokojnie przebrnąć przez te chwile rozstania. […] Nadjechał pociąg. Nie sposób było mówić o czymkolwiek. Przyszła chwila pożegnania. Zostałyśmy na peronie we dwie z Janką.” (7)

Trasa wyprawy do Francji prowadzić miała przez Słowację i Węgry. Najpierw jednak należało dotrzeć do Zakopanego i zdobyć przewodnika, który bezpiecznie przeprowadziłby narodowo-radykalnych konspiratorów przez polsko-słowacką granicę. Gluziński i Kurcyusz dotarli do stolicy Tatr pociągiem, jadąc przez Radom i Kielce, po czym rozpoczęli poszukiwania przewodnika. Mijały dni. Tymczasem niespodziewanie gestapo aresztowało wszystkich mieszkańców hotelu, w jakim zatrzymali się ONR-owcy, w tym naszych bohaterów. Przez 2 tygodnie więziono ich i przesłuchiwano w piwnicach willi Palace – siedziby zakopiańskiego gestapo. Przygotowani na ewentualność zatrzymania ONR-owcy konsekwentnie przedstawiali Niemcom przygotowaną uprzednio w szczegółach, bardzo wiarygodną opowieść na temat biznesowego charakteru ich przyjazdu do Zakopanego. Po takich zeznaniach Niemcy wypuścili ich z więzienia z nakazem niezwłocznego zameldowania się w warszawskim gestapo. Tej samej nocy w towarzystwie górskiego przewodnika konspiratorzy wyruszyli pieszo przez Tatry ku Słowacji. 50-letniemu Gluzińskiemu chodzenie po górach nie sprawiało problemów – prawie do wybuchu wojny był aktywnym turystą górskim, członkiem jednego z towarzystw taternistycznych. Podczas marszu przez Tatry doszło jednak do wypadku: gdy schodząc z gór przekraczano zamarznięty potok, załamał się lód i dr Gluziński wpadł do wody. Na suszenie ubrań nie było czasu i przy 20-stopniowym mrozie odmroził sobie nogę i dostał wysokiej gorączki. Dalsza część wyprawy przez Słowację – opisana przez Ryszarda Terleckiego na podstawie relacji Jerzego Kurcyusza – wyglądała następująco: – “Przez Kiry i Orawę dotarli do małej wioski w pobliżu Rużomberku, gdzie na przeszło tydzień zatrzymała ich choroba Gluzińskiego. Sprowadzony lekarz nie umiał nic poradzić, więc wyruszyli dalej, naprzód pociągiem w pobliże granicy węgierskiej, później znów piechotą. Kurcyusz szedł pierwszy, torując drogę w głębokim śniegu, a następnie wracał po towarzysza podroży, prowadząc go po wydeptanych śladach”(8). Do granicy węgierskiej dotarli w ostatnich dniach stycznia 1940. W Budapeszcie natychmiast umieszczono Gluzińskiego w klinice, gdzie amputowano mu stopę a następnie całą nogę. Podczas gdy lekarze walczyli o jego życie, ten wraz ze swoim towarzyszem przygotowali pismo do premiera rządu RP na uchodźstwie gen. Władysława Sikorskiego, informujące o ich tajnej misji, uzupełnione raportem o sytuacji w Polsce. Pomimo operacji Tadeusz Gluziński zmarł na gangrenę kilka dni później.

-“Na daleki budapesztański cmentarz Ujkesemete odprowadzała go z kliniki na Baros utca niewielka grupa Polaków, przyjaciół, znajomych oraz tych, którzy słyszeli o nim jako publicyście, działaczu politycznym i pisarzu, autorze głośnej przed wojną książki pt. Zmierzch Izraela” (8) – wspominał tę smutną chwilę Jerzy Kurycusz.

Śmierć Gluzińskiego nie oznaczała końca jego misji. Ani dla Kurcyusza, ani dla przywódców ONR w Warszawie. Do polskiego poselstwa w Budapeszcie przyszła wkrótce odpowiedź od gen. W. Sikorskiego i jeszcze w lutym 1940 r. poprzez Jugosławię i Włochy Jerzego Kuryusza przerzucono do Paryża. Przedstawicielem ONR przy polskim rządzie jednak nie został, gdyż rolę tę przywódcy organizacji powierzyli w międzyczasie swojemu nowemu wysłannikowi Mieczysławowi Harusewiczowi. Towarzysz ostatniej podróży Tadeusza Gluzińskiego został natomiast skierowany przez premiera do pracy w tajnych placówkach rządu polskiego w Rzymie, Atenach i Stambule, odpowiedzialnych za łączności z krajem. W okupowanej Posce pozostała najbliższa rodzina ONR-owskiego ideologa, w tym jego młodszy brat Kazimierz Gluziński – jedna z czołowych postaci ONR w okresie okupacji, przewodniczący Rady Politycznej Narodowych Sił Zbrojnych.

IDEALIZM STOSOWANY

Wielką pasją darzył historię. Jest niemalże charakterystycznym dla stylu pisarskiego Gluzińskiego, że przed poruszeniem jakiegokolwiek tematu politycznego musiał go poprzedzić opisem tła historycznego, ujawniając przy tym swoją doskonałą znajomość zagadnień historiozoficznych.

Jedną z pierwszych prac Tadeusza Gluzińskiego była broszura pt. „Cele i drogi propagandy wywrotowej” wydana w 1927 roku. Zawarł w niej „młodoendeką wersję dziejów cywilizacji europejskiej” (9), jak to ujął prof. Bogumił Grott. Gluziński zwracał w niej uwagę na niepokojący kierunek rozwoju cywilizacji łacińskiej, alarmując o zatruwaniu jej przez wolnomularski laicyzm i stopniowym kurczeniu się – w porównaniu z wiekami średnimi – wpływów katolicyzmu.

W roku 1932 ukazała się książka „Zmierzch Izraela”, jego doskonała praca poświęcona w całości dziejom światowego żydostwa. Swoje autorstwo, z obawy przed ewentualnymi represjami, ukrył pod pseudonimem Henryk Rolicki. Mimo tego cały nakład rozszedł się w szybkim tempie. Książka – chociaż okrzyknięta kontrowersyjną – odniosła wielki sukces, wywołując polemikę w prasie. Doczekała się wznowień, z czego wydanie trzecie zostało w całości wykupione przez jedną z organizacji żydowskich w obawie przed „narastającym antysemityzmem”.

Kwestia żydowska poruszana była przez Gluzińskiego głównie w aspekcie religijno-filozoficznym, bez antropologiczno-rasistowskiego kontekstu. Tytuł książki „Zmierzch Izraela” nie był zresztą zbieżny z jej treścią. Mieli mu to za złe ci, którzy poszukiwali w niej recepty na rozwiązanie sprawy żydowskiej, a wraz z nią wszystkich problemów gnębiących przedwojenną Polskę.

W roku 1935 ukazało się „Odrodzenie idealizmu politycznego” – sztandarowa praca Tadeusza Gluzińskiego, stawiana na równi z najważniejszymi pracami Dmowskiego i Doboszyńskiego. Co stanowiło o jej fenomenie? Gluziński próbował rozpatrywać historię jako płaszczyznę starcia katolicyzmu i formacji katolicko-narodowej z prądami wrogimi nauce Kościoła. Posłużył się tu pojęciem „przewrotu umysłowego”, który dokładnie opisał i scharakteryzował, pisząc: „Przed dziesiątkami lat odebrano narodom chrześcijańskim to, co stanowiło ich siłę: wiarę. Wiarę religijną, etykę chrześcijańską, idealizm. Proklamowano nowe bóstwo, które nazwano >bóstwem rozumu<… W XIX wieku rozum zajął miejsce Boga, a stworzona przezeń wiedza miała stać się wiarą przyszłości. Etykę chrześcijańską zastąpiło prawo, ideę – wymędrkowała doktryna. Odtąd człowieka miał doskonalić >postęp<…” (10). Tu właśnie Gluziński dopatrywał się źródeł laicyzacji i stopniowego upadku cywilizacji „chrześcijańsko-rzymskiej”, która przecież przed wiekami była tak prężna i ekspansywna, a jej narody radziły sobie ze wszystkimi problemami. Korzenie upadku tkwiły jego daniem w reformacji, która zeświecczyła życie publiczne i znacznie obniżyła autorytet Kościoła, a także dała początek wielu trendom umysłowym i prądom filozoficznym sprzecznym z nauką Kościoła katolickiego. Apogeum „przewrotu umysłowego” była „idea wolnomyślicielstwa” jaką bez przeszkód rozniosła rewolucja francuska.

„Odrodzenie idealizmu politycznego” nie zawiera recepty na rozwiązanie problemów powstałych wraz z „przewrotem umysłowym”, jedynie we wstępie autor proponował, aby wszelkie reformy zacząć od siebie. Scharakteryzował też radykalizm, który cechował Obóz Narodowo-Radykalny. Nie miał być on spontanicznym, upartym i bezmyślnym dążeniem do jakiegoś wytyczonego sobie celu, ale bezustanną, bezkompromisową i konsekwentną pracą dnia codziennego oraz walką ze złem i własnymi słabościami. „Dziś w Polsce panuje beznadziejność… Gdzie spojrzeć – bierność. Grzęźniemy w pesymizmie… Tego upadku duchowego, jaki przeżywamy nie da się wyjaśnić jakimś zbiegiem zdarzeń zewnętrznych, ani jakimś mechanicznym działaniem obcych, wrogich sił. Zło musi tkwić głębiej, musi tkwić w nas samych. Jeżeli nie dostrzegamy go dziś z należytą wyrazistością, jeżeli nie widzimy jasno wyjścia, to gdzieś musi być jakaś zasłona, która zakrywa nam oczy. Póki jej nie zedrzemy, będziemy błądzić bezradnie… Chcę wskazać na to, że uzdrowienia stosunków u nas nie można dokonać mechanicznie przez jakiś luźny akt wyzwolenia. Musimy zmienić radykalnie istotne podstawy życia politycznego, gospodarczego, kulturalnego, przebudować nasze mieszkanie tak, aby przestało być polskie tylko z nazwy” (10) – pisał.

Tadeusz Gluziński był także autorem wielu innych prac, m.in. „Szkoła jednolita i wychowanie państwowe” (Warszawa 1931) i „Sprawa ukraińska” (Warszawa 1937) oraz artykułów, pisanych to gazet ONR-ABC takich jak „Sztafeta” (wydawana w latach 1934-1937), miesięcznik „Nowy Ład” (1935-1939) czy dziennik „ABC”, którego redaktorem naczelnym był przez dwa miesiące w roku 1938.

Tomasz Wieczorek

Dawid Zadura

 

PŁONĄCE CIAŁA PŁONĄCE DUSZE

BIEDA DESPERACJA I ROZPACZ –  POLSKA 2013

fot, kurier lubelski-684x0

„Ten rząd traktuje ludzi jak śmieci”. Więcej samopodpaleń niż przez cały PRL
W trakcie rządów premiera Donalda Tuska doszło do co najmniej sześciu przypadków samopodpaleń, które miały być formą protestu przeciwko sytuacji w kraju. Mimo że historia każdej z tych pięciu osób jest inna, łączy je poczucie bezsilności i dramatyczne wołanie o pomoc, które pozostaje bez odpowiedzi

Środa. W Warszawie słoneczny poranek. Andrzej Filipiak przechadza się przed Kancelarią Prezesa Rady Ministrów Donalda Tuska, pod którą odbywa się protest związkowców. Zdaniem świadków i policji nic nie zapowiadało, że za chwilę dojdzie do dramatu. Filipiak siada na murku Ogrodu Botanicznego, polewa się łatwopalną substancją i podpala.

Na pomoc ruszają przechodnie i funkcjonariusze policji. Na miejscu pojawia się karetka, która przewozi poszkodowanego do szpitala przy ulicy Szaserów. Kilka dni później mężczyzna umrze. Lekarzom nie udało się go uratować.

20 czerwca 2013 przed budynkiem Przewozów Regionalnych w Krakowie protestowali kolejowi związkowcy. Jeden z konduktorów w desperackim akcie oblał się łatwopalną substancją i podpalił. Dramat wydarzył się ok. godz. 13. Jego powodem był protest przeciw zwolnieniom na kolei i polityce resortu transportu.

42-letni konduktor z ciężkimi oparzeniami dróg oddechowych został przewieziony do szpitala. Obecnie przebywa w śpiączce i walczy o życie.

Bieda przyczyną dramatu

– Chcemy się dowiedzieć, co jest przyczyną tak dramatycznego kroku. Mając informacje na temat problemów tej osoby, będziemy mogli w jakiś sposób pomóc – mówi „Gazecie Polskiej” Mariusz Mrozek, rzecznik Komendy Stołecznej Policji.

Odpowiedzi na pytanie, dlaczego Andrzej Filipiak zdecydował się na taki krok, udziela jego żona. – Mąż był załamany i zrozpaczony naszą sytuacją. Nie miał pracy, a MOPR odmawia nam większej pomocy, nie mamy z czego żyć – mówi „Faktowi” Wiesława Filipiak. – Mąż mówił, że wszystko, co złego dzieje się w naszej rodzinie, to wina polskiego rządu, który rządzi tak, że ludzie nie mają pracy i środków do życia – zaznacza.

Jak dowiedzieliśmy się w Miejskim Ośrodku Pomocy Rodzinie w Kielcach, rodzina pana Andrzeja Filipiaka żyła z zasiłku w wysokości 520 zł miesięcznie. Urzędnicy wiedzą, że za takie pieniądze nie da się żyć, ale mają związane ręce ustawą o pomocy społecznej, która narzuca wielkość świadczeń.

– Pomoc była udzielana zgodnie z przepisami – mówi nam Anna Gromska, wicedyrektor MOPR w Kielcach. Pracownicy socjalni nie mają wątpliwości, co należy zrobić, aby takie przypadki się nie zdarzały. – Ludziom należy zapewnić pracę. To najlepszy sposób, bo daje człowiekowi zajęcie i przywraca poczucie godności. Niestety, o pracę coraz trudniej, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach – mówi Gromska.

Protest przeciwko służbie zdrowia i układom

4 września 2010 r. na warszawskim pl. Piłsudskiego, w miejscu, gdzie stoi krzyż upamiętniający wizytę papieża Jana Pawła II, podpaliła się 72-letnia Barbara M. Mieszkająca w podwarszawskim Piastowie kobieta chciała w ten sposób zaprotestować przeciwko bezduszności polskiej służby zdrowia.

Jej zdaniem lekarze zniszczyli życie jej córce, która po doznanym wypadku była leczona psychiatrycznie. Barbara M. po podpaleniu nie chciała przyjąć pomocy lekarzy, była w stosunku do nich agresywna. Dopiero po kilku godzinach dała się namówić na podjęcie leczenia. Mimo przewiezienia do specjalistycznej kliniki leczącej oparzenia w Łęcznej kobieta zmarła.

Tragiczny finał miała również sprawa Antoniego P., przedsiębiorcy z Kielc, który spłonął we własnym samochodzie. Tam oprócz wątków kryminalnych i mafijnych wchodziła również w grę wersja samopodpalenia. „Źle się dzieje w tym naszym ukochanym kraju. Ostatnio tylko polityka i wybory. Jednym słowem wyścig szczurów (…). Nikogo nie obchodzi, że jest coraz większe bezrobocie, a naród nie ma z czego żyć” – pisał kilka dni przed śmiercią na portalu Facebook Antoni P., którego biznes znalazł się w poważnych tarapatach.

Według świadków Antoni P. popadł w konflikt z lokalnymi politykami, co odbiło się na jego interesach. „Nie mam sposobu na wyjście z sytuacji, w jakiej się znalazłem (…)” – napisał cztery dni przed śmiercią Antoni P.

Przeciwko układom zaprotestował również, podpalając się, Andrzej „Żurom” Żuromski. Prześladowany przez sądy raper postanowił podpalić się w studiu Polsatu. – Zrobiłem to, żeby zwrócić uwagę na problem pomówień. Wszystko wcześniej przygotowałem – mówił, tłumacząc formę protestu. Od kilku lat raper walczy w sądach z pomówieniami dotyczącymi jego osoby.

Żydek: ten kraj traktuje ludzi jak śmieci

Najgłośniejszy przypadek samopodpalenia wydarzył się 23 września 2011 r. Andrzej Żydek postanowił podpalić się, by zwrócić uwagę na nieprawidłowości, do których dochodziło w Urzędzie Skarbowym Warszawa-Praga. Były policjant wykrył błędy i postanowił zgłosić je do odpowiednich organów ścigania, które jednak nie podjęły sprawy.

Jedynym efektem uczciwości urzędnika było wyrzucenie go z pracy. Po samopodpaleniu premier Donald Tusk obiecał, że wyjaśni sprawę. – Wszystkie moje zarzuty się potwierdziły, jednak nikt nie poniósł odpowiedzialności. Mój protest nic nie dał. Żyję tak jak żyłem. Nadal spłacam stare długi – mówi „Gazecie Polskiej” Andrzej Żydek i zgadza się, że samopodpalenie to wynik bezsilności.

– Takich przypadków może być więcej. Ludzie mają dość. Nie mają zaufania do struktur państwa i rządu, który traktuje ich jak śmieci – mówi nam Andrzej Żydek. Do końca miał nadzieję, że Andrzej Filipiak dzięki pomocy lekarzy wróci do zdrowia. Niestety.

To, że w kraju dzieje się coraz gorzej, widzą psychiatrzy i psycholodzy. Gabinety terapeutyczne i lekarskie pękają w szwach. – Zwiększa się bezrobocie i widać wyraźnie, że ma to wpływ na zwiększającą się liczbę osób, które popadają w depresję z powodu braku pracy. Pogarsza się też zdrowie posiadających pracę, którzy aby utrzymać się na rynku, harują ponad siły – mówi nam pragnący zachować anonimowość psychiatra.

Pogłębiającą się biedę widać w statystykach Głównego Urzędu Statystycznego, według których 7 proc. mieszkańców Polski żyje w ubóstwie. Zatrważająco rośnie również liczba samobójstw. Według danych policji tylko w trzech pierwszych kwartałach zeszłego roku odnotowano 4184 zamachy samobójcze (ponad 3000 skończyło się zgonem), podczas gdy w całym 2011 było ich 3839.

http://niezalezna.pl/42702-ten-rzad-traktuje-ludzi-jak-smieci-wiecej-samopodpalen-niz-przez-caly-prl

PRAWDA O LEWACKICH BANDZIORACH

LEWUSY CIESZĄ SIĘ WZGLĘDAMI PROKURATURY I SĄDOWNICTWA ALE TO NIC DZIWNEGO SKORO WIĘSZKOŚĆ SĘDZIÓW MA RODOWÓD PRL.

 

Prokuratura umorzyła śledztwo

Dodane przez: Redakcja Fronda.pl

Jak dowiedział się portal Fronda.pl, Prokuratura Rejonowa w Sochaczewie umorzyła śledztwo ws. pobicia osób jadących 11 listopada 2010 r. pociągiem na warszawski Marsz Niepodległości. Nie podano uzasadnienia tej decyzji.

W ubiegłoroczne Narodowe Święto Niepodległości grupa zamaskowanych napastników wtargnęła do pociągu na trasie Bydgoszcz – Warszawa i zaatakowała gazem pieprzowym, pałkami teleskopowymi, młotkami i innymi niebeszpiecznymi narzędziami osoby, jadące na Marsz Niepodległośći. Media o całej sprawie informowały dość oszczędnie, nie wspominając o tym, że napastnicy są aktywistami „Antify”, a zaatakowane osoby wywodzą się z różnych środowisk (w relacjach figurowały jako „ONR-owcy”). Jedynie portale Fronda.pl, Niezalezna.pl, Interia.pl (piórem Rafała Ziemkiewicza) i inne prawicowe gazety oraz portale rzetelnie poinformowały o wydarzeniu. Sprawie był również poświęcony odcinek programu „Warto Rozmawiać”, emitowanego wówczas w TVP1.

Prokuratura umorzyła śledztwo, mimo, że napastnicy pozostawili „ślady” w internecie, chwaląc się swoim „wyczynem”. Jak wiadomo, dzięki wpisowi na forum można zabezpieczyć numer IP użytkownika i ustalić jego adres.

Poniżej zamieszczamy link do zrzutu ekranu z forum stowarzyszenia Młodzi Socjaliści (www.mlodzisocjalisci.pl):

http://www.fronda.pl/obrazy/71889.png

Drugie dno sprawy „Starucha”. Wynik śledztwa portalu Fronda.pl

Zatrzymanie „Starucha”, które wzbudziło szereg pytań dotyczących działań policji, okazuje się dużo bardziej złożoną sprawą, niż mogłoby się wydawać. Jak udało się ustalić portalowi Fronda.pl, „Koziołek”, były (?) kibic Polonii, który złożył doniesienie na Piotr S., może mieć związek z głośną sprawą pobicia pasażerów  pociągu relacji Bydgoszcz – Białystok, jadących do Warszawy  na Marsz Niepodległości 11 listopada 2010 r., którego byłem świadkiem – pisze Aleksander Majewski.

Trzy miesiące temu poinformowałem, że dochodzenie w sprawie wspomnianego pobicia zostało umorzone i to bez podania jakiegokolwiek uzasadnienia, mimo, że jeden z napastników, pozostawił ślad na internetowym forum, gdzie pochwalił się swoim „wyczynem” [załącznik nr 1 – rzyp. red.]. Gdy ujawniłem zabezpieczony wpis na portalu Fronda.pl, konto użytkownika, aktywisty „Antify” zostało natychmiast usunięte.

Sprawa jednak na tym się nie zakończyła. Jeden z poszkodowanych wniósł zażalenie. I trudno się dziwić, bo organy ścigania od początku wykazywały się niezwykłą wręcz niefrasobliwością, czy nawet złą wolą. Poszkodowani zostali potraktowani jak podejrzani (choć uczciwie trzeba przyznać, że nie przez wszystkich funkcjonariuszy!), czego dowodem może być fakt przyjścia z góry „prikazu”, aby dokonać ich przeszukania.

Działacz „Antify”, który nie zachował, charakterystycznej dla tego środowiska konspiry, wygadał się na forum i właśnie dzięki temu wezwano go na komendę. Oczywiście nie został zatrzymany, mimo, że z zamiłowaniem opisywał w Internecie jak bohaterscy „antyfaszyści” wkroczyli ze „sprzętem” na spokojnych pasażerów. Jedyne o co pokusili się stróże prawa, to zasięgnięcie opinii biegłego w  sprawie porównania wymazu z jamy ustnej „domniemanego sprawcy” ze śladami biologicznymi na pozostawionych na miejscu zdarzenia: kasku (napastnicy mieli je na głowach w czasie napadu) i kluczu francuskim. Sprawców zdarzenia było ok. 10, o czym świadczy chociażby postanowienie o dopuszczeniu dowodu z opinii biegłego, więc trudno oczekiwać, że wszyscy pozostawili na zaledwie dwóch przedmiotach swoje ślady!

Przesłuchiwany, który na forum stowarzyszenia Młodzi Socjaliści, posługiwał się nickiem „Warszawiak” (nazwisko do wiadomości Autora – przyp. red.) w dniu zdarzenia wielokrotnie kontaktował się telefonicznie ze swoim kolegą, posługującym się ksywą… „Kozioł”/”Koziołek”. „Domniemany sprawca” nie ujawnił tożsamości swojego kompana, stwierdził jednak, że  znają się z „kibicowania Polonii Warszawa” i właśnie o tych tematach głównie ze sobą rozmawiali. Jednak dziwnym trafem Jakub S. „nie pamiętał” o czym rozmawiali akurat tego dnia, pomimo wielokrotności połączeń w krótkich odstępach czasu! „Domniemany sprawca” już następnego dnia pod wpływem natłoku wrażeń, podzielił się swoją „przygodą” na forum politycznym (nie związanym ściśle, ani z „Antifą”, ani Polonią Warszawa). Dlatego można przypuszczać, że był to dla niego wyjątkowy dzień. Czy w takim razie, mógł nie pamiętać, czego dotyczyły jego częste rozmowy z jedną osobą tego samego dnia? Czy policja dała wiarę jego zeznaniom? Jakub S. utrzymywał ponadto, że o sprawie dowiedział się, podsłuchując rozmowę nieznajomych osób w barze. Trudno wyobrazić sobie, że przysłuchując się konwersacji przy oddzielnym stoliku, dowiedział się tak wielu szczegółów, które już o wczesnej porze następnego dnia ujawnił w internetowej dyskusji i o których mógł wiedzieć tylko uczestnik zajścia (ponadto Jakub S. na forum wypowiadał się w pierwszej osobie liczby mnogiej)!

A co z „Kozłem”/”Koziołkiem”? Jakub S. utrzymywał, że zna go tylko i wyłącznie z ksywki, ale trudno sobie wyobrazić, że dwaj kumple, którzy są w stałym kontakcie, znają się tylko z pseudonimów, zwłaszcza, że mają „wklepane” swoje numery w komórkach. Jak widać, policja uznała enigmatyczne odpowiedzi „domniemanego sprawcy” za wystarczające. I co, najciekawsze nie pokusiła się o ustalenie tożsamości kolegi Jakuba S.  – „Kozła”/„Koziołka” i właśnie to wzbudziło największe zaskoczenie wśród poszkodowanych.  Jeden z nich wniósł zażalenie w którym wskazał, że treść zeznań Jakuba S. pokazuje silną niechęć ujawnienia policji tożsamości „Kozła” i może świadczyć o wysokim prawdopodobieństwie, że „Kozioł” może być zamieszany w przestępstwo, które było przedmiotem postępowania. Policja nie ustaliła jego tożsamości, mimo, że mogła rozpytać osoby dysponujące numerami telefonów, z którymi kontaktował się „Kozioł”, a których dane figurowały w aktach sprawy. –  Policja mogła to zrobić chociażby w toku czynności operacyjno-rozpoznawczych i bez formalnego przesłuchania tych osób. Przesłuchanie „Kozła” oraz zebranie w drodze operacyjnej informacji na jego temat z pewnością dostarczyłoby cennego materiału dla postępowania – mówi mój informator. Poszkodowany wskazał również na zasadność skonfrontowania zeznań „Kozła” z tym, co na temat łączącej ich znajomości oświadczał Jakub S.

Sąd zatwierdził jednak postanowienie o umorzeniu dochodzenia. – Najbardziej zastanawiające jest, kim jest ten „Kozioł”. Przecież policja miała billingi rozmów, a mimo to nadal nie wiemy kim on jest. Jak dla mnie, coś się kręci przy tej sprawie, a ów „Kozioł” musi mieć w niej udział. Po co tak często kontaktował się z Jakubem S. w dniu napadu? – mówi portalowi Fronda.pl jeden z poszkodowanych.

O komentarz poprosiłem również wieloletniego pracownika operacyjnego Komendy Stołecznej.  – W tym przypadku ewidentnie olano temat. Nie ma najmniejszej wątpliwości, że na podstawie wpisu na forum – numeru IP, rozpytania, rejestru połączeń można ustalić tożsamość takiego delikwenta – mówi Dariusz Loranty, nadkomisarz w stanie spoczynku.

Niebawem wybuchła burza wokół aresztowania lidera kibiców Legii Warszawa – Piotr S., ps. „Staruch”. Postawiono mu zarzut rozboju, przez co kibic może spędzić za kratkami nawet 12 lat więzienia. Zarzutem zaskoczony był m.in. senator Zbigniew Romaszewski z komisji praw człowieka, który powiedział dla portalu Niezależna.pl: „Dziwi zastosowanie tego paragrafu. Trudno wyobrazić sobie, by ktoś organizował rozbój, a więc przestępstwo mające na celu uzyskanie korzyści materialnej, w publicznej przychodni lekarskiej”. W istocie doszło bowiem do bójki między Staruchem a kibicem Polonii, którzy spotkali się  w przychodni lekarskiej. Zastanawia jednak fakt, dlaczego nie postawiono Legioniście zarzutu udziału w bójce za który mógłby spędzić maksymalnie 3 lata w więzieniu. Jak udało mi się ustalić, również „druga strona barykady” nie uważa czynu „Starucha” za rozbój, ale zwykłą bójkę o kibicowskie fanty. „Nie trawię cweluchów i stadionowego prawictwa ale mi zalatuje prowokacją … Idą wybory zamkniemy medialną postać jaką jest Staruch, zwalczamy chuliganów a słupki PO rosną..” – pisze na zamkniętym forum kibic związany za środowiskiem lewicowym, który bynajmniej nie pała sympatią do Legii Warszawa.

Co najciekawsze, doniesienie na „Starucha” złożył nie kto inny, a  – do niedawna – zaangażowany kibic warszawskiej Polonii… „Koziołek”!. Dziwi fakt, że na podstawie tylko jego zeznań, policja mobilizuje do aresztowania jednego człowieka w czasie uroczystości patriotycznej, spore siły. Czyżby „Kozioł”/„Koziołek” cieszył się specjalnymi względami u stróżów prawa? Po zatrzymaniu Piotra S. w środowisku kibiców rozpoczęły się spekulacje na temat tego, czy „Kozioł” może być policyjnym informatorem. W świetle sprawy sochaczewskiej i niechęci funkcjonariuszy do ustalenia tożsamości „Kozła” i jego przesłuchania, domysły kibiców wydają się uzasadnione. Tym bardziej, że „Koziołek” nie sprawiał wrażenia ofiary, na jaką wykreowały go obecnie media. Na forach internetowych, do dziś można przeczytać jego agresywne wypowiedzi [załącznik nr 2 i 3 – przyp. red.], w których nawołuje do przemocy (stek przekleństw na przeciwną drużynę nagrał również na swojej poczcie głosowej w telefonie) czy… wyśmiewa kibiców Legii za „konfidenctwo” [załącznik nr 4 – przyp. red.].

Doprawdy, „Los potrafi pisać niezwykłe scenariusze”, jak skomentował sprawę jeden z kibiców Czarnych Koszul.

Aleksander Majewski

http://www.fronda.pl/news/czytaj/tytul/drugie_dno_sprawy_starucha._wynik_sledztwa_frondy.pl_14781

fot, kurier lubelski-684x0

Jawor wieża zamkowa – widoki

SZAŁU NIE MA ALE MOŻE BYĆ !

Przy odrobinie inwencji jak choćby możliwość otwierania okien , sklepu z pamiątkami , broszurami informacyjnymi czy historycznymi, warto też pomyśleć o gromadzeniu wspomnień ludzi którzy pamiętają ubecka katownię lub sami byli w niej więzieni czy to w formie wideo, broszur czy etatowego pracownika który posiada takową wiedzę. Przydała by się też mini kafejka z kawą, herbatą i zwykłą mineralną.

Wieża dostępna jest dla mieszkańców Jawora jak i dla turystów w dniach środa – niedziela w następujących godzinach: środa – piątek 10.00 – 17.00 (przerwa 12.00 – 14.00); sobota – niedziela 11.00 – 17.00 (bez przerwy). Wstęp bezpłatny.Przypomnijmy ze na tym zamku nie tylko Niemcy mieli swoje więzienie , ale była to także  ubecka katownia w której mordowano ludzi – Polaków tak zwanych wrogów władzy ludowej. Dzisiaj o tym fakcie nie informuje żadna pamiątkowa tablica, ale widocznie nie są tego warci wszak wielu to było według komunistów bandytami i reakcjonistami z NSZ lub AK.

WIEŻA 008ZAMEK 009 ZAMEK 005 ZAMEK 031 WIEŻA 020 WIEŻA 008 WIEŻA 004 WIEŻA 017 WIEŻA 003 WIEŻA 013 ratusz ! (17) ratusz ! (15) MUCHOŁAPKA ! (39) WIEŻA 011 WIEŻA 023 WIEŻA 022 WIEŻA 024 Kopia WIEŻA 027 WIEŻA 040 WIEŻA 047 WIEŻA 045 WIEŻA 049 WIEŻA 046 WIEŻA 043

Spóźnieni bohaterowie I. Po wojnie Polska – rok 1946

Jawor – rok 1946 W tym czasie w Jaworze również wiele się działo. Z początkiem stycznia do wojewody wrocławskiego dotarło pismo. Jan Kasprzycki, wiceprzewodniczący Komitetu Powiatowego PPS w Jaworze oraz inne osoby z tej partii „podjęły przeciwko staroście szeroką akcję – kampanię kłamstw i oszczerstw, za pomocą których dążono do zdyskredytowania go jako działacza politycznego i pełnomocnika Rządu” (fragment „Charakterystyki Nr 60”¹ z dokumentów wrocławskiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej). „… tego typu „działacze” złożyli do ówczesnego wojewody wrocławskiego pismo, w którym podawali jakoby Bystry zajmował się wyłącznie „szabrem” i innymi nadużyciami” (fragment „W służbie Ludu i Ojczyzny”²– Biuletyn Wrocławskiego Okręgu ZBOWiD, autor: Kazimierz Kowalik). Pismo Kasprzyckiego i zawarte w nim zarzuty nie zachowały się. Wiadomo natomiast, że wojewoda zawiesił starostę w czynnościach służbowych z dniem 1 Page 2 marca 1946 roku. Skierował też do Jawora komisję, która „ jednakże po dokładnym zbadaniu sprawy i stwierdzeniu fałszu w skierowanym piśmie z dniem 1 kwietnia 1946r. wojewoda uchylił poprzednią decyzję i powierzył ponownie Bystremu pełnienie obowiązków starosty. To zdecydowało o śmierci Bystrego, bowiem kilka warchołów zaślepionych nienawiścią do pepeerowców w ogóle a do Bystrego w szczególności za prawość jego charakteru, postanowiła go zamordować” (fragment „W służbie Ludu i Ojczyzny”). Donosy Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa Państwowego żywo interesował się tym, co się dzieje w lokalnych strukturach PPS. Świadczą o tym donosy zachowane w archiwach wrocławskiego IPN-u: • 19 kwietnia 1946: – Niniejszym donoszę, że Jan Kasprzycki w restauracji Pionierów rozszerzał propagandę, iż na zjeździe w Szczecinie podczas defilady, miały miejsce wystąpienia antyrządowe, a przeciw Prezydentowi Bierutowi publiczność wzniosła okrzyki. Na skutek tego przedstawiciele Rządu opuścili trybunę. Podczas tej rozmowy obecni byli: Kempa Edward i Cuper Stanisław. St. Ref. PUBP w Jaworze • 16 maja 1946: – Niniejszym donoszę, iż 15.V. godz.. 16-tej w Sali PPS odbyło się zebranie aktywistów PPS. Dzisiaj zapytany o sprawy poruszane na zebraniu Ob. Pająk oświadczył mi w obecności Ob. Doroska i Kurdka, co następuje: Zebrało się ok. 30 osób. Zebranie trwało do godz. 20-tej. Zebranie to nie było protokołowane. Dyskutowano na temat kompetencji poszczególnych urzędów i władz, na co zabrał głos Ob. Papiewski, który oświadczył, że w naszym powiecie mamy jednego dyktatora, wobec czego zasięg kompetencji urzędów jest dość mały. W dyskusji późniejszej zabrał głos p. Waranka, który powiedział, że znajdujemy się w Polsce Demokratycznej, jednak nie ma wolności słowa, ponieważ gdy ktoś za dużo mówi u nas, to zostaje zamknięty. Ob. Kasprzycki Jan zdał sprawozdanie ze swego pobytu u wojewody, który ma zamiar przybyć do Jawora w dniu 25.V.46. Polecił on bronić Woszyńskiego. St. Referent PUBP w Jaworze • 24 maja1946: – Niniejszym donoszę, że Ob. Kasprzycki Jan, insp. PUR, był przed wojną członkiem endeckiego towarzystwa „Sokół”. St. Ref. PUBP w Jaworze. • 24 maja 1946: – Dzień 18.IV.46r. w restauracji Pionierów Jan Kasprzycki wyrażał się, że gdyby ludzie wiedzieli, że PPS jest nastawiona przeciw dzisiejszej demokracji, wtedy masowo zapisywaliby się do tej Partii. Następnie wyraził się ordynarnym słowem Demokracji. Poza tym wyrażał się przychylnie o NSZ, mówiąc że Rząd źle robi, że ich ściga. Świadkiem słów powyższych był Ob. Kempa Edward… (z dokumentów wrocławskiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej³) II. Spisek Śmierć starosty Page 3 W tej atmosferze i w tym czasie, dziś już historycznym, w Jaworze dochodzi do tragicznych zdarzeń. Starosta jaworski Adam Bystry-Bykowski zostaje zastrzelony niemal na progu swojego domu przy dzisiejszej Alei Dębowej 11. Rzecz się działa 31 maja 1946 roku. – O godzinie 10.30 (wieczorem – WP) usłyszałam warkot samochodu i wtedy koleżanka Popielska Helena zbiegła na dół i zaczęła otwierać drzwi. Wtem usłyszała strzał i wbiegła z powrotem na piętro do mnie i kiedy doszła do okna, krzyknęła, że starosta został zabity. Wtedy ja wybiegłam na dół i prędko pobiegłam do furtki. W tym czasie Helena poszła do telefonu, a ja podbiegłam do starosty. Podniosłam go, ponieważ leżał twarzą do ziemi i zauważyłam, że jeszcze daje oznaki życia. I po trzykrotnym jęku zmarł na mojej ręce… – zeznawała w śledztwie Józefa Hajdo. To nie była przypadkowa śmierć. – Po przyjściu przed dom starosty ukryłem się w żywopłocie – zeznawał na rozprawie Jan Kruk. – Wtedy nadjechał starosta, wysiadł będąc zwrócony do mnie plecami, oddałem trzy strzały w kierunku starosty. Miałem wówczas pistolet 15-strzałowy „belgijski”. Po oddaniu trzech strzałów widząc leżącego starostę, oddałem jeszcze trzy następne, dobijając go. Śledczy znaleźli jednak nie sześć, ale osiem łusek po nabojach. Dwa z nich trafiły w auto rozbijając przednią szybę. Jak tylko padły pierwsze strzały z samochodu wybiegł kierowca starosty, Niemiec Georg Heinzelman. W ciemnościach jednak nic nie widział. 4. czerwca 1946 roku na łamach „Trybuny Dolnośląskiej” ukazał się nekrolog: „Z powodu tragicznej śmierci ojca naszej koleżanki Bystry-Bykowskiego zamordowanego przez bandytów NSZ (Narodowe Siły Zbrojne – WP) składają serdeczne kondolencje koledzy i koleżanki z Akademickiego Związki Walki młodych Życie”. W tym samym czasie dolnośląskie gazety codzienne donosiły: „Szczerbiec Chrobrego wróci do kraju” („Pionier”, 31 maja 1946), „Znaczna część ludowców głosowała jawnie 3xTAK”. Na Dolnym Śląsku głosowało ponad 90% uprawnionych” („Trybuna Dolnośląska”, 2.07.1946). Śledztwo, areszt Sprawą zabójstwa interesował się niemal cały Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego w Jaworze. Śledztwu przewodził wówczas ok. 40- letni sierżant UB (w innych dokumentach zwany też oficerem śledczym) Kazimierz Kowalik. To on przesłuchiwał, sporządzał postanowienia o wszczęciu śledztwa, akty oskarżenia, wreszcie ścigał tych, którzy uciekli. Pierwszy do aresztu trafił Jan Kasprzycki. Jeszcze tej samej nocy, której zginął starosta. To jego podpis widniał jako pierwszy pod skargą do wojewody wrocławskiego na starostę Bystry-Bykowskiego. – Był to około 40 letni mężczyzna, inteligentny i przebiegły, w młodości należał do „Sokoła” – pisze o nim Kowalik (Biuletyn Archiwalny Wrocławskiego Okręgu ZBOWiD). – Całą więc uwagę i wysiłek w ciągu 6-ciu dni od chwili Page 4 zabójstwa Bystrego poświęciłem wyłącznie jemu, gdyż z innymi oficerami śledczymi w ogóle nie chciał mówić, a przy tym wyczuwałem intuicyjnie, że tylko on może rzucić jakieś światło na tę sprawę. W czasie sześciodniowych rozmów z nim zdołałem sobie zdobyć jego zaufanie przez fakt wspólnej działalności przed 1939r. oraz jednakowego wieku. Ponadto przyrzekłem mu, że jeśli będzie szczery dla mnie i pomoże mi rozwiązać tą sprawę, postaram się o przedstawienie danych mogących wpłynąć na łagodny wymiar kary. Zresztą słowa dotrzymałem, gdyż otrzymał karę 5 lat więzienia a na podstawie amnestii z lutego 1947 r. po kilku miesiącach został z więzienia zwolniony. Szóstego dnia, po dłuższej rozmowie z nim, w pewnej chwili zerwał się z krzesła z jakąś determinacją i zaczął chodzić po pokoju, nie przeszkadzałem mu w tym spacerze, bo wiedziałem, że prowadzi wewnętrzną walkę i że za chwilę padną decydujące słowa i mimo, że sam byłem niesłychanie podniecony, to jednak opanowałem się i udawałem konieczny spokój, przeglądając jakieś papierzyska tak jakbym wcale nie widział jego podniecenia. Spacer ten trwał może z pięć minut i w pewnej chwili K. (Kasprzycki – WP) stanąwszy przed biurkiem, machnąwszy ręką, głosem zdecydowanym odezwał się do mnie: „piszcie, będę zeznawał”, a kiedy spokojnie nie patrząc na niego wziąłem protokół, zeznał…” W ten sposób jeszcze tego samego dnia (6 czerwca 1946) do aresztu trafił Waranka. – Nie przyznał się podczas 9-cio godzinnego przesłuchania – relacjonuje dalej Kowalik. – Dopiero konfrontacje z K. (Kasprzyckim – WP) załamały go i po kilku godzinach wahania przyznał się i oświadczył, że Bystrego zastrzelił na jego polecenie Jan K. (Kruk – WP) zamieszkały w gromadzie Paszowice w odległości 3 km od Jawora. Aresztowany K. Jan zeznał zaraz po przywiezieniu do Jawora, że zastrzelił starostę na polecenie W., który dał mu 12-strzałowy pistolet kal. 9 mm i 2.000 zł, przy czym W. obiecał mu po zastrzeleniu starosty dopłacić jeszcze kilka tysięcy złotych. Odwet UB Śledztwo zakończyło się 29 lipca. Trwało więc blisko dwa miesiące. Już po tygodniu pod kluczem znalazło się sześciu oskarżonych, 8. lipca dołączył do nich siódmy (Ryszard Sakowski). Szantaż (o którym wspomina sam Kowalik) to nie jedyna metoda śledczych. W oficjalnych protokołach, nawet w tych możliwych do odczytania, nie ma jednak mowy ani o szantażu, ani o zastraszaniu, ani o czynieniu fałszywej nadziei. Nie ma mowy o tym w relacjach sądowych. Nie ma też mowy o upokorzeniach, o biciu, torturach… – Mąż miał wybite zęby – o swoim mężu mówi Irena Waranka. – Widziałam to podczas rozprawy. Ale nie dopuszczono jej na całą rozprawę. Mogła uczestniczyć jedynie w odczytywaniu wyroku. Page 5 Beata (synowa Ireny i Czesława, żona Jerzego) Waranka dodaje: „W trakcie odczytywania wyroku miała (Irena – WP) problemy z rozpoznaniem swojego męża: wybite zęby, połamane dłonie, zerwane paznokcie, 31-letni mężczyzna kompletnie posiwiały”. Jej mąż, Jerzy (syn Czesława) dodaje, że „mama nie rozpoznała taty na rozprawie. Przeszła niemal obok niego. Odwróciła się dopiero, kiedy usłyszała, jak wymawiał jej imię. Kiedy w końcu go rozpoznała, zemdlała…” III. Sąd Siatka Waranka i Kruk przyznali się do „współdziałania w zabójstwie starosty Bystry- Bykowskiego i do planowania założenia organizacji terrorystycznej, której działalność polegałaby na mordowaniu działaczy politycznych” (z „Charakterystyki Nr 60”). „Oskarżeni zapytani w myśl art. 216 KWPK oświadczają, że akt oskarżenia zrozumieli i do zarzuconego im czynu przyznają się, a do winy nie poczuwają się” (z protokołu rozprawy sądowej). Szefem siatki miał być zrzucony na spadochronie „Tadzik”. To z nim kontakty utrzymywał Stanisław Cich, którego UB nigdy nie złapała. O ile Cich był postacią autentyczną (członek PPS, kierownik spółdzielni mięsnej w Jaworze, należał do AK, „uciekł na naszym motorze” – dodaje Irena Waranka. – Miał żonę Ewę i syna Janusza, wówczas ok. 12 lat), o tyle „Tadzik” jest postacią, o której nic nie wiadomo. Jego działalność śledczy łączyli z aktywnością „Ognia” na Podhalu. – Żona Cicha ostrzegała moją mamę, żeby zniknęła, bo „Stanisław” (czyli Cich – WP) już nie po raz pierwszy coś „miesza” – mówi Jerzy Waranka. Czy Cich po wojnie został ubeckim prowokatorem? W każdym razie w „Charakterystyce Nr 60” jego nazwisko figuruje w „wykazie członków nielegalnego ugrupowania politycznego…” z adnotacją: „nie żyje”. Było to w 1979 roku. Nie ma jednak żadnej informacji, kiedy zmarł, czy wcześniej został schwytany i osądzony za udział w zabójstwie Bystry-Bykowskiego? Rozprawa Rozprawa odbyła się w Jaworze, na prośbę szefa PUBP, Leona Fajgenbauma. Rozpoczęła się 13 sierpnia 1946 roku o dziesiątej rano w budynku dzisiejszego Teatru. Składowi sędziowskiemu przewodniczył mjr Aleksander Warecki, towarzyszył mu kpt. Wilhelm Bigda, plutonowy Edward Oleszczuk (jako łącznik) i por. Franciszek Kusiek (protokolant). Oskarżał kpt. Feliks Maciejewski. Obrońcą z urzędu był mecenas Edward Strumpf (po 1956 roku wyjechał do Izraela). Odmówił Józef Waranka, wrocławski adwokat i krewny Czesława. Główni oskarżeni przyznawali się do czynu, ale nie poczuwali do winy. Na rozprawie nie był obecny jeden z członków „klanu Waranki” (określenie z „Charakterystyki Nr 60”) – Stanisław Cich (uważany za głównego organizatora zamachu na Bystry-Bykowskiego. Page 6 Przed sądem stanęli: Czesław Waranka, Jan Kruk, Jan Kasprzycki, Stanisław Palij, Józef Piotrowski, Bronisław Demski i Ryszard Sakowski (Kowalik złapał go dopiero 8 lipca 1946 roku u rodziny jego żony w powiecie głubczyckim). Według śledczych i prokuratury każdy z nich odegrał bardzo określoną, konkretną rolę w zabójstwie starosty. Cich w połowie maja kupił od żołnierza sowieckiego 15-strzałowy pistolet, tzw. belgijkę. Wręczył go Warance, który przekazał go Sakowskiemu na przechowanie. Palij (mieszkał po sąsiedzku z Bystry-Bykowskim) na polecenie Waranki sporządził szkic sytuacyjny domu starosty. Sakowski przekazywał broń od Waranki dla Kruka, Kasprzycki proponował bombę zamiast bezpośrednich strzałów z pistoletu. Zeznania Waranka: „Cichy (nazwisko to przewija się w aktach sprawy raz jako Cich, drugi jako Cichy, co może być błędem protokolanta – WP) wydał rozkaz zabicia starosty Krukowi będąc u mnie w mieszkaniu. Wtenczas Cichy powiedział, że będzie robota. Na drugi dzień Kruk przyszedł do mnie i pytał się mnie, co robić. Ja mu powiedziałem, jak uważasz. Będąc u mnie Cichy powiedział „uważaj jak zdradzisz”. (…) Ja obawiałem się represji ze strony Cichego, gdyż mając żonę w ciąży (wiosna 1946 – WP), bałem się, żeby mnie nie sprzątnął. (…) Kiedy rozmawiałem z Kasprzyckim, ten mówił, że gdybyśmy zastrzelili starostę, to wina spadnie na nas. To lepiej, żeby podłożyć bombę pod samochód, kiedy będzie jechał w drodze. Cich kupił pistolet od oficera sowieckiego, który to mnie oddał a następnie go pokazał Kasprzyckiemu. (…) Będąc w areszcie UB szef Urzędu Bezpieczeństwa powiedział, żebym się przyznał a będę miał lżejszą karę. (…) Palija wzywałem do siebie, ażeby ten podał mi plan domu (starosty – WP). (…) W przeddzień morderstwa był Kruk u mnie, któremu to dałem 2000 zł, które mi dał Cich, ażebym je dał Krukowi. Oddałem Krukowi także ustny plan domu starosty oraz powiedziałem, że dzisiaj starosta wyjechał a powróci wieczorem (Kruk kilka razy czekał na starostę przed jego domem, mogło to być również 30 maja – WP). Odchodząc ode mnie Kruk powiedział mi: „jeśli się uda”. Będąc Cich u mnie mówił, że ma jeszcze kilku gości w urzędach, których to należałoby sprzątnąć. Miała być walka polityczna. Mieliśmy tworzyć piątki, których to dowódcą miał być „Tadzik”, który spadł ze spadochronem. (…) Broń, którą dostałem od Cichego była u mnie dwie godziny, gdyż natychmiast oddałem ją Sakowskiemu” (zeznania Cz. Waranki z protokołu sądowego). Kruk: „Cicha znałem jeszcze koło Jarosławia, kiedy był leśniczym. (…) W Jaworze spotkałem Cichego i poznałem (…). Po zapoznaniu się bliżej z nim miałem otrzymać pracę w fabryce pieców kaflowych (…). Będąc u Cicha ten wtajemniczył mnie, że dostanę dobrą robotę, za którą miał mnie dobrze wynagrodzić. Następnie Cich zapoznał mnie z Waranką. (…) Za zabójstwo starosty Cich obiecał mi 20000 zł. Będąc u Waranki ten dał mi 2000 zł mówiąc, że to gest od Cichego (…). Starostę Bykowskiego zabiłem z chęci zysku Page 7 pieniędzy, ponieważ do tego namówił mnie Cich” (z protokołu sądowego – zeznania J. Kruka). W pewnym momencie sędziowie odczytali Krukowi zeznania złożone w śledztwie. – Kruk zeznań swoich nie potwierdza – zapisano w protokole rozprawy. Dlaczego? – pytanie wcale nie retoryczne, ale bez odpowiedzi. Kasprzycki ani do winy, ani do czynu nie przyznaje się. „Ja odradzałem Warance udział w zabójstwie starosty Bykowskiego, na co ten mi powiedział: „jak piśniesz, będzie z tobą źle”. Byliśmy z Piotrowskim u Waranki, którego od zamiaru tego odciągnęliśmy. (…) Waranka dał wówczas słowo honoru, że odwołuje rozkaz zabicia, a my myśleliśmy, że Waranka będąc oficerem słowa dotrzyma i przez to nikomu nie meldowaliśmy. Sakowski przyznał się do oddania broni Krukowi, ale nie do pozostałych zarzutów. Palij przyznał się do zarzucanego mu czynu, czyli wykonania planów mieszkania swojego sąsiada, starosty Bystry-Bykowskiego. – Nie wiedziałem, że ma być popełnione morderstwo na osobie starosty Bykowskiego – zeznawał w sądzie. – (…) O zabójstwie starosty mogłem się tylko domyślać, ale meldować obawiałem się, gdyż obawiałem się zemsty ze strony Waranki. Demski przyznał się, że wiedział o planie zabójstwa starosty Bykowskiego: „Pierwszy raz Kruk mówił, że ma jakąś robotę, a drugi raz powiedział, że dostał rozkaz zabicia starosty” (z protokołu sądowego). Piotrowski: – Do zarzucanego mi czynu (nie? – niewyraźny zapis w aktach – WP) przyznaję się a do winy się nie poczuwam – zeznał. Ostatnie słowo „Oskarżeni Waranka i Kruk proszą o surowy wymiar kary z wyjątkiem kary śmierci” (z protokołu sądowego). Pozostali prosili o łagodny wymiar kary. Tylko Piotrowski prosił o uniewinnienie. Wyrok (…) „W tym stanie rzeczy Sąd przyjmuje za udowodnioną winę osk. Waranki Czesława, co do nakłonienia i udzielenia osk. Krukowi w dokonanym przez niego czynnym i gwałtownym zamachu na osobie starosty w Jaworze Bykowskiego, oraz co do przechowywania przez niego nielegalnie broni jako też winę osk. Kruka Jana co do dokonania przez niego gwałtownego zamachu jak również do posiadania broni. Ponadto Sąd przyjmuje za udowodnioną winę osk. Kasprzyckiego Jana, Palija Stanisława i Demskiego Bronisława oraz Sakowskiego Ryszarda, iż ci mając wiarygodną wiadomość o zamierzonym zamachu na starostę Bykowskiego – nie donieśli o tym w porę władzy, a nadto winę Sakowskiego co do przechowywania nielegalnie broni. Przeprowadzony przewód sądowy natomiast nie wykazał winy osk. Piotrowskiego Józefa. (…)” Page 8 Waranka i Kruk zostali skazani na karę śmierci, utratę praw publicznych i obywatelskich praw honorowych na zawsze i przepadek całego mienia na rzecz Skarbu Państwa. Sakowski – sześć lat więzienia. Kasprzycki, Palij, Demski – po pięć lat więzienia. Piotrowskiego sąd uniewinnił. O dwóch wyrokach śmierci zapadłych w Jaworze w swojej depeszy poinformowała Polska Agencja Prasowa. Trudno w niej oddzielić informację od komentarza. Przykład: „…oskarżony Waranka zakapturzony w szeregach PPS reakcjonista, postanowił dla celów politycznych i osobistych zamordować starostę…” Odwołanie Rozprawa apelacyjna odbyła się 4 października 1946 przed Najwyższym Sądem Wojskowym w Warszawie. Składowi sędziowskiemu przewodniczył płk Jan Kaczorowski. Prócz niego sądzili jeszcze: ppłk Józef Dziowgo, ppłk Marian Rozenblit a protokołował sierż. pchr. Mieczysław Mirosz. Naczelną Prokuraturę Wojskową reprezentował mjr Gabriel Henner. Sąd nie uwzględnił skarg rewizyjnych oskarżonych ani ich obrońców. Powołał się przy tym na zeznania złożone w śledztwie, choć – jak zauważył Sąd – Waranka na pierwszej rozprawie twierdził, że „wyjaśnienia jego, złożone w śledztwie, były „zasugerowane”. To sądowe, niejako oficjalne określenie metod stosowanych przez jaworskich śledczych, o których już była mowa. W języku Najwyższego Sądu Wojskowego szantaż, tortury to „sugerowanie”. NSW utrzymał w mocy wyrok Wojskowego Sądu Rejonowego we Wrocławiu. Za słuszne uznał wymierzone kary śmierci. Jednocześnie Sąd przychylił się do opinii Naczelnego Prokuratora Wojskowego, iż „kwalifikacje prawne czynów, o które oskarżono i za które skazano Warankę Czesława i Kruka Jana istotnie były błędne. Błąd wszakże polegał nie na tym, że czynom przestępczym Waranki i Kruka nie dano dodatkowej kwalifikacji z art. 27 i 28 KKWP w związku z art. 225 par. 1 KK (…), lecz na tym, że zamiast kwalifikacji przyjętej w akcie oskarżenia, nie oskarżono i nie skazano (…) z ustawy surowszej tj. KK. (…) Ponieważ jednak wszystkie te usterki i uchybienia nie miały wpływu na wyrok, Najwyższy Sąd Wojskowy poprzestaje na wytknięciu ich Sądowi wyrokującemu”. Łaska Pozostała już tylko prośba o ułaskawienie. Wrocławski adwokat Edward Strumpf (obrońca z urzędu) pisał do Bolesława Bieruta w imieniu Waranki i Kruka: „Mam zaszczyt zwrócić się do Obywatela Prezydenta Krajowej Rady Narodowej (…). Skazany Waranka nie popełnił bezpośrednio zbrodni zabójstwa a skazany został za udzielenie pomocy i podżeganie. (…) W wypadku wykonania wyroku śmierci rodzina skazanego pozostanie w tragicznym położeniu…” Page 9 Z kolei „skazany Kruk to młody człowiek, liczący zaledwie 19 lat. Dopuścił się on zbrodni zabójstwa nie z własnej inicjatywy, a nakłoniony przez osobę trzecią. Przyznał się do winy całkowicie, nie utrudniał władzom w przeprowadzeniu śledztwa(…). Pozwalam sobie wyrazić przekonanie, że Obywatel Prezydent przychyli się do niniejszej prośby i daruje życie skazanym Warance i Krukowi”. Prośba datowana jest na 27 sierpnia 1946 roku. A więc na kilka miesięcy przed apelacją. Irena Waranka również pisała do Obywatela Prezydenta KRN. „(…) Nigdy o śp. Staroście źle się nie wyrażał, a przeciwnie traktował go i uważał za dobrego i sumiennego kolegę. Wiem o tym, że faktycznym (…) sprawcą tej zbrodni jest niejaki Cich, który po tragicznej śmierci Bykowskiego uciekł w nieznanym kierunku. Niezawodnie uczyniłby to i mąż mój, gdyby był współsprawcą tegoż czynu. Ja, łącznie z mężem byliśmy w mieście Jaworze pionierami tegoż miasta i okolicy. Mąż mój stale podkreślał konieczność jak najszybszego spolszczenia tych terenów. Był entuzjastą ruchu repolonizacyjnego. Był założycielem Milicji Obywatelskiej oraz innych urzędów państwowych na tymże terenie. Całe dnie i noce pracował nad odbudową tej miejscowości (…)”. 9 października 1946 płk A. Michniewicz, prezes Najwyższego Sądu Wojskowego opiniuje wnioski o ułaskawienie Waranki i Kruka. W konkluzji stwierdza, że „obaj skazani na łaskę nie zasługują”. W kilka dni później (13 października) Obywatel Prezydent Bolesław Bierut podpisuje decyzję: łaski nie będzie. IV. Egzekucja Po pięciu miesiącach Wyrok wykonano. Ledwie w pięć miesięcy od tragicznych wydarzeń z końca maja. W kilka dni później naczelnik jaworskiego więzienia L. Halikowski informował Wojewódzki Urząd Bezpieczeństwa Publicznego we Wrocławiu oraz Wojskowego Prokuratora: „Wobec nie skorzystania przez Obyw. Prezydenta R.P. z przysługującego im prawa łaski wyrok został wykonany w powierzonym mi więzieniu dnia 30-go października 1946 r. o godz. 7.30. Jednocześnie przedkładam odpis protokołu wykonania wyroku”. Kolejne pismo naczelnika Halikowskiego adresowane było do Zarządu Miejskiego w Jaworze: „Proszę o powiadomienie Irenę Waranko zam. w Jaworze ul. Kopernika Nr 4, by stawiła się w tutejszym więzieniu po odbiór 1- go zegarka ręcznego, 1-nej obrączki i 1-go pierścionka”. Te rzeczy posiadał przy sobie Czesław Waranka w momencie aresztowania. Posiadał też gotówkę w kwocie 625 złotych. Zegarek ręczny miał kolor czarny z paskiem skórzanym firmy „Edezza”. Pierścionek miał kolor żółty (złoty) z oczkiem. O rzeczach Kruka nikt nie został poinformowany. Nic nie miał? Dobijanie Page 10 – To było straszne, straszne – powtarza łamiącym się głosem 93-letni Mieczysław Cubała. Dziś mieszka w rodzinnym Pińczowie, ale starsi jaworzanie pamiętają go jeszcze jako mieszkańca ich miasta. W 1946 roku był kierownikiem działu pracy w jaworskim więzieniu. – Nie chciałem uczestniczyć w tej egzekucji. Ale akurat tego dnia miałem służbę oficera inspekcyjnego. Około 4-5 nad ranem przyjechała ekipa UB wraz z komendantem powiatowym. Cubała zaprowadził ich do celi skazańców. Obaj przebywali w jednoosobowej celi na pierwszym piętrze („na wprost głównego wejścia na dziedziniec Zamku”). Sprowadzono księdza. – Kruk został wyprowadzony z celi, a w tym czasie ksiądz wyspowiadał Warankę – wspomina M. Cubała. – Potem wyspowiadał też Kruka. Następnie obaj zostali wyprowadzeni na dziedziniec. Waranka wyszedł „po wojskowemu”, po żołniersku. Nie chciał, by mu zawiązywano oczy. Kruk stracił nerwy. Już na dziedzińcu zaczął krzyczeć. Musieli go siłą prowadzić na miejsce egzekucji. Było to pod murem Zamku od strony Nysy. Cubała pamięta, że egzekucja się wydłużyła. – Nie było chętnych do wykonania – mówi. – Zwykle w takich wypadkach wyrok wykonywali strażnicy więzienni. Teraz nie chcieli. Ani oni, ani milicjanci. UB musiał wyznaczyć egzekutorów. Było ich czterech. Mieli automaty. Wystrzelili serię strzałów. Kruk upadł. Waranka zrobił zwrot w lewo, jakby go tam dosięgły pociski. Padł dopiero po drugiej serii. Ale jeszcze głowę podniósł z ziemi i krzyczał: „dobijcie”! Wtedy wystrzelono serię strzałów aż oba ciała unosiły się nad ziemią… Groby W Księdze Zgonów jaworskiej parafii pw. św. Marcina zachowała się wzmianka o śmierci starosty Bystry-Bykowskiego. Można się dowiedzieć, że pogrzeb odbył się 3 czerwca 1946 roku. I że „zostawił żonę Genowefę z Kubickich” W kondukcie za trumną był i Waranka, i Kruk. Zabity starosta miał uroczysty pogrzeb. – Waranka szedł w wojskowym mundurze, z szabelką – wspomina sąsiadka. – Wygłosił podniosłe przemówienie nad grobem – mówi inny jaworznian, Mirosław Żołek, który w tym czasie już pracował w jaworskim starostwie powiatowym. Próżno jednak w tej samej Księdze Zgonów szukać jakiejkolwiek informacji na temat śmierci Waranki i Kruka. Wszyscy trzej zostali pochowani na cmentarzu parafialnym w Jaworze. Do dziś spoczywają tam szczątki tylko dwóch spośród nich. Ciało starosty zostało ekshumowane i wywiezione z Jawora. Po egzekucji, o szóstej rano w więzieniu była zmiana warty. Mieczysław Cubała poszedł do domu. Pamięta, że ciała skazańców zostały pochowane następnej nocy na starym cmentarzu. – Po lewej stronie przy murze sąsiadującym z szosą legnicką – mówi. – Jakieś 5- 10 metrów od rogu cmentarza. Na ich grobie nie było żadnego znaku, żadnego krzyża. To nie była mogiła. Po prostu – zakopano ich i już! Page 11 – Na Wszystkich Świętych ojciec zaprowadzał mnie na ich grób – wspomina Jan Demski, syn Bronisława. – Zapalał znicze. Ich groby znajdowały się od strony ul. Kwiatowej w odległości 1-1,5 metra od siebie. Nie było na nich żadnych krzyżyków, nawet nie mieli usypanych mogił. Po prostu – równa ziemia. Relacje Demskiego i Cubały w sprawie usytuowania grobów Waranki i Kruka różnią się tylko jednym szczegółem – wejściem na stary cmentarz: jeden mówi o ul. Kwiatowej, drugi – Kuzienniczej. Pierwszą potwierdza jaworzanka, która również zapalała tam niegdyś znicze: – Byłam dzieckiem – wspomina (nie chce podawać nazwiska). – Działałam w harcerstwie. Byliśmy raczej po stronie Waranki. Na jego domniemanym grobie paliłyśmy znicze. Za którymś razem zauważyłyśmy, że córki Bykowskiego kopnięciem nóg zniszczyły nasze znicze. – Jego grób znajdował się na starym cmentarzu – opowiada sąsiadka Waranki z ul. Kopernika. – Od wejścia przy ul. Kwiatowej na prawo, w pobliżu toalety. Dziś nie ma tam toalety. Jest góra śmieci. Jeśli istotnie tam właśnie leżą ciała Waranki i Kruka, to musi to być miejsce tuż obok grobu małej Tereski, która zmarła w 1952 roku (nazwisko na płycie już się zatarło). Ledwie kilka metrów od wejścia na cmentarz od ul. Kwiatowej. V. Sędziowie „Urzędnicy” W „Charakterystyce Nr 60” mowa jest o tym, że Kowalik „nie taił też, że podejrzewa Kasprzyckiego o dokonanie morderstwa i zamiaru postawienia go w stan oskarżenia”. Tam też możemy znaleźć informację o pomocnikach Kowalika. Nigdzie nie ma nawet śladu o sposobie prowadzenia przez nich przesłuchań. Kowalikowi pomagali funkcjonariusze UB i MO w Jaworze: Adam Urbańczyk, Rudolf Danielewicz, Józef Jarosz, Jan Boczek (nie żyje od ok. 30 lat), Leon Fajgenbaum (wyjechał do Izraela w latach 50.), Józef Gos (zmarł w 2005r., w czasie wojny służył w AK, w UB ok. 1,5 roku, potem w starostwie jaworskim), Stanisław Nurkowski, Stanisław Skrzypczyk, Leon Fijałkowski, Kazimierz Szpakowski, Władysław Zach, Edward Sieroń i Jan Maciąg. W sumie – 14 funkcjonariuszy (wśród nich szef jaworskiego UB – L. Fajgenbaum). Kowalik zmarł w 1965 roku. – Nigdy w domu nie mówiło się o pracy taty – mówi Elżbieta Kunc, jego córka. – Został pochowany na nowym cmentarzu. – Mam grypsy pisane ręką mojego ojca i przemycone do mojej mamy – mówi Jerzy Waranka, syn Czesława. – Są bardzo niewyraźne, bo miał już wtedy połamane ręce. – Wśród strażników więziennych byli różni ludzie. Mój tato też przesyłał grypsy – dodaje Jan Demski. – Ale ci z UB o tym chyba nie wiedzieli. Znane nazwiska Przewodniczący składu sędziowskiego w „Zeszytach Historycznych WiN-u” nr 14/2000 nazywany jest też Aleksandrem Warenhauptem. Jego nazwisko pojawia się w „Raporcie Komisji Mazura” (Rozdział III), która została powołana 10 Page 12 grudnia 1956 roku : „…były sędzia Najwyższego Sądu Wojskowego, szef Oddziału Inspekcji NSW (czerwiec 1952-1956).Warecki jako szef Wojskowego Sądu Rejonowego odznaczał się bezwzględnością w wykonywaniu wszelkich niepraworządnych wytycznych NSW i ZSW”. Nazwisko Wareckiego znane jest w Jaworze. Na śmierć skazał nie tylko Warankę i Kruka. Eugeniusz Wa… (nazwisko trudne do odczytania z zachowanych dokumentów) również został przez niego skazany na śmierć w 1947 roku. Po 1956 roku wyjechał do Izraela. Nazwisko Wareckiego przewija się również m.in. w procesie płk Aleksandra Krzyżanowskiego, pseudo „Wilk”, komendanta Okręgu Wileńskiego AK oraz gen. Emila Fieldorfa „Nila”. W składzie sędziowskim znalazł się też kpt. Wilhelm Bigda, były żołnierz AK. Dr Krzysztof Szwagrzyk zalicza go do grona sędziów, „których sumienie obarczone jest orzeczeniem kilkunastu, czasami nawet kilkudziesięciu wyroków śmierci” (Biuletyn IPN nr 11 (22) z listopada 2002). Przewodniczący rozprawie apelacyjnej płk Jan Kaczorowski to ojciec Blanki Kaczorowskiej (żony Ludwika Kalksteina, wydała wielu AK-owców w ręce Gestapo). Wraz z innym sędzią NSW, ppłk Józefem Dziowgo uczestniczyli w procesach działaczy niepodległościowych po wojnie. Dziowgo był szefem Wydziału II w Najwyższym Sądzie Wojskowym a uczestniczący w tej samej rozprawie apelacyjnej ppłk Marian Rozenblitt – kierownikiem sekretariatu w NSW. Po 1956 roku wyjechał do Izraela. Pułkownik, sędzia Aleksander Michniewicz (obywatel sowiecki), prezes Najwyższego Sądu Wojskowego 9. października 1946 r. wydał negatywną opinię w sprawie zastosowania prawa łaski przez prezydenta. W jednym z okólników przypomniał wszystkim wojskowym sędziom, czym te sądy mają się kierować i jaki jest cel ich istnienia: „celem naszego sadownictwa jest eliminacja (to następne słowo jest bardzo ważne) i eksterminacja wrogów ludu”. Motywy Z materiałów IPN-u można się dowiedzieć, że „główną przyczyną podniesienia zarzutów przeciwko staroście był fakt, że był on aktywnym członkiem PPR-u i z tego powstały pewne koła – w szczególności zrzeszone w miejscowym PPS-ie, były z niego niezadowolone, przy czym niezadowolenie to podsycał W. (Waranka – WP), równocześnie będący członkiem PPS-u, – nie mający jednakowoż w gruncie rzeczy nic wspólnego z demokratycznymi ideami tej partii”. Kruk na rozprawie zeznał: – Dlaczego go zastrzeliłem, nie wiem. Po zabójstwie poszedłem spokojnie do domu. Na pogrzebie byłem. Starostę Bykowskiego zabiłem z chęci zysku i pieniędzy, ponieważ do tego namówił mnie Cich (na rozprawie sądowej). Z kolei w uzasadnieniu Najwyższego Sądu Wojskowego (z 4.10.1946r.) czytamy: „Zważywszy, iż ofiarą zamachu padł urzędnik państwowy na Page 13 stanowisku starosty, że motywem zbrodni były porachunki na tle politycznym, że skazany Waranka dopuścił się przestępstwa z premedytacją…”. Wynika z tego, że motywem zabójstwa starosty były sprawy polityczne. Potwierdza to w swojej „Charakterystyce Nr 60” ppłk H. Dąbrowski: „Ta zdecydowana postawa (starosty – WP) zmobilizowała przeciwko niemu wrogie reakcyjne siły, które rekrutując się ze środowisk przedwojennych oficerów WP i członków b. AK, opanowały w tym czasie tamtejszy Komitet Powiatowy PPS (…). Elementy te postawiły sobie między innymi za cel usunięcie starosty Bystry-Bykowskiego i obsadzenie tego stanowiska przez człowieka rekrutującego się z ich środowiska”. K. Kowalik pisze natomiast o przyczynach śmierci starosty: „…kilku warchołów zaślepionych nienawiścią do pepeerowców w ogóle a do Bystrego w szczególności za prawość jego charakteru, postanowiło go zamordować”. Temu wszystkiemu zaprzecza sam … ppłk Dąbrowski. W innym miejscu swojej „Charakterystyki” opisuje historię Józefa Piotrowskiego, który jako jedyny z oskarżonych, został uwolniony przez sąd od zarzutów: „Jednakże późniejsze jego (Piotrowskiego – WP) postępowanie wykazało, że była to jednostka zdecydowanie wroga. Po zwolnieniu z więzienia (raczej aresztu – WP) objął stanowisko dyrektora Banku Spółdzielczego w Jaworze. W czasie Kongresu Zjednoczeniowego (grudzień 1948 – połączenie PPS i PPR w PZPR – WP) został wykluczony z partii za rozpowszechnianie wrogiej propagandy. Pod koniec grudnia 1948r. przywłaszczył sobie kwotę 956.044 zł, z którą zbiegł w NN kierunku. Na wiadomość o wszczęciu dochodzenia przez Prokuraturę Sądu Okręgowego w Legnicy w tej sprawie, wystosował do Prokuratury pismo, w którym między innymi oznajmił, że tych pieniędzy nie wziął dla siebie, ale na cele nielegalnej organizacji do walki z „ciemięzcą moskiewskim” i jego pachołkami, zdrajcami i sprzedawczykami Polski. „Nieszczęśliwa nasza Ojczyzna wpadła – jak Panu Prokuratorowi wiadomo – w ohydną niewolę moskiewską i dziczy azjatycko-bolszewickij. Obowiązkiem każdego Polaka patrioty było i jest przeciwstawienie się wszelkimi siłami i wszelkimi dostępnymi środkami nowej okupacji. Wierny tym zasadom, jako członek byłej PPS od roku 1905, przekonawszy się naocznie i dobitnie, iż tak zwana „Demokracja Ludowa” jest podłym płaszczem, stanąłem zdecydowanie wraz z ogromną większością narodu polskiego do walki. Jednym ze środków walki jest zdobywanie zasobów pieniężnych przez organizacje chwilowo podziemne. Czyn, który popełniłem świadomie uważam za równie dobry, jak każdy inny, który może pomóc do zwalczania śmiertelnego wroga mojej Ojczyzny…” – tyle cytatu z listu J. Piotrowskiego do prokuratury. I znowu do akcji wkracza niezawodny K. Kowalik: „Jeździł za nim niemal po całym kraju – pisze ppłk Dąbrowski – wykorzystując informacje obywatelskie o przypuszczalnym miejscu pobytu zbiega – bez skutku. (…) Ujęty został dopiero po upływie 5 lat na terenie Nowego Sącza przez funkcjonariuszy b. PUBP Jawor Page 14 w dniu 22.08.1954r. w czasie pobytu u swojej rodziny”. Ostatecznie Piotrowski skazany został na trzy lata. Jego list do prokuratury wskazuje jednak na wartości, które zapewne kierowały jego działaniami nie tylko w 1948 roku, ale i wcześniej. Czy byli żołnierze AK zabijając starostę Bystry-Bykowskiego walczyli „ze śmiertelnym wrogiem Ojczyzny” czy też raczej rozliczali go za to, co robił w czasie wojny? – W czasie wojny współpracował z Armią Ludową – mówi Mirosław Żołek, który rozpoczął pracę w jaworskim starostwie w 1946 roku. – Ponoć jeszcze bardziej współpracował z Niemcami. Za to właśnie AK wydała na niego wyrok śmierci. Jego wykonanie przesunęło się w czasie do 1946 roku. Ale nie mam żadnych dowodów na poparcie tych informacji, mogą to być zwyczajne pomówienia – zastrzega się. – Ojciec mówił mi, że Bystry-Bykowski został zabity za to, że był konfidentem Gestapo. Wyrok wydali AK-owcy – zapewnia Jan Demski. Potwierdza to również Jerzy Waranka (syn Czesława): – W dokumentach, które otrzymałem od mojej mamy, znajdował się wyrok wydany przez Armię Krajową na Bystry-Bykowskiego za jego współpracę z Niemcami – mówi. – Niestety, dokumenty zostały uszkodzone podczas powodzi, która nawiedziła nasz dom. Jest jednak pewne, że wyrok taki istniał. Posiadał go mój ojciec a potem mama i ja też. Zdrajca Chrystus Z „Charakterystyki” ppłk Dąbrowskiego wynika, że „Bystry-Bykowski w czasie okupacji był oficerem oddziałów partyzanckich AL w Okręgu Częstochowsko- Radomskim w stopniu porucznika ps. „Chrystus” oraz członkiem PPR”. Nadto… donosił na Gestapo. Ppłk Dąbrowski podaje dość wiarygodne informacje na ten temat: „Wracając jeszcze do sprawy zabójstwa Adama Bystry- Bykowskiego nadmienia się, że zgodnie z aktami kontrolno-śledczymi nr III- 3047 stanowiącymi podstawę do weryfikacji jako działacza politycznego w walce o utrwalanie władzy ludowej w Polsce – w trakcie sprawdzania i uzupełniania wykazu poległych, z-ca kdta pow. ds. SB KPMO we Wrocławiu mjr Stanisław Łucki (obecnie emeryt) wniósł uwagę, że w stosunku do A.B.Bykowskiego istnieją podejrzenia, że w okresie okupacji działając w PPR i AL na terenie Radomia i Częstochowy, współpracował jednocześnie z Gestapo. Na tej podstawie zwrócono się o informację do SB w Częstochowie, która pismem z dnia 25.10.1965r. poinformowała, że istotnie A. Bykowski był podejrzany o współpracę z hitlerowskim okupantem i na skutek jego działalności kilka osób z terenu Częstochowy zostało wywiezionych do obozów koncentracyjnych”. Sporządzając swoją „Charakterystykę” Dąbrowski uwiarygodnia podejrzenia wobec Bystry-Bykowskiego. Podaje nazwiska osób, które mogą je potwierdzić: – Ryszard Nazarewicz, b. szef sztabu AL, autor książki „Nad dolną Wartą i Pilicą” Page 15 – Zientarski, b. sekretarz PPR w Częstochowie, autor książki „Próba tamtych dni” – Roman Baran, sekretarz PPR w czasie okupacji na terenie Radomska – Teofil Mruklik, pracownik SB w Kielcach. To ważne świadectwa, ważni świadkowie. Ważni dlatego, że wywodzą się z tej samej, co Bystry-Bykowski politycznych i wojskowych organizacji: Armia Ludowa, GL, PPR. A jednak ich świadectwa znaczyły zbyt mało. Dąbrowski pisze dalej: „Z zebranymi materiałami zapoznano w dniu 13.12.1965r. V-ce Przewodniczącego WKKP (Wojewódzka Komisja Kontroli Partyjnej PZPR – WP) tow. Rutkowskiego, w wyniku czego podjęto decyzję, by nie przeprowadzać dalszych wyjaśnień w tej sprawie, a Bystry-Bykowski pozostał na liście poległych działaczy”. W ten sposób pierwszy starosta jaworski pozostał w panteonie „utrwalaczy władzy ludowej”. Adam Bystry-Bykowski był nie tylko pierwszym starostą powiatu jaworskiego. W Archiwum Państwowym w Piotrkowie Trybunalskim zachowała się pisemna relacja z „pierwszego jawnego posiedzenia Powiatowej Rady Narodowej w Piotrkowie, na którym wybrano tymczasowego starostę powiatowego”. Został nim… Adam Bystry-Bykowski. Działo się to 25 stycznia 1945 roku. Krótko tam urzędował. Szybko został przeniesiony w odleglejsze tereny, na Ziemie Odzyskane. W Jaworze został najpierw pełnomocnikiem rządu na teren powiatu, a potem starostą jaworskim. Stało się to jeszcze w sierpniu 1945 roku. Starostą jaworskim natomiast został 29 maja 1946 roku, na trzy dni przed śmiercią. Jak podaje Jan Rybotycki był to wynik „urzędowej zmiany nazw pełnomocników obwodowych i okręgowych rządu na starostów powiatowych i wojewodów” („Jawor od A do Z” t. 1, str. 116). Bystry-Bykowski uciekał więc z Piotrkowa. Musiał zdawać sobie sprawę, że ciąży na nim wyrok. Okolice, w których działał w czasie wojny, były niebezpieczne dla niego. Nie wiedział tylko, że w rok po zakończeniu wojny również w Jaworze nie mógł czuć się bezpiecznie. VI. Po życiu …śmierć Pusty grób W Jaworze na starym cmentarzu jest duży, granitowy grobowiec. Dwie płyty ogrodzone są kamiennym murkiem ze słupkami. Dwa z nich wraz z fragmentami murku leżą przewrócone. Na kamiennej płycie ledwie widnieje napis: „Adam Bystry-Bykowski, starosta powiatowy, ur. 27.V.1894. Zmarł śmiercią tragiczną dn. 31.V.1946. Niestrudzony Bojownik o Polskę Ludową. Najdroższy nasz mąż i ojciec”. Do wczesnych lat 70. przy okazji różnych uroczystości harcerze zaciągali tu wartę. Pomnik stoi przy głównej alei cmentarza, obok okazałych grobowców niemieckich. Jest jednym z największych na tzw. starym cmentarzu. Widać stąd wielki krzyż i dwie bramy wejściowe na cmentarz. Page 16 Jednak od wielu lat nikt tu nie zapalał zniczy. Nikt nawet nie porządkuje grobowca. A nieco przesunięta płyta odkrywa czeluść znajdującą się pod nią. Ludzie w Jaworze mówią, że grobowiec jest pusty. Że w latach 70. doczesne szczątki pierwszego starosty jaworskiego zostały ekshumowane i wywiezione. – Jeśli tak było rzeczywiście, to musiało się to stać przed 1974 rokiem – mówi Maria Duszeńko z jaworskiego „sanepidu”. Żeby dokonać ekshumacji jakiegokolwiek grobowca na terenie powiatu, trzeba mieć zgodę „sanepidu”. W istniejącej dokumentacji (datuje się właśnie od 1974 roku) nie ma najmniejszej wzmianki na ten temat. Z kolei Danuta Dobrzyniecka pamięta, że jeszcze w początkach lat 70. jaworscy harcerze trzymali wartę honorową przy grobie starosty. – Działo się to podczas różnych świąt – mówi. Między tymi dwiema datami (1972 i 1974) musiała zostać przeprowadzona ekshumacja. Niektórzy jednak ludzie mówią, że stało się to jeszcze w latach 60- tych. By to ustalić, należałoby odnaleźć obecne miejsce pochówku starosty Bystry-Bykowskiego. Urodzony w Radomsku – czy został tam też przewieziono jego ciało po ekshumacji? – Znani mi historycy interesujący się dziejami Radomska nie wiedzą nic na temat Adama Bystry-Bykowskiego – mówi Wioletta Bąk, szefowa radomszczańskiego oddziału „Dziennika Łódzkiego”. – Nie znaczy to jednak, że tej osoby tutaj nie było. Historycy mówią, że takiego nazwiska nie było ani wśród przedwojennej/powojennej inteligencji, ani środowiska robotniczego. Być może była to osoba pochodzenia żydowskiego, która ocalała z Holocaustu a po wojnie zmieniła nazwisko. Nie jest to jednak pewne… Ani na nowym, ani na starym cmentarzu w Radomsku nie leży nikt o takim nazwisku. Jeśli nie w Radomsku, to gdzie? Może w Piotrkowie Trybunalskim? Radomsko leży pomiędzy nim a Częstochową. Kruk, czyli Stasiu? – Tata zawsze mówił o nim „Stasiu” – mówi W. Demski. Z krótkiej notatki zachowanej w Instytucie Pamięci Narodowej: „syn Józefa i Marii z Wienlickich, urodz. 11.XI.1927r. w Bełżcu, pow. Tomaszów Lubelski, zam. w Paszowicach pow. Jawor, syn robotnika, z zawodu robotnik, kawaler, wykształcenie 7 kl. szkoły powszechnej, w wojsku nie służył, brał udział w partyzantce AK, bez majątku, niekarany”. Z dokumentów IPN-u wynika, że jego szwagrem był Bronisław Demski. Kruk nawet przez jakiś czas mieszkał u niego w Paszowicach. Prócz niego Kruk znał jeszcze z okresu wojny Stanisława Cicha. Zeznawał o tym na rozprawie. Niewiele więcej wiadomo o tym chłopcu, który w chwili śmierci nie miał jeszcze ukończonych 19 lat. W protokole sądowym można przeczytać jego zeznania: „…byłem członkiem AK w lasach koło Biłgoraju, w czasie akcji w oddziale „Olka” przebijaliśmy się do Bełżca”. Krótka historia krótkiego życie… Page 17 Po śmierci życie Z zamieszczonego na końcu „Charakterystyki Nr 60” „Wykazu członków nielegalnego ugrupowania politycznego, wyrosłego na bazie b. PSL (chodzi zapewne o PPS – WP), bez nazwy, działającego na terenie pow. Jawor w roku 1946” wynika, że jeszcze w 29 maja 1979 roku Służba Bezpieczeństwa śledziła losy skazanych kilkadziesiąt lat wcześniej. Czterech z nich już nie żyło (Waranka, Kruk, Kasprzycki i Cich – więc jednak go w końcu dopadli, WP). Podane są adresy zamieszkania pozostałych: Demski (Jawor), Palij (pow. Dąbrowa Białostocka), Piotrowski (Nowy Sącz), Sakowski (Wrocław). We Wrocławiu przy ul. Pereca ostatni raz był zameldowany Ryszard Sakowski. To stary już, choć powojenny spółdzielczy blok. Jego najstarsi mieszkańcy nie pamiętają nikogo o tym nazwisku. Dzisiejsza lokatorka tego mieszkania to typowa biznes-woman. Działa w nieruchomościach. Aż dziw, że ma mieszkanie w bloku. W procesie Waranki i Kruka Demski dostał pięć lat. – Ojciec odsiedział jakieś trzy lata i potem go wypuścili. Przed różnymi wyborami przyjeżdżali po niego. Ale nie dał się złamać. Robił swoje i słuchał na radiu z zielonym oczkiem Wolnej Europy i Londynu. Zmarł w 1979 roku. Leży na nowym cmentarzu – mówi syn Jan. Zachowała się legitymacja członkowska PPS Demskiego wydana przez Wojewódzki Komitet PPS 22 października 1947 roku numer 96389 z pieczęcią Sekretariatu Generalnego CKW PPS i Józefa Cyrankiewicza. W miejscu znaczków opłaty składki partyjnej widać, że zostały one wykupione za IV kwartał 1947 oraz I i II kwartał 1948 roku. Zamiast fotografii – odcisk kciuka. Na okładce legitymacji hasło: „Socjalizm – to trwały pokój na świecie”. Jeżeli Demski sam opłacał składki partyjne, to musiał wyjść z więzienia znacznie szybciej niż mówi to jego syn. Musiało to być już w ostatnim kwartale 1947 roku. VII. Tajemnice Waranki Ze Stanisławowa do Illinois Z krótkiej notatki Instytutu Pamięci Narodowej: „syn Leona i Janiny z Somburów (lub Samburów – WP), urodz. dnia 24.III.1916r. w Stanisławowie, syn zawodowego oficera, oficer rezerwy, kierownik referatu Wojskowego przy Starostwie w Jaworze, żonaty – 1 dziecko, wykształcenie maturalne, w wojsku służył w latach 1934-1939r. w stopniu ppor., odznaczony Srebrnym Krzyżem, bez majątku, niekarany”. Wręczenie odznaczenia miało charakter uroczysty. Wniosek w tej sprawie podpisał sam starosta Bystry-Bykowski. Uroczystość odbyła się na posiedzeniu Wojewódzkiej Rady Narodowej we Wrocławiu, 8 maja 1946 roku. W „Charakterystyce Nr 60” można jeszcze przeczytać, że „po ukończeniu szkoły podchorążych w Komorowie pełnił służbę zawodową w WP 48 pułk piechoty w Stanisławowie, awansując kolejno do stopnia porucznika. W czasie Page 18 kampanii wrześniowej walczył p-ko Niemcom jako d-ca kompanii moździerzy w okolicach Bielska…” W Jaworze pojawił się prosto z obozu pracy przymusowej w Niemczech w kwietniu 1945 roku. Wraz z 19-letnią żoną Ireną. Szybko dostał pracę w starostwie powiatowym a już od czerwca 1945 roku był członkiem PPS. Irena i Czesław mieli chłopca. Jerzy urodził się w 26 maja 1946 roku. Żyje w amerykańskim stanie Illinois od ponad 30 lat. Jego żoną jest Beata. O wielu tajemnicach związanych z osobą Czesława dowiedzieli całkiem niedawno. Drugi ślub Irena i Czesław brali ślub niemal w tym samym czasie (różnica pół roku). Ona urodzona 1927 roku z domu Ostalska wychodziła za Bronisława Majewskiego, porucznika AK. Ich ślub zawarty został 26 kwietnia 1943 w jednym z warszawskich kościołów. Oboje mieszkali w Warszawie. Wkrótce po ślubie porucznik Majewski zginął w czasie akcji. – To właściwie bohater – mówi o nim Jerzy Waranka. Kilka miesięcy wcześniej Czesław Waranka „ożenił się z moją matką Janiną (z domu Drzewicka) 17 września 1942 roku. W kościele parafialnym w Leżajsku znalazłem potwierdzenie tej informacji”. – Nie jestem synem Czesława – przyznaje Jacek Waranka. – Urodziłem się w kilka lat po jego śmierci. Matka nadała mi nazwisko swojego męża. W czasie wojny Cz. Waranka przybył do Leżajska. Pracował w piekarni Ignacego Drzewickiego, ojca Janiny. – Dziadek był surowy, nie tolerował „czerwonych” – wspomina Jacek Waranka. – O Czesławie Warance mówiło się, że działał w partyzantce, ale na pewno nie lewicowej. Dziwię się, że w Jaworze wstąpił do PPS-u. Wkrótce po ślubie Waranka trafił na roboty do Niemiec. Prosto z łapanki. W rodzinnej pamięci (głównie sióstr Janiny) zachowały się nazwy: Dachau lub Drezno. – Matka na pewno wysyłała mu paczki – wspomina Jacek. Tam też, w Dreźnie Irena spotkała Czesława. – Ślub wzięliśmy 2 lutego 1943 roku w Dreźnie – mówi Irena Waranka, żona Czesława. – Udzielał nam go niemiecki ksiądz katolicki, który znał kilka słów po polsku. Przeżyłam dwa bombardowania Drezna – dodaje. Naloty dywanowe zostały przeprowadzone 13 i 14 lutego 1945 roku przez lotnictwo amerykańskie i brytyjskie. Ślub w Dreźnie był więc drugim. Dla obojga. Czesław Waranka musiał być tam dużo wcześniej – po łapance. Ona – jak sama mówi – trafiła do Drezna po ewakuacji Warszawy, po Powstaniu. – Z Czeslawem Waranką poznała się w obozie pracy w Dreźnie, gdzie była również jej młodsza siostra – dodaje Beata Waranka. Tymczasem w lutym 1943 roku Czesław Waranka zawarł ślub w Warszawie z Ireną z domu Ostalską ur. 1927 roku. Tak wynika z dokumentów w jaworskim Page 19 Urzędzie Stanu Cywilnego. To z nią przyjechał do Jawora. To z nią miał syna, Jerzego (jedynego, który mieszka w USA). Tak wynika z akt, które znajdują się w Urzędzie Stanu Cywilnego w Jaworze. Ale informacje tam zawarte nie są prawdziwe. Nie mogą być prawdziwe, skoro przeczą im żywi ludzie. – Proszę pana – mówi jaworzanka, która znała Czesława Warankę – w tych czasach takie rzeczy wcale nie należały do rzadkości. Była wojna, a po wojnie ludzie się szukali. Czasem znajdowali, czasem nie. Wielu chciało rozpocząć życie na nowo, zmieniali swoje życiorysy. A jaki urząd mógł dojść prawdy wówczas? Żona Janina nie żyje już od dwóch lat. Żona Irena mówi, że to niemożliwe, by jej mąż miał dwie żony. Nigdy nie spotkała Jadwigi, do niedawna nie miała nawet pojęcia o jej istnieniu. Brat Waranki Czesław Waranka miał brata. Zbigniew urodził się w 1923 roku. W 1944 wstąpił do wojska. Nie był jednak na froncie, trafił od razu do szkoły wojskowej. Przed emeryturą dosłużył się stopnia pułkownika. W swoich ankietach personalnych zawsze podawał, że jego ojciec, Leon Waranka, był „urzędnikiem kolejowym”. Kłóci się to z informacją o ojcu Czesława, który miał być „synem zawodowego oficera”. Wszystko inne się zgadza: imię ojca, imię matki i jej rodowe nazwisko (w przypadku Zbigniewa: Janina Sambura, w przypadku Czesława: Janina z Somburów) oraz miejsce urodzenia – okolice Stanisławowa (Czesław w samym Stanisławowie, Zbigniew w Chodowicach, pow. Stryj, ale szkołę średnią kończył już w Stanisławowie). Zbigniew jako zawodowy oficer należał do PZPR. Dokładnie od 23 sierpnia 1955 roku. Nie wyróżniał się jednak specjalną aktywnością partyjną. Był raczej solidnym żołnierzem. Często jednak popadał w konflikty z podwładnymi. To też stało się powodem jego odejścia z wojska w 1970 roku. Służył wówczas w Bydgoszczy, gdzie był szefem Studium Wojskowego WSI. Na pewno do 1960 roku był kawalerem. W swoich aktach personalnych zawsze podaje rodziców, nie wspomina ani o bracie, ani o żonie czy dzieciach. W jego aktach są dwa adresy bydgoskie: ul. B. Głowackiego 16/75 i ul. Chodkiewicza 11/23. Jednak nikt o nazwisku Waranka tam już nie mieszka. W 1945 roku przybył wraz z matką ze Wschodu do Zabrza. W kilka lat potem matka zmarła (1951). Ojciec zmarł w 1929 roku. – Jeśli jego akta personalne są u nas, to znaczy, że Zbigniew Waranka nie żyje – wyjaśnia pani z Centralnego Archiwum Wojskowego w Rembertowie. – Mama zawsze mówiła mi, że mój ojciec nie miał rodzeństwa – mówi Jerzy Waranka. – Jedyny krewny, o którym wiem, to ów adwokat, Józef z Wrocławia, który odmówił mamie pomocy w 1946 roku. Według niego dziadek Leon zginął w 1939 roku, a babcia Janina została wywieziona na Wschód, skąd nigdy nie wróciła. Page 20 A jednak – akta personalne Zbigniewa Waranki zachowane w CAW nie kłamią. Ta sama okolica, ci sami rodzice. A może obu braciom nie zależało na kontaktach ze sobą? Czesław – AK-owiec i antykomunista – zapewne nie podzielał poglądów i wyboru drogi życiowej dokonanej przez Zbigniewa, który właśnie rozpoczynał karierę w Ludowym Wojsku Polskim. Może był to wystarczający powód, by obaj bracia nie chcieli o sobie pamiętać nawet wypełniając oficjalne dokumenty personalne? Przystojny Z „Opisu osoby więźnia” sporządzonego 24 czerwca 1946 roku w jaworskim więzieniu: „Wiek: 30 lat, wysokość (wzrost) 178, postać wysmukła, włosy czarne, zarost czarny, broda – średnia, wąsy przystrzyżone, twarz blada, czoło średnie, oczy piwne, brwi czarne, nos duży, uszy średnie, usta średnie, zęby – brak 3, broda wąska, ręce średnie, nogi średnie, postawa i chód normalny, wymowa normalna, włada językiem polskim, tatuażu brak, wykształcenie średnie”. Na karcie „Opisu” jest jeszcze odcisk wskazującego palca lewej ręki. A na dole własnoręczny podpis więźnia. – Warankowie mieszkali przy ul. Kopernika, pod czwórką, na parterze. – wspomina mieszkanka tej samej jaworskiej ulicy. –To był bardzo przystojny mężczyzna. – We wspomnieniach rodzinnych zachowała się pamięć o Czesławie Warance – mówi Jacek Waranka. – Był bardzo przystojnym mężczyzną. W tej kwestii Jerzy Waranka zgadza się z Jackiem. VIII. Adresy, papiery, ludzie Akt zejścia Irena całymi latami próbowała się dowiedzieć, co stało się z jej mężem. – My jesteśmy z takiej rodziny, co to i w Oświęcimiu, i na Syberii ginęli. Przez trzy lata nie chrzściłam naszego synka. Myślałam, że mąż został wywieziony gdzieś na Syberię, że przecież kiedyś wróci… Ale Czesław Waranka nigdy już nie wrócił. – Znajoma pielęgniarka dowiedziała się, że stało się to w więzieniu o 6. rano „został stracony Czesław i Kruk. Czesław prosił, żeby go dobić i jakaś kobieta dobijała go serią w brzuch. – Pochowali go pod płotem, w „nogach” grobowca Bystry-Bykowskiego. Nigdy tam nie byłam. Chciałam zapomnieć. Niedługo po wyroku wyjechałam do rodziny w Warszawie. Razem z nami pojechał pies mojego męża, Luks. Kołysał w warszawskim ogrodzie naszego Jureczka… W listopadzie 1954 roku Sąd dla Warszawy-Pragi zwrócił się do Szefa Wojskowego Sądu Rejonowego we Wrocławiu o podanie, czy Czesław Waranka był żonaty „i z kim, i czy posiadał syna, jego imię”. Przed warszawskim Sądem toczyła się wtedy sprawa o ustalenie aktu małżeństwa Waranków, po to, by Irena mogła otrzymać normalny dowód osobisty i zameldowanie. W następnym roku (6.03.1955 rok) Irena zwróciła się do Wojskowego Sądu Rejonowego o akt zgonu męża. Page 21 W odpowiedzi otrzymała pismo: „Jak wynika z zaświadczeń USC w Jaworze i Wrocławiu, nazwisko Waranka Czesław w księgach zgonu tych urzędów nie figuruje”. Irena Waranka nie poprzestała na tym: „Akt zgonu jest mi potrzebny do otrzymania dowodu osobistego – uzasadniała w kolejnym piśmie. Wreszcie 6 kwietnia 1955 roku USC w Jaworze przesyła do WSR we Wrocławiu „akt zejścia”. – Dopiero wtedy otrzymała dowód osobisty i mogła się zameldować. (…) Starania o akt zgonu trwały kilka lat. Z opowiadań wynika, że Irena Waranka przez długi czas nie wychodziła w ogóle z domu. Przez długi czas odmawiano jej wszelkich informacji na temat męża – pisze Beata Waranka. – Mieszkaliśmy w Aninie – wspomina Jerzy Waranka. – Zdarzało się, że nachodzili nas pijani „ubecy” i rosyjscy sołdaci. Raz babcia opuściła mnie w wiadrze do naszej studni. Pewnie uratowała mi życie. Na jednym z warszawskich cmentarzy na grobowcu rodzinnym Irena Waranka umieściła napis poświęcony swojemu drugiemu mężowi. – To jakby jego symboliczna mogiła – mówi. – Ta mogiła Czesława Waranki znajduje się na cmentarzu Bródnowskim – uzupełnia B. Waranka. Ulice Przed wojną ulica, na której mieszkał i zginął Bystry-Bykowski nazywała się Eichenweg, po wojnie (przez kilka miesięcy) – Parkowa. Na początku 1946 – ul. Pionierów, a po śmierci starosty – Bystry-Bykowskiego. 27. lutego 1990 roku, na blisko trzy miesiące przed pierwszymi wyborami samorządowymi, nazwa ulicy została zmieniona po raz kolejny. Tym razem na aleję Dębową (przy tej okazji patronami jaworskich ulic przestali być: Paweł Finder, Bolesław Bierut, Marceli Nowotko, Armia Radziecka i książę Jerzy Wilhelm). W Archiwum Państwowym w Legnicy zachował się protokół z tamtej sesji MRN. Uchwałę przegłosowała większość spośród 58 radnych. Została przyjęta na wniosek Prezydium MRN z 27. lutego 1990 roku. W protokole nie ma ani słowa uzasadnienia, ani słowa z dyskusji radnych podczas sesji. – Nie wiem, nie pamiętam – na pytanie – dlaczego? – odpowiada Roman Gościński, ówczesny przewodniczący MRN. Był radnym z ramienia Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, która wówczas już zwijała sztandar w warszawskim Pałacu Kultury i Nauki. Aż do wiosny 1990 roku, kiedy radni MRN w Jaworze zmienili nazwę ulicy noszącej jego imię, a z budynku, w którym niegdyś mieszkał, zniknęła granitowa tablica. Zachowała się w jaworskim Muzeum Regionalnym. – To był zdrajca – mówi żona Waranki, Irena. – Mąż mówił, że to był straszny człowiek. – To był konfident Gestapo – dodaje Jan Demski. – Tak mi o nim opowiadał ojciec, Bronisław. Page 22 Dokumenty We wrocławskim IPN-ie zachowały się protokoły przesłuchań. Niestety, większość sporządzana była odręcznie. – W czasie powodzi w 1997 roku zostały uszkodzone – mówi Dorota Niepsuj z wrocławskiego IPN-u, w którego archiwach znajdują się obecnie te cenne papiery. – Są cztery dokumenty, które mogą pana interesować – dodaje. – Być może w trakcie ich czytania okaże się, że z tą sprawą związane są jeszcze inne dokumenty, których sygnatury znajdzie pan w tych, które ja znalazłam. W Jaworze wiele powojennych dokumentów sporządzano na odwrocie niemieckich druków urzędowych. Widać brakowało wszystkiego, papieru też. Nawet śledczym z UB. Jednym z nich jest „Charakterystyka Nr 60” sporządzona przez ppłk Henryka Dąbrowskiego, naczelnika Wydziału „C” KWMO w Legnicy z dnia 30 stycznia 1979 roku. Jej autor już dawno nie żyje, zmarł na raka krtani w wieku 59 lat. W opisywanej sprawie powtarza tekst por. J. Bujasa sporządzony 27.08.1974 roku a zatwierdzony przez Zastępcę Naczelnika Wydziału „C” KW MO we Wrocławiu, mjr. E. Marzentę. Bujas z kolei powoływał się na sprawozdanie szefa PUBP w Jaworze z 9.03.1947 roku. W tym czasie mógł być nim jeszcze Leon Fajgenbaum – bezpośredni świadek i uczestnik tragicznych wydarzeń z 1946 roku. Jeśli tak było, to „Charakterystyka Nr 60” zyskuje na wiarygodności. „Biuletyn Archiwalny Wrocławskiego Okręgu ZBoWiD – W służbie Ludu i Ojczyzny 1905-1945” jest wydawnictwem okazjonalnym. Spisany został w maszynopisie. Nie wiadomo, w ilu egzemplarzach. Przez przypadek trafił w ręce jaworzanina, Mirosława Żołka. Na stronach 42-44 znajduje się tam podrozdział zatytułowany: „Zabójstwo starosty jaworskiego tow. Bystry-Bykowskiego”. To relacja z przesłuchania J. Kasprzyckiego oraz Cz. Waranki. Pisana w pierwszej osobie. Choć nie jest podpisana, to jedynym jej autorem może być… Kazimierz Kowalik. Swój opis przesłuchań sporządzał w dwie dekady po pamiętnych wydarzeniach 1946 roku w Jaworze. Z pewnością podkoloryzował go nieco, zwłaszcza w kwestii wyłącznie psychicznego nacisku, jaki wywierał na Kasprzyckiego. VII. Epilog 21. maja 1991 roku Irena Waranka (dwojga nazwisk, drugie nosi po trzecim mężu, nie jest tu istotne) zwróciła się do Izby Wojskowej Sądu Najwyższego w Warszawie z wnioskiem o „uznanie za nieważne orzeczenia WSR we Wrocławiu z 13.08.1946 roku w związku z postanowieniami Najwyższego Sądu Wojskowego w Warszawie z dn. 4.10.1946…” I dalej: „Uważam ten wypadek za nadużycie ówczesnej władzy, jako akt zemsty politycznej ze strony Sądu składającego się z przedstawicieli obcego mocarstwa (…). Pragnę oświadczyć, że mój były mąż nie popełnił zarzucanych mu czynów. Zeznania złożone przez niego w śledztwie były wymuszone przemocą i torturami. Widziałam na rozprawie ślady pobicia męża. Miał wybite zęby(…). Page 23 Po straceniu męża pozostałam bez mieszkania i podstawowych środków do życia z 5-miesięcznym dzieckiem. Nękana byłam moralnie ciągłymi przesłuchaniami. Nie mogłam spokojnie pracować i żyłam wraz z dzieckiem na łasce rodziny. Wywierano na mnie presję i straszono. Nasze dziecko nazywano „zarodkiem reakcji i faszyzmu, które powinno być wraz z ojcem skazane na śmierć”. Wszystkie te przejścia spowodowały, że w latach 1954/55 zapadłam na ciężką chorobę serca i stałam się inwalidą II grupy. (…) Z uwagi na przytoczone motywy wnoszę o wydanie postanowienia, jak na wstępie. Umożliwiłoby to mi na symboliczne upamiętnienie byłego męża i przeniesienie Jego prochów do grobu rodzinnego w Warszawie”. Po kilku miesiącach, dokładnie 10 września 1991 roku Sąd Śląskiego Okręgu Wojskowego we Wrocławiu (przewodniczący płk Zygmunt Wiśniewski) nie uwzględnił prośby Ireny Waranka. W uzasadnieniu napisał: „Z zachowanych w całości akt (było to przed powodzią, która ogarnęła Dolny Śląsk w 1997 roku – WP) w sprawie Czesława Waranki wynika w sposób absolutnie jednoznaczny, iż był on jednym z dwóch, obok Jana Cicha (chodzi o Stanisława – WP), inspiratorów zabójstwa dokonanego na osobie starosty miasta Jawora Adamie Bystry-Bykowskim, był też głównym pomocnikiem Jana Kruka, który dokonał zabójstwa, dostarczając mu broń, plany mieszkania oraz rozkład dnia pracy Adama Bystry-Bykowskiego. Z akt tych wynika również jednoznacznie, iż Czesław Waranka, kierownik referatu wojskowego w starostwie Jawor, osobiście zaplanował sposób dokonania zabójstwa Adama Bystry-Bykowskiego. Nie ulega także wątpliwości, iż czyn ten miał podłoże polityczne i był wynikiem rywalizacji między PPR i PPS w starostwie Jawor. W tym stanie rzeczy Sąd uznał, iż wprawdzie czyny Czesława Waranki były związane z działalnością na rzecz niepodległego bytu Państwa Polskiego, to jednak dobro poświęcone (życie ludzkie) pozostawało w rażącej dysproporcji do dobra, które zamierzano uzyskać (zajęcie miejsca na stanowisku starosty) a sposób działania i zastosowany środek były niewspółmierne do zarzucanego i osiągniętego skutku”. Tyle sąd. Ta decyzja z 1991 roku zamknęła drogę do rehabilitacji Czesława Waranki i Jana Kruka. – W skorowidzach spraw wpływających do Izby Wojskowej Sądu Najwyższego od końca lat 80-tych nie figurują nazwiska: Czesława Waranki i Jana Kruka – mówi Teresa Pyzlak z zespołu prasowego Sądu Najwyższego w odpowiedzi na pytanie, czy ktokolwiek zwracał się o rehabilitację obu skazańców. Dziś jednak, po kolejnych latach, które minęły od tej decyzji, nasuwają się pytania: – dlaczego sąd – przedstawiając przyczyny zabójstwa starosty – poprzestał na „rywalizacji między PPR i PPS w starostwie Jawor”? – dlaczego tę rywalizację uznał za „działalność na rzecz niepodległego bytu Państwa Polskiego”? Page 24 – dlaczego niepodległy byt Państwa Polskiego jest wartością niższą od życia ludzkiego (Po co – w takim razie – ginęli i giną żołnierze i cywile? Wolna Polska to – w ocenie Sądu Wojskowego Niepodległej Polski w 1991 roku – to mniejsza wartość)? – dlaczego Sąd nie sięgnął do dokumentów, które zostały przytoczone wyżej, dlaczego nie przeanalizował hipotezy, iż działania przeciw Bystry- Bykowskiemu były wymierzeniem sprawiedliwości za to, co zrobił w czasie wojny, a zwłaszcza jego współpracy z Gestapo? Te pytania pozostają aktualne. Mamy w Jaworze pusty grobowiec Bystry- Bykowskiego i kości Waranki oraz Kruka pochowane na starym cmentarzu. Czy i my – jak sąd wojskowy – nie będziemy chcieli przyjąć do wiadomości, kim byli ludzie tam … zakopani? Już czas, by odkopać ich ciała, by je godnie pochować. Czas, by odkopać historię Jawora. Nie tylko tę niemiecką, ale również naszą – polską! xxx – Wie pan, może ten mój mąż rzeczywiście miał jakieś kontakty – mówi Irena. – To był zacny człowiek. Może to on czuwał nade mną. Nasz rodzinny dom ocalał z wojny. Stoi do dzisiaj. Ja zawsze miałam dobrą pracę, szybko awansowałam. Wyszłam za mąż. Jestem już stara, ale chyba szczęśliwa. Mój syn z pierwszego małżeństwa uznał za swego ojca mojego obecnego męża. Nazwiska nie zmieniałam mu. – Może w 1946 roku, zamiast polityką, mój ojciec powinien zająć się swoją żoną, która była w ciąży – wyznaje Jerzy Waranka. – Może mój ojciec był spóźnionym bohaterem. Ale przecież zasłużył chyba na więcej niż to, co go spotkało… P.S. Ludzie są jak kamienie. Póki żyją można się potknąć o każdy. Upadek może być bolesny. A kiedy umierają, toną na dnie wielkiej wody. Nie pozostaje ślad. Może tylko krąg zatoczony na wodzie. Kto go nie widział, nie wie, że w ogóle był. Że ktoś się o niego potykał, ktoś inny podawał mu dłoń albo mierzył do niego z pistoletu. Jakieś kręgi, jakieś kamienie, jacyś ludzie. Pozostały po nich tabliczki z nazwami ulic albo przybite do krzyży dwie daty. Albo nic. Tylko kręgi na wodzie. I może jeszcze zadra w sercach bliskich. P tych, po których nie zostało nic w ludzkiej pamięci. Nic więcej niż tylko przelotny ruch fal na wodzie… Wiesław Piotrkowski

Belgia chce wprowadzić eutanazję dla nieletnich

images

Belgia może być pierwszym krajem na świecie, który pozwoli ciężko chorym dzieciom decydować o swojej eutanazji. Jak podaje ibtimes.com, tamtejszy parlament zamierza wkrótce przyjąć kontrowersyjną ustawę w tej sprawie.

– Wszyscy wiemy, że już teraz przeprowadza się eutanazję na dzieciach – powiedział Peter Deconinck, szef belgijskiej organizacji zajmującej się etyką lekarską, cytowany przez global.christianpost.com.  – Tak, aktywną eutanazję – dodał. Aktywną, czyli taką, w której przyspiesza się śmierć chorego, a nie tylko zawiesza się dalsze leczenie, jak w przypadku eutanazji pasywnej.

Dyskusję na temat rozszerzenia prawa dotyczącego eutanazji na osoby niepełnoletnie oraz cierpiące na choroby zwyrodnieniowe, jak choroba Alzheimera, zainicjowali w Belgii deputowani z różnych partii. Wśród nich znalazł się socjalistyczny senator Philippe Mahoux, jeden z pomysłodawców prawa do eutanazji przyjętego w 2002 r.

Projekt odpowiedniej ustawy trafił do parlamentu w połowie grudnia zeszłego roku. Przewiduje on m.in. umożliwienie stosowania prawa dotyczącego eutanazji wobec osób niepełnoletnich, „jeśli są one poczytalne, cierpią na nieuleczalną chorobę, a ich cierpień nie da się uśmierzyć”.

Kontrowersyjne prawo najprawdopodobniej już niedługo zostanie przyjęte. Z doniesień belgijskiej gazety „Der Morgen” wynika, że parlamentarzyści są bliscy konsensu w tej sprawie. Jeśli tak się stanie, Belgia będzie pierwszym krajem, który dopuści eutanazję nieletnich. Obecne prawo pozwala na jej przeprowadzenie wyłącznie u osób powyżej 18. roku życia.

Ustawa jeszcze przed uchwaleniem zyskała zażartych przeciwników. Chrześcijańskie grupy już przygotowują się do protestów. – Wyraziliśmy nasze poważne zastrzeżenia co do dekryminalizacji eutanazji już w 2002 r – oświadczył arcybiskup Andre-Joseph Leonard. Jak wyjaśnił, nie jest ona konieczna, ze względu na doskonałą opiekę paliatywną.

Belgia była drugim po Holandii krajem na świecie, który zalegalizował eutanazję.  Ze statystyk wynika, że w 2011 roku zarejestrowano w tym kraju 1333 przypadki eutanazji. Stanowi to ok. 1 proc. wszystkich zgonów. Zdaniem organizacji monitorujących te dane, liczba ciągle rośnie.

(ibtimes.com, global.christianpost.com, PAP)

Przemyślana akcja Kibiców Śląska

Kibice Śląska Wrocław, prowadzący akcję na rzecz polskiej społeczności w Przemyślanach koło Lwowa, uruchomili aukcję na Allegro. Cały dochód ze sprzedaży gadżetów patriotycznych i kibicowskich jest przeznaczony na wsparcie „Przemyślanej Akcji Kibiców Śląska”. Polecamy gorąco. Kupujcie, udostępniajcie znajomym!

http://allegro.pl/listing/user/listing.php?us_id=3871370

przemyslany

Represje polityczne w III RP

969593_398736086906202_53981827_n

 

Gdy narodowcy na corocznym Marszu Niepodległości krzyczą: „Precz z komuną!”, wielu drwi, że przecież komuna już dawno się skończyła. Teraz ponoć żyjemy w demokratycznym państwie prawa, konstytucyjnie gwarantującym wolność dla każdego („Art. 54 us. 1 Każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji”, „Art. 58. us. 1. Każdemu zapewnia się wolność zrzeszania się”). Czyżby?

Jak się okazuje zarówno wolność wyrażania swoich poglądów jak i wolność zrzeszania się nie przysługują wszystkim obywatelom III RP. Ostatni kongres Ruchu Narodowego stał się okazją do personalnych represji wobec poszczególnych działaczy. Robert Winnicki na swoim profilu facebookowym napisał: „Republika okrągłego stołu kontratakuje. Rozpoczęły się prześladowania za udział w kongresie Ruchu Narodowego. Nagonka, m.in. Gazety Wyborczej, doprowadza do wyrzucenia z pracy członka sztabu RN na Pomorzu. Kolega Piotr Dziadul, pracujący dotychczas w urzędzie wojewódzkim, w poniedziałek ma otrzymać wypowiedzenie. Na początku przyszłego tygodnia wybieram się do Trójmiasta. Szykujemy pomoc prawną, sprawa wymaga też odpowiedniego nagłośnienia. Nie zostawimy tego skandalu bez reakcji, nie pozostawimy działacza narodowego bez wsparcia.”

Nie jest to pierwszy przypadek prześladowania działaczy narodowych. Głośnym echem odbiło się wtargnięcie funkcjonariuszy ABW do mieszkań lubelskich działaczy Obozu Narodowo-Radykalnego – organizacji posiadającej status legalnie zarejestrowanego stowarzyszenia. Sprawa miała miejsce w listopadzie 2012 roku, tuż przed Marszem Niepodległości. W wyniku postępowania nikomu nie przedstawiono żadnych zarzutów, co pozwala domniemywać, że najście służb bezpieczeństwa miało na celu jedynie zastraszenie działaczy i zniechęcenie ich do udziału w listopadowej manifestacji.

Represje polityczne, zarówno te które miały miejsce, jak i te, które jeszcze przed nami świadczą jedynie o tym jak nienormalnym państwem jest tzw. republika okrągłego stołu. Kolejne prześladowania jedynie potwierdzą słuszność ścieżki obranej przez Ruch Narodowy gdyż pokazują strach establishmentu przed nową inicjatywą. Tzw. elity boją się konsekwencji jakie mogą ich spotkać po tylu latach korupcji i kumoterstwa.

P.S. – Należy przypomnieć że takie represje miały i maja miejsce we Wrocławiu czy choćby sprawę Starucha i jego dziewczyny Kelnera i wielu innych więzionych latami bez wyroku sądowego.

 

SAMOPODPALENIE DESPERACJA CZŁOWIEKA POLSKA 2013

Mój mąż podpalił się z biedy

Zdesperowany mężczyzna podpalił się pod Kancelarią Premiera. – Płonął jak pochodnia – relacjonują świadkowie. Ugasili go związkowcy pikietujący pod siedzibą Donalda Tuska (56 l.). 56-letni Andrzej Filipiak w stanie ciężkim trafił do szpitala. – Zrobił to z biedy, nie miał pracy! Nie mamy z czego żyć. Mąż mówił, że to wina polskiego rządu – wyznała Faktowi żona desperata Wiesława Filipiak (54 l.).

56-letni mężczyzna oblał się łatwopalnym płynem i podpalił się dziś pod Kancelarią Premiera. Desperat ma poparzone ponad 60% ciała. Obecnie jest utrzymywany w śpiączce farmakologicznej.

Serwisy informacyjne dość konsekwentnie przemilczały to wydarzenie. Może dlatego, że to już drugi tego rodzaju przypadek za rządów Donalda Tuska. Ot, dzień jak co dzień…969593_398736086906202_53981827_n


Andrzej Filipiak wyruszył do stolicy z Kielc wczoraj w nocy. – Poprosił mnie o 30 zł na bilet. Powiedział tylko, że jedzie do Warszawy. Ogolił się i wyszedł z domu – opowiada nam jego żona. W stolicy pan Andrzej udał się od razu przed Kancelarię Premiera. Trwała tam pikieta związkowców, którzy od kilku dni protestują przed siedzibą premiera. Mężczyzna nie miał ze sobą żadnych transparentów ani listów.
Najpierw spacerował, potem usiadł na ławce od strony Ogrodu Botanicznego. – Przysiadł się, nic nie mówił. Nagle zaczął oblewać się jakimś płynem z butelki – relacjonują związkowcy. Protestujący myśleli najpierw, że oblewa się wodą. Nagle zapłonął. – Palił się jak żywa pochodnia – relacjonują świadkowie. Natychmiast rzucili się na pomoc. Nakryli desperata kocem i ugasili. Mężczyzna trafił do szpitala przy ul. Szaserów. Jest w stanie śpiączki farmakologicznej, ma poparzone 60 proc. ciała. Sprawą zajęła się policja. Ma ustalić, dlaczego mężczyzna zdecydował się na tak desperacki krok. Jego żona mówi wprost: – On to zrobił, bo już był załamany i zrozpaczony naszą sytuacją. Nie miał pracy a MOPR nam odmawia pomocy większej, nie mamy z czego żyć – mówi nam Wiesława Filipiak. – Mąż mówił, że to wszystko co się złego u nas w rodzinie dzieje to wina polskiego rządu, który tak rządzi, że ludzie nie mają pracy i środków do życia – dodaje.

Andrzej Filipiak mieszka z żoną w Kielcach. Małżeństwem są od 35 lat. Mają dwoje dorosłych już dzieci. Pan Andrzej był budowlańcem, ale zachorował na kręgosłup i od 5 lat nie może znaleźć innej pracy. Utrzymują się z 570 złotych zasiłku. Dom Filipiaków stoi na peryferiach Kielc. Dopiero od niedawna jest tam woda, ale tylko zimna. Jest schludnie, choć bieda aż piszczy. – Na życie do dziesiątego lipca zostało mi 200 złotych – żali się zrozpaczona żona.

http://www.fakt.pl/Podpalil-sie-pod-Kancelaria-Premiera-Maz-popalil-sie-z-biedy,artykuly,215704,1.html

Rozmowa ze świadkiem samopodpalenia się człowieka przed budynkiem Kancelarii Premiera

Rozmowa ze świadkiem samopodpalenia się człowieka przed budynkiem Kancelarii Premiera foto: YouTube

Wiele wskazuje na to, że człowiek, który podpalił się pod siedzibą Kancelarii Premiera, zrobił to w geście protestu przeciwko wywieszeniu izraelskich flag na budynku Kancelarii Premiera. Świadek zdarzenia twierdzi, że przed podpaleniem się zdesperowany Polak powiedział:

„W proteście przeciwko wykupowania państwa polskiego przez Żydów, zapłonęła menora w Polsce”.

Natychmiast po zdarzeniu obserwujący to zdarzenie człowiek zadzwonił do Rafała Gawrońskiego, żeby jak najszybciej opublikować relację z miejsca zdarzenia, ponieważ czuje się zagrożony. Natychmiast na miejscu na miejscu zdarzenia pojawili się dziennikarze TVN i TVP, ale nie filmowali całego zajścia.

http://alexjones.pl/pl/aj/aj-polska/aj-polityka-polska/item/6194-rozmowa-ze-%C5%9Bwiadkiem-samopodpalenia-si%C4%99-cz%C5%82owieka-przed-budynkiem-kancelarii-premiera

Hagana w Bolkowie. Żydowskich terrorystów szkolono na Dolnym Śląsku

PLAKAT_ULOTKA

Hagana w Bolkowie. Żydowskich terrorystów szkolono na Dolnym Śląsku

Odkąd izraelskie wojsko zaatakowało Strefę Gazy, telewizja w każdych wiadomościach pokazuje śmigłowce, czołgi, transportery opancerzone i żołnierzy piechoty walczących z palestyńskim Hamasem. Widzowie nie zdają sobie sprawy, że sześćdziesiąt lat temu trzon tej armii stanowili emigranci z Polski – wyszkoleni przez komunistów w Bolkowie na Dolnym Śląsku – pisze Piotr Kanikowski

Władze chciały się w ten sposób pozbyć mniejszości żydowskiej z kraju. Ale miały też inny ważny cel – uważa Mieczysław Bojko, eksplorator i badacz tajemnic Dolnego Śląska. – Komunistycznej agenturze zależało, żeby nowe państwo żydowskie na Bliskim Wschodzie budowali ich ludzie, a nie wysłannicy imperialistycznego świata.

Jeszcze zanim w maju 1948 roku proklamowano powstanie państwa Izrael, komuniści nawiązali cichy kontakt z Haganą – syjonistyczną formacją wojskową, która od lat dwudziestych ochraniała żydowskich osadników w Palestynie. Na polecenie Moskwy w większych polskich miastach powstały punkty werbunkowe. Młodym, głównie dwudziestokilkuletnim, ludziom pochodzenia żydowskiego oferowano szybkie przeszkolenie oraz wyjazd na Bliski Wschód, gdzie mieli się osiedlić i walczyć z Arabami o nową ojczyznę. A w Bolkowie – na ukrytych wśród lasów, odgrodzonych płotem zboczach Góry Ryszarda – rozpoczął działalność obóz wojskowy Hagany. Polscy historycy datują jego powstanie na jesień 1947 roku, izraelskie źródła precyzują: we wrześniu. Ale według nieżyjących już świadków, których relacje kilkanaście lat temu pozbierał Mieczysław Bojko, pierwsi bojownicy po cichu szkolili się tu do walki z Arabami już pod koniec 1945 roku.

– Zakwaterowano ich w budynkach, w których Niemcy prowadzili podczas wojny obóz dla młodzieży z Hitlerjugend – mówi Bojko. – Dziś należą do Zespołu Szkół Agrobiznesu.

Zlokalizowanie obozu Hagany na Dolnym Śląsku wydawało się logiczne. Tuż po wojnie ten region był największym skupiskiem ludności żydowskiej. Osiedliła się w nim prawie połowa polskich Żydów – byłych więźniów obozów koncentracyjnych, partyzantów, żołnierzy. Ich majątki w centralnej Polsce zostały rozgrabione lub zniszczone, nie mieli po co wracać na ojcowiznę, bali się reakcji dawnych sąsiadów, a ziemia i fabryki na tzw. Ziemiach Odzyskanych potrzebowały rąk do pracy. Więc w lipcu 1946 roku zarejestrowano tu aż 82 tysiące żydowskich repatriantów. Pojawiły się nawet propozycje przekształcenia Dolnego Śląska w Jidiszer Jiszew in Niderszlezje – Żydowskie Osiedle na Dolnym Śląsku, okręg autonomiczny lub rejon żydowski. Ostatecznie zwyciężyła jednak koncepcja rozwiązania problemu poprzez emigrację do Izraela.

Na szkolenie Hagany zgłaszali się głównie działacze organizacji syjonistycznych, rekomendowani przez ich władze. Akcja była ściśle kontrolowana przez Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego, które zatwierdzało listy ochotników i dbało o odpowiedni światopogląd emigrantów. Członków Polskiej Partii Robotniczej szantażowano. Dla nich warunkiem zgody na wyjazd było podjęcie współpracy z bezpieką. Mieli donosić o nastrojach podczas szkolenia i pozostać agentami służb na Bliskim Wschodzie.

W obozie w Bolkowie przebywali zarówno mężczyźni, jak i kobiety – Żydówki, ale także Polki, które wyszły za Żydów i razem z mężami przygotowywały się do opuszczenia kraju. Jeszcze w biurach werbunkowych ochotników poddano wstępnym badaniom lekarskim i skłoniono do podpisania deklaracji, że po dotarciu do Palestyny wstąpią do Hagany. Poza ideowcami, śniącymi o wolnym Izraelu, zgłaszali się także bogaci spryciarze, którzy w zorganizowanym przez komunistów naborze ujrzeli szansę wywiezienia swego majątku przez pilnie strzeżone granice Polski. Czasem udawało im się zwieść czujność bezpieki: po drodze do Palestyny odłączali się od grupy i znikali razem z przemyconym potajemnie złotem czy pieniędzmi. Dezercja nie mogła być rzadkim przypadkiem, skoro Franciszek Kuchta, inspektor Ochrony Skarbowej, ubolewał w piśmie do zwierzchników, że wraz z haganowcami ubywa kosztowności.

Próżne żale, bo zarówno o powstaniu obozu, jak i jego likwidacji we wrześniu 1948 r., przesądziła polityka. Haganowców wspierał generał Michał Komar z wywiadu wojskowego Oddziału II Sztabu Generalnego Wojska Polskiego i władze Polskiej Partii Robotniczej. Trudno sobie wyobrazić, by tego rodzaju działalność była możliwa bez akceptacji (lub wręcz inspiracji) Związku Radzieckiego.

Według dr Bożeny Szaynok z Zakładu Historii Najnowszej Uniwersytetu Wrocławskiego, która dziewięć lat temu w miesięczniku „Odra” opisała działalność obozu w Bolkowie, najemników szkolili wysłannicy Hagany oraz wysocy oficerowie Armii Czerwonej i Wojska Polskiego. Wykorzystywano do tego poniemiecką strzelnicę na Górze Ryszarda. Zajęcia trwały po 12 godzin przez 10 dni. Poza klasycznym szkoleniem wojskowym czy musztrą, obejmowały wykłady o syjonizmie, Palestynie, Haganie. Przyszli bojownicy nosili zielone, amerykańskie mundury z demobilu, przesyłane ze Stanów Zjednoczonych do Polski przez działaczy Joint (American Jewish Joint Distribution Committee). Broń dostarczali komuniści z Polskiej Partii Robotniczej. Pochodziła najprawdopodobniej z nielegalnych źródeł.

1948 ISRAELI ISRAEL HAGANA MILITARY RECRUITMENT POSTER

Dr Bożena Szaynok podkreśla, że istnienie obozów Hagany w Polsce i Czechosłowacji owiane było tajemnicą.

– ZSRR nie chciał się afiszować z tego rodzaju pomocą dla Żydów ze względu na różne ograniczenia dotyczące dostaw broni do Palestyny w tym czasie, ale także z powodu relacji z Wielką Brytanią, która wciąż jeszcze, jesienią 1947 r., sprawowała mandat nad Palestyną – mówi. – Brytyjczycy wciąż jeszcze byli decydentami w tamtym regionie. Dlatego tego rodzaju pomoc udzielana była dość dyskretnie. Ale jak opowiadali mi bolkowianie, Żydzi nie kryli swojej obecności.

W 1948 roku wzięli udział w pochodzie majowym. Obnosili się po Bolkowie zarówno z przywiązaniem do syjonizmu, jak i komunizmu. Dr Bożena Szaynok przytacza relację Grzegorza Smolara, który z ramienia frakcji żydowskiej PPR nadzorował szkolenie. W czerwcu 1948 roku pisał: „Ludność miasteczka, jak żydowska, tak i polska, dokładnie wie o charakterze tego obozu. Nie ma żadnej konspiracji. Koło bramy stoi dyżurny. Ćwiczenia odbywają się koło samego obozu, w otwartym polu. W tym samym dniu, kiedy byłem w obozie, wróciła z dwudniowego pochodu grupa (około 50 osób). Do obozu, przez ulice miasteczka, grupa przeszła śpiewając piosenkę sowiecką w języku rosyjskim”.

W innym miejscu Smolar wspomina, że ludność przychodziła żegnać pociągi z uchodźcami na stacje. Były kwiaty i transparenty. Bo w końcu wyszkoleni w Bolkowie bojownicy Hagany dostawali dokumenty podróży, a Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego sporządzało imienne listy, na podstawie których mogli opuścić kraj. Z Bolkowa pociąg zabierał ich do Katowic. Trasa przerzutowa wiodła przez Pragę i Paryż do Marsylii, skąd Żydzi statkiem odpływali do Palestyny, by dołączyć do oddziałów Hagany.
Część z nich na pewno zginęła na froncie.

– Kiedy w 1948 roku Hagana została przekształcona w izraelską armię, wyszkoleni w Bolkowie oficerowie stali się jej elitą – twierdzi Mieczysław Bójko. – Przez szereg lat stanowili trzon izraelskiego dowództwa.

Legenda głosi, że w Polsce – być może właśnie w obozie w Bolkowie – szkolenie przeszedł generał Mosze Dajan, dowódca Hagany, szef sztabu armii izraelskiej i późniejszy minister obrony Izraela.

W latach 1945-1948, gdy komuniści szkolili haganowców, był już doświadczonym bojownikiem i bohaterem narodowym. W brytyjskiej armii organizował oddziały komandosów i zwiadowców. Podczas walk w Libanie stracił lewe oko.

Jeśli nawet przed wojną izraelsko-arabską 1948-1949 komuniści szkolili go w Polsce, nikt się do tego nie przyzna. Zwłaszcza w obliczu rozgrzebanego na nowo konfliktu na Bliskim Wschodzie.

Jak się odrodził Izrael?

Po II wojnie światowej przywódcy Związku Radzieckiego i Stanów Zjednoczonych zgodzili się, że najlepszym rozwiązaniem kwestii żydowskiej w Europie jest podział Palestyny i utworzenie tam państwa dla izraelskich tułaczy. Anglicy, którzy kontrolowali wówczas terytorium palestyńskie, początkowo sprzeciwiali się tym planom. Mieli jednak coraz więcej problemów z Żydami na Bliskim Wschodzie, bo izraelskie bojówki wdawały się w walki zarówno z Arabami, jak i żołnierzami brytyjskimi. W1947 roku Wielka Brytania zwróciła się więc do Organizacji Narodów Zjednoczonych, by ONZ przecięła ten gordyjski węzeł. W listopadzie 1947 roku Zgromadzenie Ogólne ONZ postanowiło o podzieleniu Palestyny na dwa państwa: arabskie i żydowskie.

Syjonizm i komunizm niejednokrotnie łączyły swe siły w walce o wspólne cele. Przypadków takiej współpracy historia zna setki. O jednym z nich napisała swego czasu w miesięczniku kulturalnym „Odra” Bożena Szaynok w artykule „Żydowscy żołnierze z Bolkowa”. Autorka poruszyła w nim temat istnienia w pierwszych latach po wojnie na terytorium Polski syjonistycznych obozów wojskowych, z których jeden znajdował się w Bolkowie na Śląsku. Przypuszczać można, że obiektów takich było w Polsce po 1945 r. co najmniej kilka, co przy ich średniej „wydajności” równej wyszkoleniu ok. 7 tys. żołnierzy obrazuje stopień zaangażowania bloku komunistycznego w pomoc dla syjonistów. Uczestnicy opisywanego obozu po dostaniu się do Palestyny automatycznie zostawali członkami Hagany – syjonistycznej formacji wojskowej z której stworzono armię Izraela.

Historia, o której pisze Bożena Szaynok rozpoczęła się w 1945 r., wraz z końcem II wojny światowej. Wówczas to przywódcy zwycięskich mocarstw – USA i ZSRR – uznali, że najlepszym sposobem na „ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej” w Europie jest ten proponowany przez syjonistów, czyli masowa emigracja Żydów do Palestyny i utworzenie tam państwa żydowskiego. Był to pomysł o tyle mało oryginalny, że – jak twierdzi wielu historyków – dokładnie tego samego chciał Hitler, zawiązując tajne porozumienie z Agencją Żydowską i niemieckim Żydami – syjonistami. Na przeszkodzie realizacji tychże koncepcji, tym razem w wydaniu Trumana i Stalina, stała w 1945 r. „Wielka Brytania, niechętna podziałowi Palestyny”, jednak „musiała ustąpić w 1947 r. z powodu sytuacji, jaka zaistniała na tym terenie. Walki arabsko-żydowskie i brytyjsko-żydowskie przybierały na sile, sytuacja coraz bardziej wymykała się spod kontroli. Elementem nacisku była także odmawiająca powrotu do przedwojennych ojczyzn grupa Żydów w obozach Displaced Person na terenie Austrii, Włoch oraz stref okupacyjnych w Niemczech”. W owym 1947 r. Anglia przekazała ONZ kompetencje do rozstrzygnięcia kwestii żydowsko-palestyńskiej. „W listopadzie 1947 r. w Flushing Meadows odbyło się głosowanie w Zgromadzeniu Ogólnym ONZ nad podziałem Palestyny(…). Głosowanie zakończyło się sukcesem koncepcji żydowskiej. Trzydzieści trzy państwa opowiedziały się za podziałem Palestyny, co oznaczało utworzenie na tym terenie państwa arabskiego i żydowskiego.” – pisze dalej Szaynok.

Kiedy w maju 1948 r. powstał Izrael, został on niemal natychmiast – zaraz po USA – uznany także przez ZSRR, który z miejsca rozpoczął też grę na rzecz umocnienia swych więzi z państwem żydowskim. Pionkami w tej grze zostały oczywiście europejskie satelity Kremla – Czechosłowacja i Polska. Z polecenia Moskwy rząd czeski podjął decyzję o sprzedaży broni państwu żydowskiemu, w obu państwach powstały obozy ochotników do Hagany. Zaraz po oficjalnym uznaniu Izraela przez państwa bloku komunistycznego, także w Polsce przystąpiono do organizowania dlań pomocy. „W Polsce w tym czasie przebywali już wysłannicy Hagany z Palestyny. Jedną z osób koordynujących akcję pomocy był Wacław Komar”. Grzegorz Smolar – żydowski komunista z PPR, odbył w tym czasie rozmowę z kierownikiem wydziału spraw zagranicznych KC PPR – Ostapem Dłuskim, który poinformował go o „konieczności zorganizowania pomocy dla państwa Izrael”. Następnie Smolar spotkał się z wspomnianym Wacławem Komarem. Ten, jak wspomina Smolar „powiedział, że do Polski przyjechał wysłannik (…) człowiek specjalnej misji”. Człowiekiem tym był Icchak Palgin (Polakiewicz) oraz druga osoba – przedstawiciel strony żydowskiej – instruktor wojskowy o pseudonimie „Jakub”. To z nim Smolar jako „przedstawiciel PPR w rozmowach ze stroną izraelską” miał omawiać sprawę stworzenia w okupowanej przez bolszewików Polsce obozów wojskowych dla Żydów. Dalej autorka artykułu pisze: „Niewiele możemy powiedzieć o zasadach współpracy między wysłannikami Hagany a stroną polską. Nie wiemy, kto był odpowiedzialny za fundusze, broń, koncepcje szkolenia. W Czechosłowacji, gdzie powołany został podobny [do tego w Polsce – przyp. red] obóz, rząd czeski zapewniał ośrodek szkoleniowy, instruktorów i uzbrojenie, strona izraelska gwarantowała fundusze na funkcjonowanie obozu, broń oraz transport do Izraela”. Można się domyśleć, że w Polsce wyglądało to podobnie. Jednak, jak się okazuje, pertraktacje komunistów z syjonistami w sprawie obozu(ów) w Kraju nad Wisłą rozpoczęły się jeszcze przed powstaniem Izraela, co dowodzi dużego stopnia zainteresowania Kremla we wzmocnieniu militarnego potencjału syjonistów. Rozmowy trwały, bowiem już w okresie koniec 1947 – początki 1948 r. Trudno jednak ustalić dokładną datę powstania samego obozu. Wiadomo, że na miejsce jego lokalizacji wybrano Bolków – śląskie miasteczko położone ok. 100 km od Wrocławia. Ze względu na położenie i otaczające je gęste lasy było ono idealne do organizacji tego typu placówki.

Jak dowiadujemy się z tekstu B. Szaynok, w krótkim czasie przedsięwzięcie ruszyło pełną parą: „Wiosną 1948 r. do Bolkowa zaczęli przyjeżdżać pierwsi ochotnicy. Kierowani byli przez duże, utworzone w większych miastach Polski, biura werbunkowe. Tam przechodzili też wymagane badania lekarskie. Przyjeżdżający do Bolkowa posiadali rekomendacje partii syjonistycznych, podpisywali także deklaracje o przystąpieniu do Hagana po wyjeździe do Palestyny.(…) W obozie pojawili się nie tylko syjoniści, aczkolwiek stanowili oni większość. Do Bolkowa przyjechali też członkowie Bundu i frakcji PPR”. Jednym słowem, obóz na dobre rozpoczął swą działalność. O jego wyglądzie i przebiegu szkolenia czytamy dalej, co następuje: „W dwóch budynkach przy ulicy Wysokogórskiej zostało utworzone centrum szkolenia. Ćwiczenia prowadzone były na pobliskiej górze Ryszarda, gdzie znajdowała się poniemiecka strzelnica. (…) Szkoleniem zajmowali się wysłannicy Hagany [z Monachium – przyp. red], pojawili się też instruktorzy wojskowi, którzy służyli w Armii Czerwonej i Wojsku Polskim. Zdaniem Smolara: «Byli to wysocy oficerowie (…)»”. Jeśli chodzi o przebieg szkolenia, to trwało 10 dni, obok całościowych ćwiczeń wojskowych odbywały się zajęcia poświęcone syjonizmowi, historii Palestyny i Haganie”. Nie obyło się jednak bez kłopotów, zwłaszcza tych natury technicznej. Szaynok pisze na ten temat: „Jednym z istotnych problemów było uzbrojenie ochotników. Początkowo broń pochodziła z kibuców. Nielegalne dostawy broni powodowały rewizje w kibucach i aresztowania. Z czasem, dzięki pomocy Dłuskiego załatwiona została sprawa uzbrojenia. Z «Jointu» otrzymano uzbrojenia wojskowe. Jeden z mieszkańców Bolkowa wspomina zielone mundury szkolonych ochotników: «wyglądali jak wojsko»”. Całemu przedsięwzięciu nie udało się jednak zachować dyskrecji! „Istnienie obozu nie było tajemnicą. Mimo postulowanych przez przedstawiciela PPR [Smolara – przyp. red.] zmian, mających na celu zwiększenie dyskrecji wokół obozu, do końca istnienia placówki niewiele się zmieniło. Mieszkańcy Bolkowa wspominają, że nikt nie krył charakteru obozu. Przed budynkiem, w którym mieściło się centrum szkolenia, stał wartownik z bronią. «Myśmy wiedzieli, że oni pójdą do Izraela, bo tak ludzie mówili, że tam jest wojna, że oni się szkolą, a potem wyjadą». Relacje bolkowian potwierdzają informacje Smolara o obozie. W czerwcu 1948 r. pisał: «Ludność miasteczka, jak żydowska, tak i polska dokładnie wie o charakterze tego obozu. Nie ma żadnej konspiracji. Koło bramy stoi dyżurny. Ćwiczenia odbywają się koło samego obozu, w otwartym polu. W tym samym dniu, kiedy byłem w obozie, wróciła z dwudniowego pochodu grupa (około 50 osób). Do obozu, przez ulice miasteczka grupa podeszła śpiewając piosenkę sowiecką w języku rosyjskim.»”. Nie był to bynajmniej przypadek odosobniony – syjoniści lubili demonstrować swą obecność w miasteczku i przywiązania do komunistycznych sojuszników. W „Odrze” czytamy np. o tym, że „grupa szkolonych ochotników wzięła udział w pochodzie pierwszomajowym w 1948 r., wywołując, jak przyznał Smolar w swoich wspomnieniach: «wielkie wrażenie»”. A oto, co dalej działo się z „absolwentami” obozu: „Po odbyciu szkolenia grupy ochotników otrzymywały, załatwione przez organizatorów, dokumenty podróży. Z Bolkowa wyjeżdżano pociągiem do Katowic, a następnie przez Pragę, Paryż docierano do Marsylii, skąd wypływały statki do Palestyny. Uczestnicy obozu wyjeżdżali na podstawie list imiennych sporządzanych przez Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego. W stosunku do członków PPR, MBW uzależniało wydanie zgody na wyjazd od podjęcia współpracy z bezpieką «jako informatorzy o nastrojach w obozie i nawet po przyjeździe do Izraela». Zdarzało się, że na stacjach urządzano uroczyste pożegnanie ochotnikom do Hagany. «Były kwiaty, transparenty – nawet Polacy mieli dużo sympatii dla ich walki wyzwoleńczej» – wspomina Smolar”.

Istnienie obozu było ściśle uzależnione od jakości stosunków między ZSRR a Izraelem, a te już na jesieni 1948 roku zaczęły się psuć w związku ze zbliżeniem Izraela do USA. Komuniści zaczęli mieć coraz więcej zastrzeżeń w stosunku do obozu i jego uczestników. Franciszek Kuchta – Inspektor Ochrony Skarbowej donosił zaniepokojony do swych zwierzchników: „Nie wszyscy zgłaszają się do obozu z zamiarem wyjazdu do Palestyny. Znaczna część to członkowie organizacji Ichud (Zjednoczenie Syjonistów Demokratów – partia syjonistyczna działająca w Polsce po wojnie do stycznia 1950 roku – przyp.B.S.), przeważnie bogaci kupcy i ich synowie, oraz Mizrachiści (Mizrahii – jedyna, istniejąca po wojnie w Polsce żydowska partia religijna, swą działalność zakończyła w 1949 r. – przyp. B.S.), Agudowcy (Aguda – partia religijna, mimo niezarejestrowania po wojnie w Polsce, prowadziła swą działalność do końca lat czterdziestych – przyp. B.S.) i faszyści, a więc z ugrupowań skrajnie reakcyjnych, którzy wyjeżdżali z Polski w celach skrajnie spekulacyjnych i już w Pradze Czeskiej wyłączają się z grupy ochotników jadących do służby wojskowej.” Martwiły go też „ułatwienia czynione przez władze centralne po wyjeździe” dla żydowskich ochotników, gdyż „były przyczyną wywozu z Polski dużych ilości pieniędzy i złota”. Konsekwencją wspomnianego stopniowego zbliżenia państwa żydowskiego do USA – zimnowojennego wroga Sowietów – było zamknięcie obozu jeszcze w 1948 r.! B. Szaynok podaje, że „pod koniec 1948 r. obóz zostaje zlikwidowany”. Wszystko to stało się nagle, „z dnia na dzień zniknęli żydowscy żołnierze. Nie było wartowników przed budynkiem, gdzie mieściło się centrum obozowe. Pozostawione w lesie drewniane elementy obozu zostały rozebrane”. W ten sposób zakończyła się historia syjonistycznego obozu szkoleniowego w Bolkowie, w którym wg Grzegorza Smolara „zostało wyszkolonych około 7 tysięcy wojskowych”. W znakomitej większości zasilili oni potem szeregi armii izraelskiej, stając się awangardą sił zbrojnych najagresywniejszego i najbardziej zagrażającego pokojowi państwa w tej części świata.

Za:”Odra” nr 9/1999

 

 

Hitler honorowym obywatelem Bolkowa

„Nadanie mi honorowego obywatelstwa miasta Bolkowa napełnia mnie prawdziwą radością. Przyjmuję ten zaszczyt i dziękując radzie miejskiej, pragnę życzyć miastu Bolków, aby kwitło i rozwijało się …” ku chwale III Rzeszy zapewne. „Z niemieckim pozdrowieniem – Adolf Hitler.”

Ślady do nikąd
Już wielu entuzjastów historii Bolkowa osnutej sensacyjnym wątkiem zdążyłem przekonać, że tam gdzie brak źródeł jestem sceptykiem i niedowiarkiem, ale gdy wchodziłem do komnaty w Domu Niewiast na bolkowskim zamku, gdzie trwała już konferencja prasowa z udziałem Stanisława Jana Stulina, odjęło mi mowę, a do moich dotąd pewnych ustaleń zaczęło przenikać zwątpienie. Jednak z minuty na minutę pierwsze mylne wrażenia ustępowały logicznemu myśleniu, które oparłem o pozostające w moim posiadaniu informacje o historii miasta. Każdą z nich potrafię udokumentować.

Stulin w swojej książce „Gdzie ukryto Bursztynową Komnatę” podjął trop, który ma doprowadzić nas do bolkowskiego zamku, a jego samego do książkowego sukcesu. Ja chciałbym natomiast przedstawić Wam, drodzy Czytelnicy, kilka krytycznych uwag, którymi zamierzam podważyć prawdziwość relacji tajemniczego świadka o inicjałach C.H i ukazać tym samym rzeczywisty cel pojawienia się nowego, ale słusznie wcześniej zlekceważonego śladu.

Stulin napisał, że bursztynową komnatę przywieziono do Bolkowa w biały dzień, transport zatrzymał się na rynku, aby pokazać wszystkim, że właśnie przywieziono skarb z Królewca. Aby nie wzbudzać wątpliwości, o jaki skarb chodzi, wcześniej uszkodzono dwie skrzynie i umożliwiono dokładne ich oględziny. Młode bolkowianki miały precyzyjnie policzyć żołnierzy, bowiem widok mężczyzn w mieście miał wówczas należeć do rzadkości. Wynika z tego, że transport bursztynowej komnaty był publicznie jawny, ale jednak w tajemnicy przed samym Hitlerem, który nota bene szczycił się tytułem honorowego obywatela Bolkowa. Sugerowany przez p. Stulina niedostatek młodych mężczyzn w Bolkowie stoi w sprzeczności z faktem, że między 1940 i 1945 stacjonował w polowych koszarach na Wzgórzu Ryszarda oddział RAD – u oznaczony numerem 4/103 w sile 230 mężczyzn. O tym p. Stulin nie wiedział. Nie wie również o tym, że zachowały się księgi meldunkowe Bolkowa. Rejestr od czerwca do grudnia 1945 r. nie wzmiankuje o młodym Polaku o inicjałach C.H., który miał powrócić z Linzu. Jeżeli ów młodzieniec, na którego relacje powołuje się autor książki, osiedlił się w Bolkowie, to zameldował się pod innym nazwiskiem.

Tajemniczy C.H. miał usłyszeć o wszystkim, co relacjonuje, od byłych niemieckich mieszkańców miasta. Zastanawiające jest przy tym, że nikt z grona tak chętnie opowiadających w 1945 r. nie podzielił się swoimi obserwacjami z listopada 1944 r. w momencie, gdy sprawa Bursztynowej Komnaty zdobyła światowy rozgłos (początek lat 70.). Czyżby już zapomnieli o bursztynowych mozaikach wystających z dwóch skrzyń!?

Niemieccy bolkowianie o bursztynowych mozaikach nie pamiętali, ale pamiętali za to, że w lutym 1945 r. oddział Waffen – SS „Estonia” wywiózł z zamku cenniejsze eksponaty tamtejszego muzeum i ukrył je na terenie majątku dr Rulffesa w oddalonej o kilka kilometrów od Bolkowa Półwsi. Dlaczego nie ukryto ich wraz z Bursztynową Komnatą w przepastnych podziemiach?!

Przywoływany przez Stulina świadek relacjonuje o eksplozji na zamku i znalezionych w jego okolicy gruzach. Pierwszej informacji zaprzeczają, drugą potwierdzają zachowane do dziś sprawozdania bolkowskiej Ochotniczej Straży Pożarnej (pisane przez zastępcę dowódcy straży i starszego ogniomistrza Arthura Mattuschka, zam. Frankfurt am Mein, Heisterstr. 14). Jest tam mowa mianowicie o pożarach i wybuchach, które spowodowały zniszczenia w infrastrukturze Bolkowa w okresie 1939 –1946. Otóż zastanawiające jest, że brak tam jakiejkolwiek wzmianki o wybuchu na zamku z listopada 1944 r. i jednocześnie podany jest szczegółowy wykaz zniszczonych lub uszkodzonych w mieście budynków. Wynika z niego, że 8 maja i w nocy z 8 na 9 maja 1945 r. wskutek eksplozji i podpaleń uległo całkowitemu zniszczeniu, bądź zostało częściowo uszkodzonych 15 budynków w tym 2 w bezpośrednim sąsiedztwie zamku. Kilka granatów eksplodowało w ogrodzie Lauterbacha poniżej zamku od strony miasta. Warto w tym miejscu podkreślić także tę sprzeczność, która polega na tym, że p. Stulin stwierdza w swojej książce, że Bolków nie uległ żadnym zniszczeniom wojennym. Nie dość, jak wykazałem wyżej, że miasto zniszczeniom uległo, to przebywająca w nim ludność doznała małych, ale jednak strat.

Wbrew twierdzeniu p. Stulina, że „w przedwojennej literaturze niemieckiej brakuje wzmianki o istnieniu podziemnych wnętrz, które można by łączyć z XVI – wiecznym opisem warowni”, przed wojną upowszechniano wersję o podziemnym przejściu pomiędzy bratnimi zamkami w Bolkowie i Świnach. Bolkowska młodzież wystawiała nawet sztukę, której wątek oparty był na legendzie o dwojgu zakochanych korzystających z tego przejścia. Na wyemitowanym w Bolkowie w 1923 r. banknocie „kryzysowym” jest nawet przekrój zamkowych legendarnych podziemi. Cóż p. Stulin z tej literatury o Bolkowie czytał?! Kolejna sugestia, że jakoby zlokalizowanie tych pomieszczeń nastąpiło w trakcie prac konserwatorskich w latach 1937 – 38, trafia w próżnię, bowiem według sprawozdań Verein für Heimatpflege zajmowano się wówczas wyłącznie remontem części murów, usunięto wyrządzone przez burzę szkody na dachu Domu Niewiast, odtworzono strop w pomieszczeniach po jego prawej stronie oraz zmierzano do odtworzenia pozostałych stropów w skrzydle północnym zamku. Brak natomiast w sprawozdaniach VHP informacji o dokonaniu inwentaryzacji wnętrz podziemnych na zamku. Oznacza to, że do tych sprawozdań Stulin także nie zaglądał.
Stulin sugeruje, że tylko te historie są prawdziwe, które nie mają cech prawdopodobieństwa. Te, które mają, są wymyślone. Potem wskazuje na nieścisłości w relacji C.H., aby podkreślić ich wiarygodność. Stulin umyślnie otwarcie mówi o nieścisłościach w relacji C.H. i uprzedza domysły czytelnika, cały czas sugeruje jednak jego wiarygodność i wiedzie czytelnika za swoim tokiem wnioskowania, aby ten ostatecznie uwierzył, że Bursztynowa Komnata jest ukryta w podziemiach zamku Bolka.
Stulin pisze, że autorzy wielu publikacji, uczynili z nich sensację, co jest jedną z przyczyn zastoju w dotychczasowych ustaleniach wokół Bursztynowej Komnaty. On wykorzystał ten zastój i zrobił dokładnie to samo, co jego poprzednicy w tym temacie, i uzyskał ten sam sensacyjny efekt.

W środowisku poszukiwaczy skarbów książka stanie się bez wątpienia bestsellerem, który przyniesie autorowi i wydawnictwu wymierne korzyści. Według mojej oceny jest to główny powód, dla którego pracownik naukowy, dr Stanisław Jan Stulin, korzystając ze swojego naukowego warsztatu, wychylił się z sensacyjną ofertą do czytelników, licząc na ich brak krytycyzmu podczas lektury książki. Jeżeli chodzi o moją osobę, przeliczył się bardzo.

Roman Sadowski